Robię habilitację

Wpis

czwartek, 28 stycznia 2016

O naturze rzeczy

Miałem wczoraj chwilę i postanowiłem zaglądnąć do postępowań habilitacyjnych z nauk humanistycznych. Dawno tam nie zaglądałem, więc z pewnymi nadziejami zacząłem przeglądać nowe habilitacje. Niestety, nie zmieniło się wiele. Już prawie 4 lata temu pisałem o powiatowej lokalności polskiej humanistyki, dzisiaj mogę napisać to samo. Habilitant za habilitantem wydaje książkę u siebie na uczelni i publikuje u siebie w czasopiśmie....

 

Uderzyły mnie jednak dwie rzeczy. Po pierwsze, natknąłem się na kilka habilitacji o tytułach, które przyprawiły mnie, laika w specjalnościach habilitantów, o zawrót głowy. Tytuły te wskazywały na to, że habilitant rozwiązał już większość problemów współczesnej humanistyki, a wszystko na 150 stronach wydanych w Łodzi. Były to tytuły typu: "Kultura, tożsamość, świadomość" czy też "Byt, ideologia, naród" (linków nie daję - nie idzie mi tu o wyśmianie habilitantów). Zawierały więc pojęcia, na temat których istnieją całe tradycje badawcze i teoretyczne (pamiętam z filozofii!), habilitant jednak rozprawia się z nimi często w jednym rozdziale.

 

Tak, te tytuły miały zazwyczaj podtytuły typu "szkice polemiczne", "uwagi", "rozważania krytyczne", które niby mają ostudzić nadzieje czytelnika na spotkanie z nowym Heideggerem czy Gellnerem, jednak trudno nie widzieć rozmachu tych habilitacji jako dzieł potencjalnie ze znaczącym wkładem nie tylko w rozwój dyscypliny, ale w rozwój nauki w ogóle, a może i w rozwój homo sapiens.

 

Po drugie, doznałem małego szoku czytając recenzje pewnej habilitacji z historii. Habilitacja padła, bo recenzenci byli zgodni, że habilitant nawet nie poczytał podstawowej literatury na temat, o którym pisał. I nie mówimy tu o historiografii argentyńskiej czy nawet francuskiej, ale tej zza rzeki. No ale może, habilitant uznał, że nie ma co czytać, bo doniosłość jego słów jest taka, że nie można światu kazać czekać chwili dłużej. Recenzenci nie poznali się na nowym Erazmie (ten z Rotterdamu, gdzieś czytałem, był ostatnim człowiekiem, który posiadł całą dostępną wiedzę) z Włocławka, a może i z samego Wrocławia czy Warszawy. Nie docenili i  kazali doczytać. Ot, poprzeczka habilitacji z historii.

Szczegóły wpisu

Tagi:
Autor(ka):
habilitant2012
Czas publikacji:
czwartek, 28 stycznia 2016 13:07

Polecane wpisy

Komentarze

Dodaj komentarz

  • dala.tata napisał(a) komentarz datowany na 2016/01/29 01:38:35:

    To jest wlasciwie standard w polskiej humanistyce (choc odrobine sie to zmienia) . nie robimy badan, ale wypowiadamy sie ogolnie na jakis temat. innymi slowy, czytamy 50 ksiazek i piszemy kolejna o nich. czasem bardziej, czasem mniej kreatywna, prawie zawsze wywazajaca dawno otwarte drzwi, tyle ze z wiekszym zadeciem.

    Mnie nikt nie uczyl robic zadnych badan. gdy dzisiaj sobie o tym przypominam, zastanawiam sie, jak mnie i wielu innym udalo sie w ogole wyjsc z tego 'paradygmatu teoretyzowania'. Niestety, wielu sie nie udalo. no i pisza takie habilitacje.

  • redezi napisał(a) komentarz datowany na 2016/01/30 09:40:54:

    @ dala.tata

    "Mnie nikt nie uczyl robic zadnych badan. gdy dzisiaj sobie o tym przypominam, zastanawiam sie, jak mnie i wielu innym udalo sie w ogole wyjsc z tego 'paradygmatu teoretyzowania'. Niestety, wielu sie nie udalo. no i pisza takie habilitacje. "

    Pamiętaj, że teoretyzowanie to też skutek sporej biedy materialnej i intelektualnej na niektórych wydziałach. Jak wydział nie ma kasy, żeby każdy raz w roku jeździł chociaż na konfę historyków specjalizacji w skali Niemiec lub Francji albo na kwerendę do archiwów, to przepisywanie książek jest naturalne.

