Robię habilitację

Wpis

sobota, 09 stycznia 2016

Krok w bok

Oto artykuł, którego autor proponuje postawienie 'małego kroku ku normalności'. Autor wychodzi od przesłanki, że nie sposób precyzyjnie określić udziału procentowego poszczególnych autorów i wskazuje, że liczby podawane w dokumentacji habilitacyjnej często brane są z sufitu. Proponuje więc, by procentowy udział autorów artykułu zawsze określać tak samo. A zatem, by wklad w napisanie publikacji był zawsze wynikiem dzielenia 100 proc. przez liczbę autorów. Udział W napisanie publikacji autora, który ma dwóch wspólautorów zawsze będzie określany jako 1/3. W ten sposób, mówi autor, pójdziemy ku normalnosci, szczególnie jeśli zrozumieją to fizycy.

 

Artykuł to ciekawy przykład rozumowania, które oparte jest na prawdziwej przesłance, jednak dochodzi do fałszywych wniosków. Nie jestem pewien też, dokąd idzie autor, mi z nim nie po drodze, bo pomysł z normalnością nie ma nic wspólnego. Tak, rzeczywiście, określanie procentowego udziału w napisanie artykułu to fikcja. Niektórzy moi współautorzy wspomagali mnie podając jak najniższy udział procentowy w napisane wspólnie artykuły, robiłem to również ja wobec habilitujących się współautorów. Kompletna fikcja. Jednak autor artykułu w Pauzie proponuje zastąpienie tej fikcji inną fikcją.

 

Równanie udziału procentowego wszystkich współautorów jest równie nonsensowne, jak określanie jego zróżnicowania. Nie wiem, jak autor, jednak mam publikacje, których motorem i wykonawcą byłem przede wszystkim ja, a współautorzy byli czasem mniej, czasem bardziej ważnym ale tylko dodatkiem.  Propozycja zrównania wysiłku, który jest większy niż wysiłek wszystkich innych współautorów razem wziętych, jest nonsensem, a na dodatek niesprawiedliwością. To już wolę sufitologię habilitacyjną, bo przynajmniej pozwala na oddanie tego, że ja się napracowałem najbardziej.

 

Jedynym krokiem ku normalności byłoby oczywiście zniesienie tych idiotycznych udziałów procentowych! Skoro już muszą być oświadczenia o wkładzie, to powinny być opisowe - zrobiłem to, to, to i to, podobnie jak w wielu międzynarodowych czasopismach. Skoro już muszą być oświadczenia wszystkich współautorów (to jest dopiero głupota!), to starczyłoby, gdbyby współautorzy akceptowali opis mojego udziału. To naprawdę jest bardzo proste i wydawałoby się, że inżynier budownictwa wodnego móglby to zrozumieć.

 

Szczegóły wpisu

Tagi:
Autor(ka):
habilitant2012
Czas publikacji:
sobota, 09 stycznia 2016 00:41

Polecane wpisy

Komentarze

Dodaj komentarz

  • misiekc1 napisał(a) komentarz datowany na 2016/01/09 11:18:08:

    Określanie procentowego wkładu rzeczywiście jest bez sensu. Bierze się to głównie stąd, że są naukowcy, którzy w tej kwestii oszukują. Co więcej, jak widać na podstawie wpisu gospodarza, nie widzą w tym nic złego.

  • habilitant2012 napisał(a) komentarz datowany na 2016/01/09 12:09:44:

    Nie wiem, skąd ta generalizacja i nie rozumiem zarzutu oszukiwania. Jeśli nie da się określić udziału procentowego, a ja nadal muszę to zrobić, to muszę coś wymyślić. Skoro zatem i tak mam do czynienia z fikcją, niech ta fikcja służy mi na wypadek, gdyby recenzent uważał, że udział procentowy odzwierciedla rzeczywistość.

    Powtarzam: skoro oczekuje się ode mnie tworzenia fikcji, czegoś, co musi być fałszem, trudno oskarżać mnie o oszustwo.

  • charioteer1 napisał(a) komentarz datowany na 2016/01/09 12:31:58:

    Ja mam silne wrazenie, ze za dzieleniem punktow przez liczbe autorow coraz bardziej argumentuja ludzie, ktorych wklad w publikacje wspolautorskie zazwyczaj ogranicza sie do wstawienia przecinkow.

    Wyszczegolnienie wkladu wspolautorow poprzez opisanie czynnosci, ktore wykonali jest najbardziej sprawiedliwa forma uhonorowania wkladu poszczegolnych osob i najmniej kontrowersyjna. Odpada kwestia rozbuchanego ego kogos, dla kogo wstawienie przecinkow to polowa roboty. Dla recenzenta awansowego to tez jest najbardziej miarodajna informacja o faktycznych dokonaniach i umiejetnosciach recenzowanego.

  • dockan napisał(a) komentarz datowany na 2016/01/09 12:41:10:

    Wydaje mi się, że sprawą ważniejszą od aptekarskiego wymierzania wkładu poszczególnych autorów jest to jaki jest to wkład. Habilitacja to "samodzielność" naukowa i prawo do sprawowania opieki nad doktorantami (a więc kierowania ich pracą). Dlatego habilitacji nie powinny uzyskiwać osoby, które nie potrafią prowadzić samodzielnie badań. A to oznacza, że habilitanci powinni mieć w dorobku - w zależności od specyfiki dyscypliny - albo prace bez współautorów albo prace, w których ich udział był wiodący (w szczególności powstały one z ich inicjatywy, wg. ich pomysłu i planu). Bo przecież habilitacji (a nawet doktoratu) nie powinien mieć np. astronom, który ma w dorobku 100 prac cytowanych po 100 razy, a którego (niekwestionowany i potrzebny) udział w ich powstaniu polegał na tym, że spędził 1000 nocy obserwując wskazany przez współpracowników kawałek nieba ...

