Robię habilitację

Wpis

sobota, 30 kwietnia 2016

Patriotyz

Właśnie dostałem list w sprawie następującego protokołu. Jest to zapis posiedzenia komisji habilitacyjnej w postępowaniu, które zakończyło się powodzeniem. Osoba, która przysłała mi list, zwraca uwagę na rozważania przewodniczącego komisji. Otóż przewodniczący zaniepokojony jest tym, że habilitantka nie upowszechniła wyników swoich badań w języku polskim. Co prawda, niepokój profesora nie przełożył się na chęć uwalenia habilitantki, jednak był na tyle silny, że chciałby on zmienić prawo. Na stronie 3 zaprotokołowano wypowiedź przewodniczącego, który uważa, że należy rozważyć ustawowe zmuszenie habilitantów do pisania po polsku!

 

I teraz sobie pospekuluję. Słowa przewodniczącego komisji być może wskazują na zatroskanie o stan polskiej ekonomii - habilitantka, nie pisząc po polsku, pozbawia naszych ekonomistów szybkiego dostępu do wyników swoich badań. A może, a to już spekulacje nie tylko z sufitu, ale z księżyca wręcz, habilitantka, która regularnie publikuje w czasopismach za 30 punktów, zawyża poziom? Każmy jej publikować po polsku, to jej dorobek nie będzie kontrastował na przykład z dorobkiem profesorów ekonomii, weźmy pierwszy lepszy z rzędu - choćby z dorobkiem przewodniczącego komisji. A może wreszcie tu chodzi o troskę o polskiego podatnika, który będzie musiał się nadwerężyc czytając prace habilitantki po angielsku. Tak, coś czuję, że to właśnie o to chodzi, a nie żadne dorobki profesorskie.

 

Proponuję zatem, by ustawa nie tylko określała, że należy publikować w języku ojczystym. Proponuję też ustalić, że, powiedzmy, 20 procent publikacji musi zostać opublikowane w mieście pracy habilitanta (nie wiem, czy nie warto by określić, że tematyka tych prac powinna dotyczyć miasta!), kolejne 20 powinny mieć zasięg wojewódzki. Następne 20 niech będą ogólnopolskie - niech habilitant pisze dla całej ojczyzny! I niech to będzie 40 procent! A co!

Teraz, dodajmy: niestety,  wychodzimy poza nazą polską ziemię. 10 procent publikacji musi mieć zasięg regionalny. Czechy, Słowacja, Litwa - te kilmaty. Wspomożemy braci Słowian (i sąsiadów też). Jeśli starczy czasu, niech ostatnie 10 procent będą międzynarodowe.Niech się nażrą naszą krwawicą, naszym potem i łzami, niech mają, te wszystkie Niemcy, Anglicy i Amerykanie. Niech się dowiedzą, jaka jest polska nauka! Niech zazdroszczą.

 

Ale pamiętajmy. Prawdziwy patriota pisze dla swoich rodaków. Ja, osobiście, dziekuję Panu Profesorowi. Czekam na ustawę!

Szczegóły wpisu

Tagi:
Autor(ka):
habilitant2012
Czas publikacji:
sobota, 30 kwietnia 2016 00:32

Polecane wpisy

Komentarze

Dodaj komentarz

  • trzy.14 napisał(a) komentarz datowany na 2016/04/30 01:41:33:

    Z pewnością czegoś nie rozumiem: na samiutkim końcu "Komisja podjęła uchwałę o przedstawieniu Radzie Wydziału opinii o nadanie...."

    Jakiej opinii? Czy ta opinia jest w jakimś tajnym załączniku? A może zabrakło słowa "pozytywnej"? I cóż to za dziwoląg językowy, "opinia o nadanie"?

    Z ciekawości zajrzałem do internetu. Pierwsze trafienie (str. 9):
    www.eaiib.agh.edu.pl/files/1490/SKMBT_C25214012108390.pdf
    uchwała jest bardziej czytelna, chociaż uchwała informująca o podjęciu uchwały też nie przynosi jej autorom chluby.