    Badania kosztują:
    - Czasowo. Bo jeśli musisz mieć fuchy żeby się utrzymać, to nie masz czasu na badania tylko na makulaturę.
    - Finansowo. Tutaj tylko laikom się wydaje, że dobre kwerendy, sondaże czy wywiady robi się za darmo (przecież każdy ma kartkę i program do liczenia średnich). Więc brakuje kasy na rozwój metodyki, warsztaty, kalibracje etc.

    Kłopot jest taki, że to, co miało być przejściowym stanem (machnę makulaturę do stypy doktoranckiej), szybko staje się nawykiem.

  • taistadocentka napisał(a) komentarz datowany na 2016/01/30 13:46:33:

    Pod wpisem NPK pojawiła się dyskusja skanalizowana na habilitacje na Słowacji
    sliwerski-pedagog.blogspot.com/2016/01/komu-nie-potrzebne-jest-wyksztacenie.html
    oto mój wpis - prawdopodobnie zablokowany przez NPK, gdyż się jeszcze nie ukazał.
    zaczynam:
    Na Słowacji jest teraz niezwykle trudno się habilitować. Wystarczy zobaczyć, że sami Słowacy robią porządek i to taki, że poziom ich habilitacji za 2 - 3 lata będzie nieosiągalny dla Polaków nawet w pracy socjalnej - choć tam kryteria są faktycznie niższe niż gdziekolwiek, bo to jest dziwny twór i może jest trawiony przez choroby wieku dziecięcego.
    Banska Bystrica straciła z 3 uprawnień z ekonomii aż 2 (ekonomika a manazment miał 4 Polaków w kolejce i zostali z niczym, cestovny ruch miał kilku Polaków już zaawansowanych - i też odebrano uprawnienia i zostali z niczym, w Banskej Bystricy został jedynie socjalna ekonomika a sluzby - ale tam w kolejce nie bylo zadnego Polaka i w historii wydzialu ani jeden Polak z tego odboru nie zrobil habilitacji), a Banska Bystrica z Ekonomii jest 4 w skali kraju wedlug rankingu ARRA. Komisja akredytacyjna zrobila rzeź na innych wydziałach - bez mrugnięcia okiem cieła "równo z trawą" zostawiając na lodzie grubo ponad 30 Polaków już mocno zaawansowanych w staraniach. I komisja ta była ukierunkowana na Polaków. Kontrolowała prace habilitacyjne w ilości 2A gdzie A prac była Słowaków i drugie A to prace habilitacyjne zewnętrzne, głównie Czechów, Polaków, Węgrów. I po znalezieniu jakichkolwiek nieprawidłowości odbierała uprawnienia a dokładniej - nie dawała nowych, bo tam uprawnienia habilitacyjne dostaje się na określony czas i potem na nowo się o nie występuje i przy tej okazji ponownego występowania o uprawnienia habilitacyjne komisja akredytacyjna odbiera uprawnienia gdy znajdzie nieprawidłowości.
    Co ważne - gdy znajdzie nieprawidłowości - to zabiera stopień! zatem jeśli ktoś ma wadliwie nadany stopień, to dziekan traci uprawnienia a docent przestaje być docentem. Jeśli macie jakieś zastrzeżenia do konkretnych postępowań - piszcie do Ministerstva Skolstva a na pewno jeśli podacie konkrety - to postępowanie będzie poddane kontroli i stopień odebrany a uprawnienia wydział straci.

  • taistadocentka napisał(a) komentarz datowany na 2016/01/30 15:39:56:

    ... No to już Słowacy skończyli z tym teatrem, który jest przedmiotem trosk NPK.
    Zresztą Słowacy mają zamiar na dobre skończyć z habilitacją i profesurą. Zwolennicy pójścia drogą unicestwienia habilitacji i profesury - bez formalnego jej likwidowania, mają zamiar przyjąć rozwiązanie estońskie. W Estonii nie ma teoretycznych i prawnych przeszkód aby nadać stopień dr hab. ani nie ma przeszkód aby otrzymać tytuł profesora, jednak ponieważ nie wiążą się z tym żadne profity - od 2008 nie nadano ani jednej habilitacji i nie nadano ani jednego tytułu profesora. Posiadacze starych tytułów mogą ich używać ale nie wolno w czasie konkursów na uczelniach oceniać wyżej profesora z tytułem od doktora - o ile jeden nie ma lepszego dorobku od drugiego. Profesura ani habilitacja nie dają też w Estonii żadnych forów w kwestii płac ani w kwestii liczby godzin. Na Słowacji różnice w pensji są niewielkie między profesorem a doktorantem. Są jeszcze spore różnice w ilości godzin dydaktycznych (doktor 240 h rok, docent 150 h rok, prof. 100 h rok) i są to różnice realne bo nie wolno mieć nadgodzin (nie więcej niż 10% nadgodzin, które w następnym roku muszą być oddane przez mniejsze obciążenie dydaktyczne). To powoduje, że ta różnica ma być usunięta i wszyscy od dr do prof. będą mieli identyczne obniżone do obecnego profesorskiego pensum. Jeśli wygra stronnictwo zwolenników pójścia drogą estońską to habilitacja (zdobycie docenta = dr hab.) i inauguracja (uzyskanie tytułu profesora) ma być jedynie kwiatkiem do kożucha i później ma umrzeć śmiercią naturalną - bez odbierania nabytych uprawnień ale przez zrównanie wszystkich dzięki nadaniu wszystkich akademickich uprawnień wszystkim ze stopniem doktora legitymujących się aktualnym dorobkiem naukowym o rzeczywistej wartości.

  • trzy.14 napisał(a) komentarz datowany na 2016/01/30 20:34:04:

    " nadaniu wszystkich akademickich uprawnień wszystkim ze stopniem doktora legitymujących się aktualnym dorobkiem naukowym o rzeczywistej wartości"

    Ależ byłby - nie krzyk, ale ryk!!! To, co pani proponuje, jest niezgodne z naszą narodową, mocarstwową, zachodnio-azjatycką tradycją! Nie pozwalam, drę koszulę, veto!

    Czy ten system estoński jest gdzieś opisany? Jak oni radzą sobie z awansami?

    "aktualnym dorobkiem naukowym o rzeczywistej wartości" - a co to za dziwoląg? Kto ocenia "rzeczywistą wartość", jeśli nie sami oceniani?

  • trzy.14 napisał(a) komentarz datowany na 2016/01/30 20:35:16:

    I skąd Słowacy albo Estończycy wiedzą, że ich uczelnie kształcą na wysokim poziomie, skoro kadra nie ma nawet habilitacji?

  • trzy.14 napisał(a) komentarz datowany na 2016/01/30 21:00:18:

    Szok, przetłumaczyli na angielski!
    www.riigiteataja.ee/en/eli/521032014002/consolide

    A docent is a member of the teaching staff who provides instruction in his or her subject at a university, participates actively in research, development or other creative activities and instructs students and teaching staff involved in these activities in an efficient manner.

    Kurde, jestem estońskim docentem od dnia, w którym otrzymałem stopień doktora!

    A docent is a member of the teaching staff who provides instruction in his or her subject at a university, participates actively in research, development or other creative activities and instructs students and teaching staff involved in these activities in an efficient manner.

    No, u nas wykładowca wykładający na studiach doktoranckich to chyba tylko kafelki.

    A professor is a leading faculty member in his or her speciality who participates actively in research, development or other creative activity on an international level, who organises and conducts the teaching of his or her subject, directs research, development or other creative activity and instructs students, teaching staff and research staff involved in these activities in an efficient manner.

    to wygląda mniej więcej na naszą habilitację

    Professors shall be elected by the council of the university

    Zgroza!!!

    Przy okazji, jak się spojrzy na www.hm.ee/sites/default/files/higher_education_strategy.pdf
    to widać rzecz oczywistą, że problemy Polski nie są dla Polski specyficzne - Estończycy też budują innowacyjną gospodarkę. Ciekawe, z jakim skutkiem.

  • klamczuchosiedlowy napisał(a) komentarz datowany na 2016/01/30 23:20:05:

    stanowisko uczelnianego profesora nadzwyczajnego u nas tez jest z wyboru rady wydzialu
    stanowisko uczelnianego profesora zwyczajnego u nas tez jest z wyboru rady wydzialu
    jesli jest zalezne tylko od dorobku - to jest tak chyba z tenure w USA, jest to broszka uczelni a nie panstwowa

  • trzy.14 napisał(a) komentarz datowany na 2016/01/30 23:45:48:

    klamczuch, gmyzisz.