  • trzy.14 napisał(a) komentarz datowany na 2016/01/09 13:15:32:

    Są cztery najważniejsze pytania:
    a) jakie oryginalne osiągnięcia znajdują się w artykule (max. 50 znaków)
    b) kto jest pomysłodawcą artykułu
    c) jaki jest wkład habilitanta do osiągnięcia wyniku opisanego w (a)
    d) kto jest głównym twórcą tekstu (artykułu oryginalnego)
    e) jaki jest wkład habilitanta w osiągnięcie opisane w (d)
    ======
    a) Te 50 znaków ze spacjami jest naprawdę ważne. Dyscyplinuje umysł. Być może w przypadku monografii można ten limit podnieść do 100 znaków.
    b) Kto nie ma pomysłów, nie zasługuje na habilitację.
    c) Co istotnego habilitant wniósł do pracy? W szczególności, jaki ma warsztat? Bo może tylko dał nazwisko (jako szef kliniki lub członek kolaboracji, lub organizator finansowania projektu?)
    d) Kto nie potrafi pisać do dobrych czasopism i "prowadzić" artykułów w tychże czasopismach, np. spierając się z recenzentami, nie zasługuje na habilitację.
    e) Za ostateczną postać artykułu mogą odpowiadać 2-3 osoby; jako recenzent chciałbym więc wiedzieć, w jakim stopniu efekt końcowy zależał od habilitanta, czy on dojrzał do pilotowania artykułów.

    Pomysł, metody, realizacja.

    Oczywiście w przypadku artykułów jedno-autorskich wystarczy odpowiedź na (a).

  • czlowiek.z.makulatury napisał(a) komentarz datowany na 2016/01/09 14:06:16:

    Nie podoba mi się ten wpis, bo ignoruje podstawowy fakt, że oprócz udziału procentowego habilitant dostarcza w formie pisemnej szczegółowy wykaz swojego udziału w pracach przedstawionych do oceny. Czasem są to bardzo obszerne zestawienia i jest to wymóg obowiązkowy. Być może tego nie widać, bo na stronie CK oświadczenia habilitantów nie są publikowane.

  • staryzgred2012 napisał(a) komentarz datowany na 2016/01/09 14:12:04:

    @misiekc1
    > Określanie procentowego wkładu rzeczywiście jest bez sensu.
    > Bierze się to głównie stąd, że są naukowcy, którzy w tej kwestii oszukują


    Zdecydowanie nie! Określanie procentowego wkładu ma sens, o ile w ogóle, tylko w przypadku prac jednoaspektowych, albo w przypadku podzbioru autorów odpowiedzialnych za jeden aspekt zagadnienia. W przypadku prac łączących zagadnienia z kilku dziedzin, każdy aspekt jest oddzielny! Fizyk, biolog, informatyk - w jednym dziele, obojętnie czy książka, czy artykuł. Każdy z nich ma dokładnie 100% w swojej działce, a te działki są wzajemnie niewspółmierne.

    Żądanie określania procentowego wkładu pracy to typowy wymysł biurokratycznych biurw, które chcą sobie naszym kosztem ułatwić życie i zbudować klasyczny "dupochron".

    Nie wszystko, co ważne da się ująć w liczbach,
    Nie wszystko, co da się ująć w liczbach, jest ważne

  • trzy.14 napisał(a) komentarz datowany na 2016/01/09 14:29:37:

    Ja bym się też nie zgodził na "naukowcy, którzy w tej kwestii oszukują".

    Chodzi mi po głowie, że parę lat temu w fizyce zdarzyło się, że trzech kolegów użyło we wnioskach awansowych jednej publikacji. Każdy z nich przypisał sobie 50% tej publikacji. Niektórych to oburzyło, ale psychologicznie jest to zupełnie zrozumiałe. Jeśli artykuł nie powstałby bez któregokolwiek z nich, to rola każdego z nich była dominująca, minimum 51%.

  • frytka-furtka napisał(a) komentarz datowany na 2016/01/09 18:26:46:

    Uważam, że dla potrzeb sprawozdawczości procenty są niezbędne. Ministerstwo potrzebuje prostych, jednoznacznych, precyzyjnych i sformatowanych danych. Wtedy można opracować procedury, algorytmy i normy. Co oczywiście oznacza przyjęcie założenia, że nauka istnieje dla biurokracji. Wypowiedziane brzmi nieco kłopotliwie, ale to drobiazg.

  • dala.tata napisał(a) komentarz datowany na 2016/01/09 20:51:00:

    Procenty udzialu sa tak glupie, ze naprawde trudno sie do nich odnosic. i tyle. Jendak chyba jeszcze glupsze jest twierdzenie, ze wszyscy maja ten sam procentowy wklad.

  • kragon napisał(a) komentarz datowany na 2016/01/09 21:41:00:

    a gdzie w tym wszystkim radosc z uprawiania nauki i dokonywania odkryc?
    czemu mamy ulegac punktozie i procentozie?
    po prostu badajmy otaczajacy nas swiat

  • staryzgred2012 napisał(a) komentarz datowany na 2016/01/10 14:48:37:

    @kragon
    > a gdzie w tym wszystkim radość z uprawiania nauki i dokonywania odkryć?

    Poszła do kółek samokształceniowych lub innych zgrupowań hobbystycznych?

    > czemu mamy ulegac punktozie i procentozie?

    Bo to jest, patologicznym skądinąd z uwagi na obecny - mafijno-sitwowy - sposób formowania tabel punktowych, kryterium oceny Twojej pracy, Twoich awansów, ustalania Twoich zarobków i decydowania o kontynuacji Twojego zatrudnienia?