  • adam_beast napisał(a) komentarz datowany na 2016/04/30 07:59:03:

    Mamy Media Narodowe, więc Nauka Narodowa nie może być daleko w tyle :)

  • trzy.14 napisał(a) komentarz datowany na 2016/04/30 10:06:23:

    Polecam Ostatnie zdanie

  • klamczuchosiedlowy napisał(a) komentarz datowany na 2016/04/30 12:12:19:

    Takie CV porazek powinno byc obowiazkowym dokumentem przy wnioskowaniu o habilitację - kandydatow, ktorzy mają za mało porażek w stosunku do sukcesów należałoby oblać (aby mieli co wpisać do CV porażek)

  • dala.tata napisał(a) komentarz datowany na 2016/04/30 18:30:26:

    tak, powinnismy miec nauke narodowa. Ja to bym jescze proponowal ustawowy zakaz cytowania prac, ktore nie sa po polsku - znaczy, w jezyku ojczystym.

    Oczyma duszy widze debate na temat tego, czy wolno cytowac niepolskich uczonych. bo przeciez po co mielibysmy ich cytowac? lepsi jacys czy co?

  • adam_beast napisał(a) komentarz datowany na 2016/05/01 13:25:55:

    Jeden z moich kolegów na 100% poważnie głosi, że cała ta Lista Filadelfijska, Web of Science, IEEE itp służą tylko i wyłącznie drenażowi wiedzy przez amerykanów. Dodatkowo uważa, że publikować należy przede wszystkim po polsku, bo to nauka opłacana z polskich podatków i niech tym "obcym siłom" będzie trudniej ją pozyskać.

  • dala.tata napisał(a) komentarz datowany na 2016/05/01 16:56:34:

    A ja juz myslalem, ze to ja doszedlem w komentarzu do absurdu. Zawsze sie jednak okazuje, ze rzeczywistosc jest dalece bardziej absurdalna niz mozna sobie wymyslic w komentarzu.

  • czlowiek.z.makulatury napisał(a) komentarz datowany na 2016/05/01 17:43:07:

    Zacznijmy od tego, że to jest wersja z protokołu, który zawsze jest uładzoną wersją wydarzeń. Ciekawe co przewodniczący nadany z CK wygadywał na żywo.

  • trzy.14 napisał(a) komentarz datowany na 2016/05/01 18:08:02:

    A u mnie wydział taki jakby światowy, ale wiele pamiętam dyskusji na temat, czy godzi się zezwalać Polakom pisać doktoraty w języku innym niż polski. Bo jakaż to szkoda dla języka polskiego, jeśli młodzi naukowcy nie znają polskiej terminologii; jeśli jej nie (współ?)tworzą.
    Moim zdaniem
    a) Obowiązkiem uczelni jest zapewnić swoim doktorantom i młodym doktorom jak najlepsze warunki startu. Doktoraty po angielsku chcą pisać najbardziej ambitni i zdolni doktoranci z myślą o autopromocji - dlaczego im tego zabraniać? Jak oni mają aplikować o zagraniczne staże, skoro już na wstępie każemy im odstawać od światowych standardów lub tracić czas na tłumaczenie własnych doktoratów?

    b) A kto czyta te doktoraty napisane po polsku i zamykane na klucz w jakichś zakurzonych archiwach? Więc jaki one mają wpływ na kulturę języka polskiego?

  • redezi napisał(a) komentarz datowany na 2016/05/01 18:44:29:

    Do mnie trafił argument:
    - Doktorat napisać po polsku, jak najszybciej.
    - Wolne siły wpakować w sensowne publikacje po angielsku, ew. myśleć o książce od podstaw po angielsku w kontrakcie z sensownym wydawnictwem.

    Do mnie to przemówiło, bez co-tuitelle / łączonych dyplomów nie ma sensu się pakować w doktorat po angielsku dla idei (doktoratów nikt nie ma czasu czytać, lepiej trzaskać publikacje).