  • staryzgred2012 napisał(a) komentarz datowany na 2016/01/31 01:28:35:

    @trzy.14

    Estonia? Weź pod uwagę, że piszesz o populacji mniejszej niż Warszawa. Nie da się tego mechanicznie przenieść na skalę dwadzieścia dziewięć razy większą.

    Poza tym, jeżeli w naszych OBECNYCH warunkach wypłaszczysz hierarchię (pociągające na pierwszy rzut oka), to za pół roku ze smutkiem skonstatujesz, że... NIC się nie zmieniło, a jeżeli już to tylko na gorsze. A dlaczego? Ano dlatego, że zadziała "złota zasada Murphy'ego":

    zasady określa ten, kto ma złoto.

    W skali krajowej nastąpi wyrżnięcie, a jakże - kryterialne, dorobkowe, wszystkich, którzy nie należą do obficie finansowanej oligarchii panowsko-warszawskiej z nielicznymi dodatkami UJ i może jeszcze UAM i PWr. Reszta na przemiał.

    W skali lokalnej będzie to wyrżnięcie wszystkich, którzy nie są skumplowani z tą władzą, która akurat będzie rządziła w trakcie takiej zmiany. Bo tylko kumple będą mieli dostęp do kasy na badania i godzin zajęciowych. Czy zdajesz sobie sprawę, jaki dopiero wtedy rozwinie się feudalizm i serwilizm? Ba! Feudalizm będzie wspominany z łezką w oku. To będzie ustrój niewolniczy.

    Ta propozycja to nasz, środowiskowy odpowiednik mitologii wolnego rynku i nieograniczonej konkurencji z początku lat dziewięćdziesiątych, gdy wciskano kit, jak to niedofinansowane zakłady będą kwitły. Tylko zapomniano dodać, że będą kwitły tylko przez chwilę. Bo rozwali je miażdżąca przewaga bogato finansowanej konkurencji zachodniej i niskopłacowej konkurencji dalekowschodniej. Upadł przemysł włókienniczy, elektroniczny i maszynowy. Mam Ci przypomnieć stary dowcip z okresu "zupek Kuronia"?

    Dlaczego szczur ma cztery nogi? Żeby zdążyć do śmietnika przed emerytem!

    Ta propozycja natychmiastowego wypłaszczenia hierarchii bez wcześniejszego choć minimalnego zwiększenia szans działania, szans przede wszystkim finansowych, to wyrok bezapelacyjnej zagłady.

  • trzy.14 napisał(a) komentarz datowany na 2016/01/31 12:06:01:

    Wiesz, złota zasada jest genialna w swej uniwersalności.
    Dlatego ja bym Gowinowi radził, by zamiast likwidować stopnie, skoncentrował się na dwóch prostych sprawach: transparency & accountability. Jak będzie transparency, to zobaczymy, kto ma złoto. Złoto na pewno jest w W-wie i kilku politechnikach, ale równie dobrze może być np. w Kielcach (złoto lokalne) w miejscu. o którym nam się nie śniło. A jak będzie widać, kto ma złoto (teraz nawet ministerstwo tego nie wie), to będzie można sprawdzić, jak z niego korzysta - i to jest accountability. Być może obecny system habilitacyjno-profesorski sprzyja accountability, jeśli tak, niech zostanie. Ale dobrze wiemy, ze accountability uczelni jest niewielka, a instytutów PAN-owskich - żadna. Nie wiemy tylko, co jest tego przyczyną.

    Ja jestem za tym, by systematycznie zwiększać niezależność i odpowiedzialność uczelni PAŃSTWOWYCH (publicznych) oraz znacząco poluzować ograniczenia nałożone na uczelnie niepubliczne (np. wiązanie poziomu nauczania na uczelniach niepublicznych z minimami kadrowymi jest absurdalne i służy jedynie petryfikacji systemu hab-prof. na uczelniach publicznych). Oczywiście niezależność jest względna - ktoś musi podejmować decyzje - chodzi o przesunięcie decyzyjnego punktu ciężkości bliżej uczelni, co nie znaczy - na same uczelnie. Tzn. przekazanie całej władzy korporacji profesorskiej też nie jest rozwiązaniem, bo nie zapewnia accountability (o ile nie powstanie prawdziwa konkurencja ze strony szkół niepublicznych).