    > po prostu badajmy otaczający nas świat

    Ot, i ujawnił się Janko Muzykant, przynajmniej w warstwie werbalnej, któremu nie jest potrzebne konserwatorium, filharmonia a wystarczy wystrugana fujarka lub inne dudy.

    A na serio: my badamy ten świat. Obecnie najbardziej interesującym aspektem tego świata jest sprawa zapewnienia sobie i swoim współpracownikom sensownego minimum zarobków osobistych i źródeł finansowania badań. Rzeczywistość skrzeczy...

  • kragon napisał(a) komentarz datowany na 2016/01/10 15:36:41:

    Zgredzie,
    bedziemy tak traktowani, jak sobie na to pozwolimy.
    Odnosze wrazenie, ze te lamenty przypominaja te zony alkoholika.
    Trudno zyc w obecnych uregulowaniach, ale na radykalna sposobu zmiane zarzadzania (brak wyboru przelozonych przez podwladnych) i finansowania (urynkowienie) brak jest zgody srodowiska.
    No to... pozostaje zyc z alkoholikiem (zwanym przez Ciebie mafio-sitwa) w roli jego zony

  • staryzgred2012 napisał(a) komentarz datowany na 2016/01/10 16:37:12:

    @kragon
    > bedziemy tak traktowani, jak sobie na to pozwolimy.

    Gratuluję dobrego samopoczucia, ale na takie podejście mogę sobie pozwolić teraz, gdy nie jestem ekonomicznie zależny od uczelni. Świeży asystent lub adiunkt na takie manewry pozwolić sobie nie może, bo nim znajdzie nową, dostatecznie dochodową pracę, to bank zgłosi się z wypowiedzeniem kredytu i żądaniem natychmiastowej spłaty. Ot, polska rzeczywistość niewolników ekonomicznych. W dodatku, na co mało kto zwraca uwagę, zatrudnienie w uczelni ma wszystkie cechy eksploatacji rabunkowej, gdyż w tym środowisku błyskawicznie traci się umiejętności zawodowe.

    > Odnosze wrazenie, ze te lamenty przypominaja te zony alkoholika.

    Tu się z Tobą zgodzę. To jest DOKŁADNIE taka sama sytuacja, jak u żony alkoholika, która po złożeniu skargi i założeniu menelowi "niebieskiej karty" musi iść z dziećmi do przytułku, bo to ona jest wyrzucana z domu, a nie menel.

    > Trudno zyc w obecnych uregulowaniach, ale na radykalna sposobu zmiane
    > zarzadzania (brak wyboru przelozonych przez podwladnych) i finansowania
    > (urynkowienie) brak jest zgody srodowiska.


    Co, a właściwie, KOGO nazywasz środowiskiem? Bo kręgi rzeczywiście decyzyjne to wąska grupa GTW: rzeczywiste (a nie nominalne) kierownictwo UW, UJ, PW, PAN i - być może, nie mam pewności - UAM, UWr i PWr. Reszta "środowiska" ma taki sam wpływ jak - utrzymując się w Twojej poetyce - szeregowy członek PiS na decyzje Kaczyńskiego. Czyli żadne.

    > No to... pozostaje zyc z alkoholikiem (zwanym przez Ciebie mafio-sitwa)
    > w roli jego zony


    Niestety, tak. To jest klasyczny "Paragraf 22", bo tu nie ma innego finansowania, a system państwowy jest monopolistą w zakresie tytułów/uprawnień. Nota bene: UE naciska w kierunku wprowadzenia systemu kryterialnego, który umożliwiłby nadawanie uprawnień zawodowych np. przez firmy, poza systemem klasycznego szkolnictwa. Ale zasadnym pytaniem jest: czy UE przetrwa najbliższą pięciolatkę.

  • kragon napisał(a) komentarz datowany na 2016/01/11 21:55:07:

    @zgred
    dziękuję za gratulacje,
    przyjmuje z wdzięcznością i... pokorą ducha
    Wiem, ze w tzw nauce dzieją się rzeczy obrzydliwe... ale czy musimy im ulegać?
    Czy nie możemy po prostu żyć i tworzyć zdrowego środowiska, bez cynizmu, złośliwości i zawiści.... po prostu pracując i wyrywając tajemnice naturze (lub... jak mówi konstytucja panu bogu)?
    Cóż są warte te kudryki, bobiki czy gówniki?

    Rozumiem, że Cie życie przejechała i rozjechało nie raz (mnie zresztą też, ale pewnie nie aż tak bardzo jak Ciebie) , ale ... czy nie warto jednak budować miast niszczyć? miast odbierać nadzieję tym, którzy chcą coś pożytecznego i ważnego zrobić?
    Naprawde nie wszystko jest złem... a i w NCN, CK... itd itp... są ludzie wartościowi, którym nie tylko zalezy na rozwoju nauki, lecz także powodujący że te zmiany (przyznaję, bardzo powoli) nastepują - potrafisz zrobić te zmiany szybciej? zrób je... zrób coś kreatywnego... dla innych...
    niestety póki co jawisz mi sie jako ktoś zionący własnymi urazami, własnymi resentymentami, zadrami....
    to niestety nie jest konsruktywne.... :-(


  • staryzgred2012 napisał(a) komentarz datowany na 2016/01/11 22:32:30:

    @kragon
    > niestety póki co jawisz mi sie jako ktoś zionący własnymi urazami,
    > własnymi resentymentami, zadrami....
    > to niestety nie jest konsruktywne


    Cóż, jeżeli tak nazywasz brak naiwności i postrzeganie rzeczywistości taką,
    jaką jest, a nie, jaką jest propagandowo głoszona, to... jakoś sobie poradzę z tą niewątpliwie głęboką krytyką.

    > Cóż są warte te kudryki, bobiki czy gówniki?

