Robię habilitację

Wpis

sobota, 19 października 2013

Proponuję wariograf!

Jeszcze o jednotematyczności. W ostatnim wpisie dr Kulczycki zbiera informacje na temat nowej procedury habilitacyjnej. W dyskusji pod wpisem pojawiły się głosy krytyczne wobec definicji jednotematyczności. Wykładnia prawna jednotematyczności jest bowiem następująca:

 

O jednotematycznym cyklu publikacji powinno się mówić wówczas, gdy publikacje zostały przygotowane na z góry ustalony temat i ukazują się w sposób, który można określić jako cykliczny.

Nie jest zatem jednotematycznym cyklem publikacji zbiór publikacji, któremu autor ex post przypisał określony temat – nawet temat bardziej jednoznaczny niż „wybrane zagadnienia” czy też "studia z zakresu”.



Jest to chyba najbardziej przeciwużyteczna definicja w nowej procedurze. I to z dwóch powodów. Po pierwsze, definicja ta jest całkowicie niesprawdzalna. Nie jestem prawnikiem, jednak na moje oko, definicja ta, o ile ją rozumiem, odnosi się do intencji autora, by stowrzyć cykl jednotematyczny. Realistycznie, nie można tego dociec i jedyną konsekwencją tej definicji jest to, że habilitanci muszą kłamać. Przecież nigdy w życiu nie przyznałbym się, że chciałem stworzyć cykl na temat X, ale mi wyszedł na temat Y, bo badania poszły w innym kierunku, nie wyszły tak, jak miały, czy też dokonałem ciekawego odkrycia (biedny Fleming - dziękuję trzy.14 -  nie mógłby liczyć na na habilitację za odkrycie penicyliny, bo odkrył ją przypadkiem). Według cytowanej definicji, mój cykl się nie liczy, bo temat nie był z góry przygotowany. Absurd? Z turbodopalaczem!

 

Po drugie, chyba tylko według panów prawników, habilitanci po prostu przygotowują z góry określony temat pubilkacji, który nie zmienia się, nie ewoluuje, a publikacje są przygotowywane ze wcześniej określonym tematem. To nie ma nic wspólnego z rzeczywistym procesem badawczym, z rzeczywistym procesem publikacyjnym (zdarzyło mi się już zmienić nacisk i przez to temat publikacji na podstawie recenzji). A niedawnego przykładu Pawła nie ma chyba sensu przypominać.

 

Im dłużej przyglądam się regułom habilitacyjnym, tym bardziej ogarnia czarna rozpacz. Właściwie nie zdziwiłbym się, gdyby zażądano zaświadczenia badania wariografem poświadczające stosowną intencję do stworzenia cyklu jednotematycznego.

 

 

Szczegóły wpisu

Tagi:
Autor(ka):
habilitant2012
Czas publikacji:
sobota, 19 października 2013 16:49

Komentarze

Dodaj komentarz

  • podworkowy napisał(a) komentarz datowany na 2013/10/19 22:11:09:

    nie do końca się zgadzam z tą niesprawdzalnością - jestem przekonany, że to w społ-hum. jest do zweryfikowania. Jestem np. przekonany, że ogromna większość cykli w nowej procedurze nie spełnia tak zarysowanego kryterium jednotematyczności (i to bez konieczności badan wariograficznych). Inną zupełnie rzeczą jest sensowność tej definicji.
    Uważam, że jesteśmy więźniami jednolitych reguł dla wszystkich dziedzin. Za penicylinę habilitacja się należy (acz jej wynalezienie stanowi pewnie asumpt do kilku publikacji spełniających powyższą definicję), za choćby najwybitniejszy pojedynczy artykuł w naukach prawnych - moim zdaniem - nie. Ja w swoich recenzjach zasadniczo zamierzam przyjmować, że jednotematyczny cykl publikacji musi być funkcjonalnym ekwiwalentem monografii tj. jego temat musi nadawać się na temat monografii, a jego opracowanie ma być całościowe. Czyli jeśli temat cyklu to odpowiedzialność skarbu państwa za czyny funkcjonariusza publicznego, to cykl ten ma obejmować wszystkie aspekty tego zagadnienia (z wyłączeniem tego, co w monografii stanowiłoby rozważania wstępne tj. definicja odpowiedzialności, aksjologia takiej odpowiedzialności, szczegółowe teoretyczne rozważania o pojęciu "czynu" itp.). Ta definicja jest "workable" i wcale nieodległa od krytykowanej we wpisie założyciela.
    A jeśli ktoregoś dnia ustawodawca wyrzuci pojęcie "cyklu jednotematycznego" z ustawy, to dopiero wówczas będę oceniał cały dorobek (rezerwując sobie prawo do sceptycyzmu wobec habilitanta, który nie napisał książki).