    Gdzieś w tym wszystkim powinno odnaleźć się państwo, ustalając reguły gry i pilnując ich przestrzegania. Prostą receptą, którą można pożyczyć od Słowacji (jeśli dobrze rozumiem), byłoby oddzielenie uprawnień od stopni i tytułów, a przypisanie ich osiągnięciom z ostatnich 5 lat. Spokojnie można by też ustalić maksymalną liczbę jednostek, które mają uprawnienia z danej dyscypliny, obiektywne, mierzalne, znane z wyprzedzeniem kryteria oceny - i bijmy się, kto przez kolejne 5 lat może nadawać dr, kto hab., kto prof.

    W sumie to są luźne dywagacje - trzeba by zrobić analizę, kto jak w Europie ma zorganizowany system nauki i szkolnictwa wyższego, kto jak go (na Wschodzie) reformuje z jakimi efektami, w którą stronę idą z reformami kraje zaawansowane (Zachód) - i wyciągnąć z tego wnioski. Przecież nie jesteśmy pępkiem świata i drugiej Ameryki nie odkryjemy.

    Co do transparency, to kiedyś trafiłem na stronę amerykańskiego Uni (nie pamiętam, którego) i tam był wykaz wszystkich pracowników (research) wraz z zarobkami, o ile te zarobki przekroczyły pewien pułap. Nie widzę powodu, dla którego polskie uczelnie nie mogłyby zostać zobowiązane do publikacji podobnych sprawozdań - choć i to nie załatwi sprawy dwuetatowców (ale i to dałoby się rozwiązać).

    W mojej uczelni niemal na pewno najlepiej zarabiają pracownicy wydziału o kategorii B. To znaczy, że rzeczywistą misją mojej uczelni nie jest rozwój badań naukowych. Ale bez transparency pewności nie ma. Gdyby pojawiła się taka lista zarobków elity, trudno byłoby nie zadać pytania, dlaczego ci, którzy decydują np. o słynnym indeksie H uczelni, znajdują się poza tą listą (jestem pewny, że tak by było).

    W Norwegii każdy może poprosić izbę skarbową o wgląd do PIT-u swojego sąsiada.

  • trzy.14 napisał(a) komentarz datowany na 2016/01/31 12:22:30:

    Ale w sumie najważniejsze - obok finansowania - jest zarządzanie. A mamy właśnie rok wyborczy. Zarządzanie to DRAMAT, tragifarsa kołtuńska produkcji polskiej.

  • frytka-furtka napisał(a) komentarz datowany na 2016/01/31 17:03:07:

    Drogi Habilitancie, nie dajesz linków, bo nie chodzi Ci o wyśmianie konkretnych osób. Słusznie. Ale tym samym mimowolnie osiągasz efekt wyśmiania całego obszaru nauk humanistycznych. To ja już chyba wolę z linkami...

  • charioteer1 napisał(a) komentarz datowany na 2016/01/31 23:39:51:

    @frytka
    Nie chodzi o to, by wysmiewac obszar. Obszar, jak obszar. Ogolnie chodzi o to, ze polskie spol-humy to w calosci morze chłamu i bylejakosci, z ktorego wystaja jakies pojedyncze rafy.

  • dala.tata napisał(a) komentarz datowany na 2016/02/01 13:22:40:

    Myself podobnie jak chario, jak juz wczesniej napisalem. Polska humanistyka glownie a. pisze
    a. podreczniki/przegladowki
    b. robe badania dawno zrobione (ale przeciez nie w Polsce czy tez w kujawsko-pomorskim).
    c. 'rozprawia' sie z z tysiacletnimi tradycjami intelektualnymi, obrazajac sie, ze nikt powazny nie chce traktowac tego powaznie.

  • dala.tata napisał(a) komentarz datowany na 2016/02/01 13:23:17:

    mialo byc mysle .....

Dodaj komentarz

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny

Czytam

Warsztat badacza

Dariusz Galasiński - Blog

Graham Scambler - Blog

LSE - Blogs

Piotr Stec

language: a feminist guide