    W obecnej rzeczywistości? Dla osób, które nie mają dojść do grantów to są te resztkowe pieniądze z działalności statutowej i linia obrony przed zwolnieniem
    przez władze uczelni, które wielokrotnie własnym dorobkiem urągają jakimkolwiek
    regułom przyzwoitości. Bo jak inaczej określić tego dziekana z UMK, który jako swoje główne zadanie widzi dopadnięcie osoby wskazującej CK na nieprawidłowości, które on sam zamiatał skwapliwie pod dywan? Jak postrzegać władze z Koszalina, które uwaliły Gizowskiego chroniąc plagiatorkę, a przy okazji, w sposób skrajnie patologiczny, kanałami kościelnymi uwaliły jego doktorantkę?

    Oczywiście, można realizować Twoje podejście "róbmy swoje", ale - jak już pisałem - na to mogą sobie pozwolić dopiero samodzielni i w dodatku samodzielni FINANSOWO.

  • charioteer1 napisał(a) komentarz datowany na 2016/01/11 22:52:11:

    Kragonku, twój jadowity pościk skierowany do zgreda moze sluzyc jako podstawa do glebszych refleksji. W nauce polskiej mozna konstruktywnie budowac jedynie z tymi, ktorych stac na to, by o swoich urazach i zadrach mowic otwarcie. Wystrzegac sie nalezy zaś tych, ktorzy przez cala kariere budowali pancerz wokol swojego elementarnego skrzywienia. Zaryzykuje w ciemno budowanie z piasku ze zgredem, nie powaze sie budowac z kamienia z kragonem, bo ta budowla na pewno runie z łomotem.

  • misiekc1 napisał(a) komentarz datowany na 2016/01/12 10:18:05:

    Dobra, to jakie są alternatywne propozycje?

    Póki co gospodarz i chariotter1 proponują oświadczenia opisowe, co jak słusznie zauważył człowiek.z.makulatury już jest. Pojawiła się ciekawa propozycja od trzy.14, ale nikt tego nawet nie skomentował.

    Ja osobiście nie widzę niczego złego w obecnie funkcjonującym rozwiązaniu (opis + %). Niestety żadna propozycja nie zadzaiła jeśli my sami nie będziemy jej rzetelnie stosować. Tak samo jak nagina się procenty można nagiąć cokolwiek innego. Jedyna rzecz, którą trudno nagiąć to kolejność nazwisk autorów w artykule. I ja akurat mam to szczęście, że w mojej działce na podstawie tej kolejności można całkiem sporo powiedzieć o wkładzie poszczególnych osób.

  • nobbynooby napisał(a) komentarz datowany na 2016/01/12 14:33:14:

    @misiek w cuda wierzysz...?
    W roku obrony doktoratu mojej młodszej koleżanki, nasza wspólna szefowa zrzuciła ją z 1szego miejsca i wstawiła siebie "bo potrzebuję do profesury".
    Kolejność autorów W POLSCE to akurat najłatwiejsze, czym można manipulować

  • nobbynooby napisał(a) komentarz datowany na 2016/01/12 14:35:18:

    Acha, jeszcze szczególik:
    To ja pisałem całą tę publikację, i byłem OSTATNIM autorem. Dobrze, że udało mi sie wykłócić korespondencyjnego ;)
    Teraz napisałem całą inną, (znowu zrobiłem jakąś 1/4 badań), i jestem 4tym autorem z 7ga. Bo tak.bo przestałem być "złotym chłopcem" i zacząłem sie stawiać.

  • js.c napisał(a) komentarz datowany na 2016/01/12 14:59:09:

    @nobbynobby

    W wielu dziedzinach ostatni autor (i to jeszcze korespondujący) to nawet lepiej niż pierwszy. A chyba zawsze jest tak, jak na listach wyborczych: jedynka czy dwójka się liczy najbardziej, ale ostatnie miejsce jest też całkiem pożądane. Nie wiem, czy warto było walczyć o miejsce 4/7 :)

  • nobbynooby napisał(a) komentarz datowany na 2016/01/12 16:34:47:

    @Jsc:
    Ależ to jest właśnie clou:
    NIE walczyłem o 4te miejsce; Najjaśniejsza Szefowa zarządziła taką kolejność i już. Targowałem się o tego korespondencyjnego w poprzedniej pracy, więc tam jest OK, choć niesprawiedliwość wobec koleżanki i tak ciągnie się smrodem (w obrębie naszego Zakładu oczywista).

  • misiekc1 napisał(a) komentarz datowany na 2016/01/12 17:56:00:

    @nobbynooby
    Wiem, że kolejność można zmanipulować, ale nie można jej naginać. Po ustaleniu kolejności (sprawiedliwym, bądź nie) ona na zawsze będzie już taka sama. Oświadczenia, procenty itd. można za to naginać do woli we wszystkie strony w zależności od potrzeby. Przepraszam, jeśli się nieprecyzyjnie wyraziłem.

  • dala.tata napisał(a) komentarz datowany na 2016/01/12 19:27:33:

    Procenty to jakes zupelne nieporozumienie, ktore nie w ogole nie oddaje wkladu w zrobienie badan czy napisanie artykulu. co z tego, ze mam 1 procent udzialu, jesli dzieki temu procentowi artykul zostal opublikowany?

    mam wrazenie, ze polska nauka jak zwykle chce byc JESZCZE LEPSZA. na swiecie opisuje udzial, ale nie my - my jeszcze procentowo go okreslimy. jak? niewazne, bylebysmy okreslali.