  • trzy.14 napisał(a) komentarz datowany na 2013/10/19 23:41:35:

    Fermi?

  • habilitant2012 napisał(a) komentarz datowany na 2013/10/19 23:51:40:

    O kurcze, przecież to Fleming - za dużo wina :-). Już poprawiam.

  • habilitant2012 napisał(a) komentarz datowany na 2013/10/20 00:02:35:

    Jeśli ogromna część cykli nie spełnia takich kryteriów, to po co takie kryteria? Przeczytałem też o tej potencjalnej sprawdzalności i pozostałem z niedosytem co do metody.

    Zgadzam się natomiast z tezą, że różnice dyscyplinarne są w tym wypadku znaczne i zglajszachtowanie nauki nie ma większego sensu. Nie zgadzam się jednak z tym, że jakimś zasadnicznym problemem jest to, że habilitant ksiązki nie napisał. Upieram się, że habilitant ma pisać dobre publikacje a nie książkowe.

  • dala.tata napisał(a) komentarz datowany na 2013/10/20 15:55:42:

    Mam wrazenie, ze kolega z podworka troche zapomina, ze swiat poszedl do przodu. Na swiecie od dawno nie trzeba pisac ksiazeki choc z trudnoscia, to swiat sobie jednak radzi. My kazemy pisac ksiazki i jakos nie jestesmy w szpicy naukowej swiata.

    Zgadzam sie z habilitantem - publkacje maja byc dobre. Ta polska obsesja na punkcie ksiazek jest absurdalna. Kiedys zreszta rozmawialem na ten temat z mloda dr hab, ktora mi dowodzila, jak wazne jest napisanie ksiazki. Kiedy zapytalem, dlaczego tak jest, nie potrafila odpowiedziec. Ksiazka jest wazna, bo jest wazna. Bo zawsze pisalismy ksiazki.

    Nie ma zadnego inelektualnego powodu, bo pisac ksiazki czy tez artykuly, ktore ksiazka moglyby byc. Rownie dobrze mozna oczekiwac, zeby ksiazka musiala miec 6 rozdzialow, bo jak ma 5 to nie jest wystarczajaco ksiazkowa, a 4 to juz w ogole ruja i porobstwo.

  • podworkowy napisał(a) komentarz datowany na 2013/10/20 19:33:11:

    z dumą przyjmuję miano wstecznika (nie pierwszy i nie ostatni raz);)
    Czy zna Pan w swojej działce kogoś świetnego, kto nie napisał książki? Bo ja nie - i nie mówię tu tylko o Polsce.
    Przypominam, że mówię o mojej działce (acz myślę, że można to rozciągnąć na filozofię, historię, politologię itp.)
    Powtórzę, co kiedyś pisałem. Napisanie książki weryfikuje inne umiejętności naukowe (synteza, kompleksowość analizy czy nawet prosta kwerenda) niż napisanie artykułów, choćby ostateczna objętość była identyczna.

  • charioteer1 napisał(a) komentarz datowany na 2013/10/20 19:56:43:

    Znam wiele takich osob w psychologii eksperymentalnej i pokrewnych naukach i to sa mega-gwiazdy. Oczywiscie nie w Polsce, poniewaz w Polsce bez ksiazki nie mozna byc profesorem. W naukach eksperymentalnych nie pisze sie ksiazek. Ksiazka to strata czasu. Umiejetnosc syntezy, analizy, czy kwerendy weryfikuje kazdy artykul, ktory przechodzi solidne peer review. Kazdy taki artykul jest sam w sobie monografia bardzo wasko sprecyzowanego problemu badawczego. Z punktu widzenia nauk eksperymentalnych definicja cyklu, zaproponowana przez Izdebskiego, zakladajaca intencjonalnosc, periodycznosc i monograficznosc, jest idiotyczna.