  • squareroot napisał(a) komentarz datowany na 2016/01/12 19:51:26:

    To takie pytanie: jak na Waszych Wydziałach są dzielone Badania Statutowe? Pewnie są zależne od wyrobionych Kudryków. Czy powiedzmy za pracę piątki autorów, w tym jednego z jednostki i sprzedanej za 40 autor dostaje kasę jakby sam wyrobił 40, czy 8? U mnie jest tak jak w algorytmie ministerialnym, czyli pełne 40.
    Te procenty, o które toczy się dyskusja i których nie lubię od czasu gdy dowiedziałem się, że 70% + 50% = 100% (z oświadczeń w kolejnych postępowaniach z użyciem tej samej pracy), moim zdaniem są dużo mniej patologiczne od zjawiska "ja dopisuję Ciebie, a za to Ty mnie", które sztucznie pomnaża dotację wielu jednostkom.

  • staryzgred2012 napisał(a) komentarz datowany na 2016/01/12 21:45:38:

    @squareroot
    > moim zdaniem są dużo mniej patologiczne od zjawiska "ja dopisuję
    > Ciebie, a za to Ty mnie", które sztucznie pomnaża dotację wielu jednostkom.


    Nie pomnażają, gdyż tort do podziału jest ten sam. Poza tym prace wieloaspektowe byłyby kompletnie deprecjonowane, jak ta słynna praca z połowy roku 2015 w "Nature", gdzie było 15 współautorów i na każdego przypadałoby 3,33 punktu. Kompletny nonsens przy tak wypłaszczonej skali. Cała sprawa procentów jest tematem zastępczym, identycznie jak algorytm podziału ochłapów w kacecie czy łagrze. Nikt nie zwraca uwagi na sam fakt istnienia tego kacetu/łagru.

  • klamczuchosiedlowy napisał(a) komentarz datowany na 2016/01/12 21:53:34:

    Wszystkie zbiorowe publikacje niemal zawsze są obarczone nieuczciwym lub niedoskonałym podziałem zasług. To siedlisko patologii. Doczepiani są pasażerowie na gapę a prawdziwi autorzy są marginalizowani. I właśnie dlatego wszystkie publikacje zbiorowe powinny dawać punkty jednemu autorowi - pierwszemu. Ale aby zniechęcić do takich patologicznych publikacji - te punkty powinny wynikać z liczby punktów należnych za daną publikację podzieloną przez liczbę autorów.
    Nie dlatego, że to fair - ale dlatego aby raz na zawsze zlikwidować szkodliwe publikacje wieloautorskie a jeśli się nie da - to przynajmniej ograniczyć je do minimum.
    Powinien te być absolutny zakaz uwzględniania zbiorowwych prac w parametryzacji i nie powinno się ich akceptować przy ocenie awansu indywidualnego do tzw. osiągnięcia.
    Patologię publikacji zbiorowych należy wypalić żelazem rozgrzanym do białości.

  • dala.tata napisał(a) komentarz datowany na 2016/01/12 21:55:02:

    Klamczuch juz ci to powiedziano nie raz, ja powtorze. gadasz takie kompletne bzdury, ze zeby bola.

  • staryzgred2012 napisał(a) komentarz datowany na 2016/01/12 22:09:35:

    @klamczuchosiedlowy
    > Patologię publikacji zbiorowych należy wypalić żelazem rozgrzanym do białości.

    Sorry, ale bredzisz jak potłuczony.

  • dockan napisał(a) komentarz datowany na 2016/01/12 22:33:59:

    Zgred,

    /i> Nie pomnażają, gdyż tort do podziału jest ten sam.

    ależ oczywiście pomnażają. I wcale nie jest taka jednoznaczna zasada przyznawania 100% punktów wszystkim współautorom. Jeśli bowiem mamy 2 prace w tym czasopiśmie, jedna ma 1 autora, a druga 10, to MNiSW za tę drugą "płaci" (kudrykami) 10 razy więcej. Dlaczego to robi, nie wiem ...

  • staryzgred2012 napisał(a) komentarz datowany na 2016/01/12 23:42:22:

    @dockan
    > ależ oczywiście pomnażają

    Oczywiście, że... NIE!

    Kudryki działają tylko RAZ NA CZTERY lata. W trakcie kategoryzacji. I jest to jedynie jedna z czterech kategorii. I nigdzie indziej.

    Fundusze statutowe są rozdzielane POGŁÓWNIE, a stawka pogłówna zależy od kategorii w proporcji, o ile się nie mylę, 0.6 (B) : 1 (A) : 1.5 (A+).

    "Mnożenie" kudryków może mieć znaczenie jedynie wewnątrz kategoryzowanej jednostki, czyli wydziału lub instytutu. Może, o ile następuje redystrybucja środków statutowych sterowana punktami. Ale tort, czyli dotacja na jednostkę (stawka x liczba pracowników n-d) pozostaje BEZ ZMIAN.

  • js.c napisał(a) komentarz datowany na 2016/01/12 23:59:15:

    @dockan, @zgred, @klamczuch
    A jeśli ta dziesiątka autorów ma nieszczęście tworzyć zespół zatrudniony w jednej jednostce, to MNiSW liczy tę pracę także tylko raz jeden :).

    Zgred ma rację, co do braku związku BSt z kudrykami, ale to wielokrotne liczenie wpływa na kategorię! "Jednostki-spryciarze" pomnażający swe publikacje współautorskie mogą punktowo prześcignąć jednostkę "uczciwie" ciułającą swe samodzielne punkty. Oni dostaną A, a ten drugi B, choć może jest obiektywnie lepszy? Paru ludzi uczestniczących w kilkusetosobowych kooperacjach produkujących dziesiątki wysokopunktowych prac rocznie może zapewnić kategorię A jednostce z bardzo wieloma zupełnie nieproduktywnymi osobami.

    To jest niestety jednak jeden tort. Gdy jedni dostaną kategorię A dzięki machinacjom tego typu (już nie wspomnę o bezczelnych ale i bezkarnych oszustach, którzy inną liczbę N wpisywali do kategoryzacji, a inną ZNACZNIE większą liczbę N do wniosku o BSt), to niektórzy spośród "mniej płodnych" muszą spaść do kategorii B.

    Wyjściem z tego typu paradoksów jest branie pod uwagę jakiejś małej ilości prac (np. dwie za okres 4-letni).

    Prace współautorskie powinny jednak być liczone z mniejszą wagą (ale w taki sposób, aby ich ilość była tylekroć większa ile wynosi odwrotność tej wagi, zatem jeśli ktoś publikuje tylko wspólautorsko i tylko za 30 pkt, i ma tych prac dostatecznie dużo - to zapisuje mu się te 2 prace razy 30 pkt i to samo tyczy wszystkich wspólautorów).

    Wtedy nie opłaca się publikować "śmieci" i nie ma pogoni za ilościówką. No może zespoły wielooosobowe musiałyby się trochę sprężać, bo taki 10-osobowy zespół musiałby wyprodukować (w najgorszym razie, gdy dzielimy dorobek przez liczbę autorów jak chce klamczuch) 20 dobrych prac za te 4 lata - ale to raczej pestka dla takiego zespołu.

    Wtedy opłaca się, aby te 2 prace to nie były za 10, a nawet nie za 30, ale za 35-40 czy więcej (czyli: aby w swym dorobku mieć prace wysokopunktowane).

    Gdyby jeszcze te punkty odpowiadały rzeczywistej randze czasopism, gdyby punktacja była nie tak spłaszczona...


  • redezi napisał(a) komentarz datowany na 2016/01/13 00:13:03:

    @ staryzgred

    "
    Kudryki działają tylko RAZ NA CZTERY lata. W trakcie kategoryzacji. I jest to jedynie jedna z czterech kategorii. I nigdzie indziej. "

    1. Działają w stypendiach doktoranckich i stypendiach MNiSW. Również np. w podziale środków na dofinansowanie badań doktoranckich z BSt (jakieś fistaszki na konfy czy warsztaty).
    2. Działają w niektórych jednostkach w nagrodach dziekańskich.
    3. Działają w niektórych jednostkach w dopuszczaniu do prof. uczelnianego.
    4. Działają jako miara środowiskowa (coś o czym się dyskutuje, czym się porównuje lub co jest przedmiotem zawiści) - nawet jeśli miary 1-3 mają mniejsze znaczenia.

    @ klamczuch
    "Wszystkie zbiorowe publikacje niemal zawsze są obarczone nieuczciwym lub niedoskonałym podziałem zasług. "

    1. Punktologia nie jest ani polskim wynalazkiem, ani wyłącznie polską patologią. Polskim wkładem jest punktoza przy minimalnych środkach finansowych, co daje nową jakość patologii.

    2. Od co najmniej trzech dekad (jeśli nie od projektu Manhattan) w badaniach nauki od strony scjentometrii i socjologii wyraźnie widać wzrost roli całych zespołów. Różne dziedziny mają to różnie rozegrane (nawet w obrębie fizyki są różnice między teoretykami a cząsteczkowcami eksperymentalnymi).

    Nakładasz opinię o patologiach polskiego piekiełka na jedną ze zmian strukturalnych "zdrowej" nauki światowej (serio, np. CERN działa dość dobrze pomimo rozproszonego autorstwa).

  • dockan napisał(a) komentarz datowany na 2016/01/13 00:34:09:

    Zgred,

    to chyba mówimy jednak o czym innym, bo mi chodzi właśnie o to ile dostaje jednostki. Teraz system działa tak. Załóżmy, że mamy 3 jednostki z tym samym N. Pracownicy pierwszej opublikowali x prac samodzielnie albo w wewnątrzjednostkowych zespołach, a pracownicy drugiej i trzeciej łącznie też x prac (o tej samej punktacji), ale wszystkie w małych zespołach mieszanych. I jak wyglądają te jednostki przy parametryzacji? Tak samo. W związku z tym przez 4 lata każda z nich otrzymywać będzie takie same środki, choć efekt pracy drugiej i trzeciej łącznie jest taki sam jak pierwszej ...

  • trzy.14 napisał(a) komentarz datowany na 2016/01/13 01:56:53:

    Całkowicie popieram js.c. Mała liczba prac na 4 lata na pracownika. To mogłyby być "zaledwie" 2-3 prace i ani jednej więcej! Wtedy ograniczyłoby się tę "s...kę" publikacyjną i człowiek miałby czas żeby (a) przygotować wykład kursowy (b) napisać artykuł do "Wiedzy i Życia" (c) pokombinować coś z przemysłem albo w grantach. Wyścig na ilość jest samobójczy dla każdej głównej misji uniwersytetu, od badań wysokiej jakości, poprzez nauczanie, po popularyzację i działania eksperckie. Tylko ograniczając liczbę osiągnięć przypisanych PRACOWNIKOWI (a nie wydziałowi) można naprawdę promować jakość oraz wyeliminować patologię polagającą na tym, że 10-20% "nieuczącej" kadry zapewnia kategoryzację dla jednostki i osłonę dla 80-90 kadry "uczącej".

  • staryzgred2012 napisał(a) komentarz datowany na 2016/01/13 09:19:09:

    @dockan
    > Pracownicy pierwszej opublikowali x prac samodzielnie
    > albo w wewnątrzjednostkowych zespołach, a pracownicy
    > drugiej i trzeciej łącznie też x prac (o tej samej punktacji),
    > ale wszystkie w małych zespołach mieszanych.