  • pawcio69sk napisał(a) komentarz datowany na 2013/10/20 19:59:27:

    Drodzy Interlokutorzy... A jakie znaczenie ma to czy ktoś napisał książkę czy nie? Książka jak każdy wytwór pracy naukowej może być dobra albo kiepska. Podobnie artykuł. Nie ma więc znaczenia czy ktoś tworzy dzieła takie czy owe. One mają tworzyć nową wiedzę w sposób uznany za naukowy. I tyle.

  • podworkowy napisał(a) komentarz datowany na 2013/10/20 20:51:12:

    chario, zgoda, nie kłóce się nt. nauk eksperymentalnych, podobnie, jak na temat medycyny czy fizyki teoretycznej. Bardzo możliwe, że tam pisanie książek jest wręcz szkodliwe. Mimo wszystko uważam, że dobra - goes without saying - książka pt. Polskie partie o lustracji i dekomunizacji (tytuł z.d.w.) wymaga dodatkowych umiejętności w zestawieniu z dobrymi artykułami omawiającymi np. pojedyncze partie lub jakieś wąskie wycinki czasowe.
    A prof. Izdebski jest prawdopodobnie kolejną ofiarą jakże popularnego schorzenia polegającego na przenoszeniu standardów jednej dziedziny do innej;)

  • trzy.14 napisał(a) komentarz datowany na 2013/10/20 21:07:31:

    Książka powinna być kamieniem milowym w rozwoju badań nad jakimś dość wąskim zagadnieniem. Pozycją, po którą z pożytkiem sięgać będą tysiące badaczy na całym świecie przez najbliższe 10-50 lat. Liczba osób, które są w stanie napisać taką monografię, w skali świat jest stała. Tymczasem liczba habilitantów i profesorów różnej maści rośnie wykładniczo. Jednych i drugich dawno jest już więcej, niż potencjalnych autorów dobrych monografii naukowych.

    Mam pod ręką taką monografię wydaną przez Springera 10 lat temu, 700 stron, poczytne miejsce na mojej półce w domu. Ukoronowanie kilkudziesięciu lat aktywności zawodowej. Długo nie będę w stanie napisać niczego, co mogłoby temu dorównać. Nie czuję, bym był w stanie napisać monografię wartą wydania w Springerze. Innych pisać nie warto.

    Może to jest różnica między kilkoma z nas a kolegą Podwórkowym - dla nas punktem odniesienia są Stany, UK, FR, DE; dla Podwórkowego - nasze lokalne podwórko. Tą opinią nie oceniam, stwierdzam fakt - rożne specjalności mają różne specyfiki. W szczególności monografie skierowane do czytelnika polskiego, dogłębnie analizujące jakiś aspektu systemu prawnego w Polsce mają niewątpliwą wartość i nie można liczyć, że w ich napisaniu wyręczą nas Germańce czy USAcy.

  • podworkowy napisał(a) komentarz datowany na 2013/10/20 21:21:01:

    trzy14 - argument jakoś tam przyjmuję, acz jeśli argumentem przeciw pisaniu książek ma być marna jakość wielu z nich, to nie sądzę, aby był to wniosek rozsądny...

  • pawcio69sk napisał(a) komentarz datowany na 2013/10/20 21:52:55:

    Kolega @podwórkowy jest typowym przykładem ofiary utrwalonych latami stereotypów. Jak nie ma książki - nie ma osiągnięcia. Rozumiem tę przypadłość, bo sam na nią chorowałem. Wyleczyłem się po napisaniu książki.

  • charioteer1 napisał(a) komentarz datowany na 2013/10/20 22:12:26:

    Abstrahujac od tego, co w Polsce, z mojego punktu widzenia, ksiazki pisza:
    1. ludzie, ktorzy juz sa na emeryturze,
    2. ludzie, ktorzy akurat nie maja zadnego grantu i nie maja za co prowadzic badan,
    3. ludzie, ktorzy nie potrafia prowadzic badan (to jest specjalna kategoria, do ktorej naleza 1-2 osoby, ktore mimo to potrafia cos nowego wniesc do dziedziny).
    Reszta ksiazek na rynku, tzw. monografie badawcze, to w wiekszosci prace doktorskie, albo podreczniki.