    Ten system został wprowadzony właśnie po to, aby ROZBIĆ ten odwieczny (w warunkach PRL i później) chów wsobny, gdzie współpraca była pojęciem nieznanym, a atomizacja dochodziła już do szczebli zakładów wewnątrz instytutów. Sam kilkanaście lat temu obserwowałem niszczenie ludzi, którzy "ośmielili się" iść z problemem do kolegi w TYM SAMYM instytucie, ale w innym zakładzie. Lokalny kacyk zakładowy nie mógł tego strawić, a dyrekcja kompletnie się w to nie mieszała, zaangażowana w "politykę" na szczeblu wydziałowym.

    Zapominasz, że znacznie trudniej prowadzić kooperację pomiędzy różnymi jednostkami niż w obrębie tej samej jednostki. Koszty i czas. Można snuć bajki o "telekonferencjach", ale pewnych spraw nie załatwi się inaczej niż "face-to-face". Z kolei relacje w takich kooperacjach są, wbrew twierdzeniom @klamczucha, uczciwsze, gdyż kooperanci nie mają zazwyczaj efektywnych narzędzi nacisku hierarchicznego, co w warunkach lokalnych jest codziennością vide wpis @nobbynooby'ego o dyktatorskim ustalaniu kolejności autorów artykułu.

  • staryzgred2012 napisał(a) komentarz datowany na 2016/01/13 09:24:20:

    @trzy.14
    > Tylko ograniczając liczbę osiągnięć przypisanych PRACOWNIKOWI
    > (a nie wydziałowi) można naprawdę promować jakość oraz wyeliminować
    > patologię polagającą na tym, że 10-20% "nieuczącej" kadry zapewnia
    > kategoryzację dla jednostki i osłonę dla 80-90 kadry "uczącej".


    OK, ale pod jednym warunkiem: że MNiSW zacznie wreszcie REALNIE płacić za dydaktykę. Dziś można jednoznacznie stwierdzić, że koncepcja Karczewskiego z początku lat dziewięćdziesiątych o planowym niedofinansowaniu dydaktyki, aby zmusić do konkurowania o granty ostatecznie zbankrutowała. Granty zostały zmonopolizowane przez wąską grupę oligarchii lub wręcz mafii (Janiak i s-ka), a niedofinansowanie pozostało.

    Dodatkowo, Twój epitet biorący kadrę uczącą w cudzysłów pokazuje Twoją, przypuszczam że podświadomą a nie zamierzoną, pogardę dla dydaktyków. A obecnie właśnie dydaktyka jest JEDYNYM racjonalnym uzasadnieniem budżetowego finansowania uczelni. Tylko dydaktyka, bo "makulatorowa" nauka jest pozbawiona jakiegokolwiek znaczenia i zastosowania.

    Przypomnij sobie, że finansowanie dydaktyki stanowi przeciętnie 80...85% budżetów uczelni, więc napinanie się swoją "naukowością", o ile nie ma się etatu finansowanego z grantu, jest całkowicie nieuzasadnione i bezpodstawne.

  • js.c napisał(a) komentarz datowany na 2016/01/13 11:59:38:

    @staryzgred2012
    No więc właśnie. Obecnie całe finansowanie jest bez sensu "rozmazane", tak, że ani dydaktyki się w sposób właściwy nie finansuje, ani badań naukowych. Najgorsze jest to, że brak sprzężenia ekonomiczno-finansowego między efektami badań czy dydaktyki, a finansowaniem.

    Zmienić ten stan rzeczy jest łatwo, byle chęć była (ale jej nie ma, ani u polityków, ani w "środowisku"). Przykładowo: uczelnia kształcąca bardzo dobrych maturzystów w grupach ćwiczeniowych 20 osobowych powinna mieć zapewnione pokrycie etatowe na taki cykl kształcenia. Czy ktoś to kiedykolwiek przeliczył? Wątpię. Moje zgrubne oszacowanie jest takie, że politechniki czy wydziały przyrodnicze to może i mają na to pokrycie (ale już na grupy laboratoryjne: chyba nie, zwłaszcza przy sensownym planie studiów, zawierającym sporo takich zajęć), ale humaniści czy prawnicy są bez żadnych szans. Muszą mieć tłumy studentów w dużych grupach, najlepiej większość zajęć to wykłady, aby "wyjść na plus". No i na razie wychodzą, ale czy o to chodzi? Nie ważny jest interes dobrych studentów, którzy chcą się czegoś nauczyć, ale ważne jest to, aby zapchać sale wykładowe (albo choćby statystyki i rejestry) kimkolwiek.

    Podobnie badania naukowe, Brak sprzężenia efektów z finansowaniem. Nawet w grantach. Nie wiem nawet czy przeciętny grant z UW (choćby w dziedzinach ścisłych czy przyrodniczych, gdzie wszystko działa jako tako i efekty są nieźle mierzalne) jest wyraźnie efektywniejszy (efekty dzielone na koszty) od grantu z "prowincji", czy wręcz przeciwnie. A o BSt to nawet nie ma co mówić, "pogłówne". Sporo pieniędzy się marnuje przez taki sposób finansowania (zwłaszcza myślę o naukach technicznych, gdzie kosztochłonność jest wysoka, kadry sporo, a efekty badań - często nawet na lepszą makulaturę się nie przekładają). Bez sensu.

    Te dwie publikacje na 4 lata (ale od KAŻDEGO, oprócz etatów czysto dydaktycznych, rzecz jasna) to nawet nie po to, by odciążyć pracowników (kto chce grantów, to i tak musiałby publikować więcej), ale po to by właściwe wyznaczyć kategorie naukowe wydziałów i skłonić (te lepsze wydziały) do rotacji kadry: wypychać słabszych naukowców do słabszych ośrodków, a pozyskiwać co lepszych kandydatów z zewnątrz. Na razie żadnego interesu nikt w tym nie widzi.

  • staryzgred2012 napisał(a) komentarz datowany na 2016/01/15 00:48:13:

    @js.c
    > Te dwie publikacje na 4 lata (ale od KAŻDEGO, oprócz etatów czysto
    > dydaktycznych, rzecz jasna) to nawet nie po to, by odciążyć pracowników
    > (kto chce grantów, to i tak musiałby publikować więcej), ale po to by właściwe
    > wyznaczyć kategorie naukowe wydziałów


    Złudzenie. Natychmiast wszystkie "lokomotywy" publikacyjne będą (z własnej woli albo pod naciskiem) dorzucać systematycznie współautorstwo pozostałych osób w takim schemacie, aby maksymalnie zapełnić sloty pogłówne.

    >i skłonić (te lepsze wydziały) do rotacji kadry: wypychać słabszych naukowców do słabszych ośrodków, a pozyskiwać co lepszych kandydatów z zewnątrz

    Hę? A oferta będzie taka jak dla menadżerów Orlenu? Bo w każdym innym przypadku skończy się tylko na dobrych chęciach. Nie będzie ŻADNEJ selekcji pozytywnej, dopóki zarobki (obojętne, czy za wybitną dydaktykę, czy za wybitne badania) nie będą choć w części porównywalne (nie mówię, że równe) ze stawkami oferowanymi w biznesie. W obecnej sytuacji, skrajnie zekonomizowanej, nikt nie będzie odgrywał doktora Judyma czy innej Siłaczki.

  • js.c napisał(a) komentarz datowany na 2016/01/15 19:57:42:

    @staryzgred2012

    Publikacje: no niezupełnie. Owszem, makulatura klasy B dokładnie tak by zareagowała, ale dopisanie kogoś do dobrej publikacji wspólnej z ośrodkiem zagranicznym nie jest banalne (chyba, że to my jesteśmy liderem, ale to już coś znaczy samo w sobie), a dopisanie kogoś do pracy kooperacyjnej, to nawet chyba nie jest możliwe. Systemu idealnego nie ma, ale taki byłby pod każdym względem lepszy od obecnego. "Lokomotywy" musiałyby celować w 40-45 (albo choćby w listę A, w dziedzinach B-klasowych), żeby naprawdę pomóc swej jednostce. I to już by było coś.

    Rotacja kadr: sektor wysokopłatny absolutnie mnie nie interesuje w tym kontekście. Co najwyżej szkoda, iż i ten sektor wygrzebuje jakieś resztki z budżetu państwa. A w sektorze typowo budżetowym: nawet stosunkowo niewielkie bodźce mogą zdziałać cuda.


  • staryzgred2012 napisał(a) komentarz datowany na 2016/01/15 23:22:58:

    @js.c
    > A w sektorze typowo budżetowym: nawet stosunkowo niewielkie
    > bodźce mogą zdziałać cuda.


    Organizacyjnie? Tak. Kreatywnie? W żadnym przypadku. Uzyska się tylko nieco sprawniejsze biurwy, ale w dalszym ciągu tylko biurwy. Rutynową procedurę zrealizują, ale prochu nie wymyślą. A tu właśnie proch jest potrzebny, a w dodatku samymi entuzjastami tego się nie popchnie. Entuzjazmu zazwyczaj starsza tylko na jeden kwartał. Potem nawet entuzjasta zaczyna zadawać pytanie: co z tego będę miał.

  • js.c napisał(a) komentarz datowany na 2016/01/16 14:47:21:

    Jakoś nie dostrzegam związku kreatywności z finansowaniem (chociaż niewłaściwy system oceny i motywacji może zabić wszelkie ślady kreatywności). Nie podzielam też poglądu o merkantylnym charakterze naukowców. Gdyby taki mieli, to nawet by nie zaczęli zajmować się nauką, kariera w biznesie stoi przecież otworem...

  • staryzgred2012 napisał(a) komentarz datowany na 2016/01/16 17:40:48:

    @js.c
    > Nie podzielam też poglądu o merkantylnym charakterze naukowców.

    Hm, od kiedy to żądanie płacenia tzw. godziwej pensji jest działaniem merkantylnym? Przy czym za GODZIWĄ pensję uznaję taką, która umożliwia co najmniej:
    a) pokrycie przeciętnych bieżących wydatków czteroosobowej rodziny (praca na uczelni na żadnym etapie nie powinna być formą rabunkowej eksploatacji społeczeństwa),
    b) pokrycie wydatków mieszkaniowych (wynajem lub spłata kredytu) za mieszkanie o powierzchni 45...60 m2.

    To jest MINIMUM. Poniżej tego rozpoczyna się eksploatacja rabunkowa, W USA WallMart został za zaniżanie pensji pozwany przez władze stanowe niektórych stanów z żądaniem zapłaty karnych opłat na rzecz organów pomocy socjalnej, które musiały wydawać tzw. "biednym pracującym" bony żywnościowe i inne formy pomocy rzeczowej. Obecnie duża część polskich uczelni uprawia wobec swoich pracowników niższych szczebli (asystentów i adiunktów) identyczną politykę rabunkową.

    > Gdyby taki mieli, to nawet by nie zaczęli zajmować się nauką, kariera
    > w biznesie stoi przecież otworem


    Toteż coraz rzadziej ktokolwiek NAPRAWDĘ rozgarnięty chce zostać na uczelni. Dlatego też jest tak niski poziom studiów doktoranckich i równie niski poziom skuteczności obron. Z tego też wynika tak lichy poziom publikacji. Ci, którzy potrafią proch wymyślić idą właśnie do biznesu. Epoka apeli do sumień, odwoływania się do powołań, doktorów Judymów i innych Siłaczek w moim przekonaniu ostatecznie zbankrutowała.

Dodaj komentarz

Kanał informacyjny

Czytam

Warsztat badacza

Dariusz Galasiński - Blog

Graham Scambler - Blog

LSE - Blogs

Piotr Stec

language: a feminist guide