    Mam przed soba ksiazke - jednoautorska monografia, 500 stron, wyd. 2011, Psychology Press. Absolutna biblia dla osob zajmujacych sie dziedzina. To jest wlasnie ukoronowanie kariery autorki, tylko ze ona bedzie za mniej wiecej 5 lat od wydania nieaktualna. Taki jest zywot ksiazki naukowej. To samo spotkalo inne tego typu wydawnictwa, ktore stawialy sobie za cel przedstawienie status quo w tej dziedzinie. Popularne podreczniki aktualizuje sie mniej wiecej co 5 lat, a co dopiero monograficzne podsumowania czegos, co sie caly czas dynamicznie rozwija.

    Ksiazka jako "kamien milowy w rozwoju badan" dla mnie w ogole nie istnieje. Nie ma takiego bytu. Kamieniem milowym jest z reguly wazne badanie opublikowane w czasopismie, ewentualnie wazny artykul przegladowy, rowniez w czasopismie.

  • podworkowy napisał(a) komentarz datowany na 2013/10/20 22:22:19:

    Pawciu, mógłbym być złośliwy i złożyć kondolencje z powodu jakości Pana książki, skoro wpędziła Pana w takie stany - ale nie będę;)
    Artykuły mogą być osiągnięciami (oczywiście w potocznym, a nie ustawowym znaczeniu), i to bardzo istotnymi, ważącymi także a'propos stopnia czy tytułu. Moim zdaniem jednak, w wielu dziedzinach książka jest dystynktywnie odmiennym rodzajem osiągnięcia, które hab. z prawa, politologii, filozofii czy ekonomii powinien posiadać (z wyjątkiem naprawdę szczególnych przypadków). Podkreślam przy tym, że za ekwiwalent książki uznaję cykl jednotematyczny przy ścisłej interpretacji znaczenia tego terminu.

  • trzy.14 napisał(a) komentarz datowany na 2013/10/21 00:46:04:

    Chario, przez "kamień milowy" rozumiem coś, co podsumowuje bieżący stan badań. Jak czegoś w takiej książce nie ma, to znaczy, że pół roku przed datą wydania książki tego czegoś po prostu nie było :-)

  • dala.tata napisał(a) komentarz datowany na 2013/10/21 01:45:15:

    Kolego podworkowy. z doswiadczenia wiem, ze publikowanie w czasopismie z najwyzszej polki jest trudniejsze niz publikowanie ksiazek w wydawnictwach w polki wysokiej. Nie publkkowalem w OUP czy CUP, ale nie sadze, by roznilo sie to znaczynie od np. Sage.

    Ksiazka rzeczwiscie estuje umiejstnosci: pisania ksiazki. Nie jestem pewien, czy habilitacje wlasnie za to sie powino dawac.

  • pawcio69sk napisał(a) komentarz datowany na 2013/10/21 07:36:25:

    @podworkowy
    Ależ proszę się nie krępować i krytykować! Jakość tej książki ocenili recenzenci o podobnych do Pana zapatrywaniach i nie zgłosili zastrzeżeń. Dzisiaj jestem dzięki temu hab. Nigdy bym nim nie został gdybym jej nie napisał. Tymczasem najwybitniejsi na świecie przedstawiciele mojej dziedziny z książek piszą jedynie podręczniki. Badania i ich wyniki publikują w czasopismach. Na moją książkę straciłem czas i pieniądze. W znaczeniu międzynarodowym nic, kompletnie nic ona nie wniosła.

  • dala.tata napisał(a) komentarz datowany na 2013/10/21 23:53:26:

    Tak jeszcze do tego, co napisala chario. Oczywsice ksiazki jako kamienie milowe sa i maja sie dobrze.

    Ksiazki np. Chomskyego, Goffmana, Billiga, Fairclougha, Giddensa, Baumana, Wierzbickiej i wielu innych to byly i sa nadal kamieniami milowymi w rozwoju odpowiednich dyscyplin czy poddyscyplin.

  • charioteer1 napisał(a) komentarz datowany na 2013/10/22 00:34:05:

    Dala, oczywiscie, ze sa takie ksiazki. Od wczoraj chodzi mi po glowie Rumelhart & McClelland jako przyklad :) , tylko nijak nie pasuje do dyskusji toczonej na DNU ;)

    Sa dziedziny ksiazkowe i nieksiazkowe.

Dodaj komentarz