  • nobbynooby napisał(a) komentarz datowany na 2016/05/01 19:36:27:

    @Pi
    Pisałem już kiedyś tutaj o tych wspaniałych dziełach i jak to szeroko wpływają (znaczy doktoraty kurzące się w przezacnych biblijotekach). Powtórzę, bo argument jest na rzeczy.
    Kobieta (kierownik pracowni czy zakładu) robi coś podobnego do nas, na nieco innym systemie. Ja właśnie zaczynałem (wrzesień 2015) mój grant, gdzie oprócz tego, co jej doktorant robił, mam masę innych rzeczy.
    Zadzwoniłem z prośbą o wgląd do doktoratu, żeby nie wyważać otwartych drzwi i przejrzeć jego/ich metodykę. Pól godziny dyskusji zeszło, na zasadzie "no ale po co to panu? Przecież [doktorant] WSZYSTKO opisał w jakiejś tam publikacji)". Oczywiście zero wglądu, bo jakże to tak.
    Najciekawsze jest to, że jej podwładny (też hab.) skutecznie współpracuje z moją szefową w ramach innego grantu...

    Mój własny niemiecki doktorat, opublikowany w .pdf (standard tamże), zalicza cytowania... ;)

  • dala.tata napisał(a) komentarz datowany na 2016/05/01 19:39:26:

    wg mnie tez szkoda czasu na doktorat po angieslku.

    ale ta dyskusja z zakresu etyki i filozofii, czy godzi sie....ludzie, ogladnijcie se jakies Gwiezdne wojny, albo Bourne'a.... Get a life!

  • klamczuchosiedlowy napisał(a) komentarz datowany na 2016/05/01 19:40:32:

    @adam_beast
    >>Jeden z moich kolegów na 100% poważnie głosi, że cała ta Lista Filadelfijska, Web of Science, IEEE itp służą tylko i wyłącznie drenażowi wiedzy przez amerykanów. Dodatkowo uważa, że publikować należy przede wszystkim po polsku, bo to nauka opłacana z polskich podatków i niech tym "obcym siłom" będzie trudniej ją pozyskać.<<

    Jestem w posiadaniu takich 4-6 kolegów. I to nie tylko Polacy - ci nie-Polacy oczywiście ich język podają w miejscu gdzie Polacy podają polski. Co ciekawe, większość z nich publikuje po angielsku na dobrych i doskonałych JCR (25 - 45 p.) w ilościach sporych i wysoko cytowanych jak na środkowoeuropejskie średnie w dyscyplinie. Ale tak twierdzą, i przekonują do swoich racji a publikują na JCR - bo są dobrymi pracownikami i chcą mieć granty NCN lub odpowiedniki dla siebie i ich podopiecznych.

  • trzy.14 napisał(a) komentarz datowany na 2016/05/01 22:37:21:

    Dala, tu jest repozytorium TU Delft:
    repo3.tudelft.nl/islandora/search/
    Z lewej kliknij doctoral thesis albo nawet master thesis - niemal wszystkie są po angielsku. Pierwsza z brzegu praca magisterska - po angielsku, wygląda na marketing, treść nawet intrygująca.

    Moim zdaniem nie powinno się nikogo zmuszać, czy chce pisać po polsku czy angielsku. Wolny wybór w wolnym kraju.

  • dala.tata napisał(a) komentarz datowany na 2016/05/01 22:44:36:

    Pi, pelna zgoda. wolny wybor.

  • charioteer1 napisał(a) komentarz datowany na 2016/05/02 02:26:15:

    Art. 13. ust. 1 ustawy:
    Rozprawa doktorska bla, bla, bla, powinna stanowić oryginalne rozwiązanie problemu naukowego lub oryginalne dokona-nie artystyczne oraz wykazywać ogólną wiedzę teoretyczną kandydata w danej dyscyplinie naukowej lub artystycznej oraz umiejętność samodzielnego prowa-dzenia pracy naukowej lub artystycznej.

    Jezeli doktorat jest w dziedzinie, w ktorej publikuje sie po angielsku, to praca po polsku nie spelnia ustawowej przeslanki umiejetnosci samodzielnego prowadzenia badan. Co to za samodzielny naukowiec, ktory nie potrafi w powszechnie przyjety sposob opisac swoich badan?

  • staryzgred2012 napisał(a) komentarz datowany na 2016/05/02 10:30:32:

    @charioteer1
    > Jezeli doktorat jest w dziedzinie, w ktorej publikuje sie po angielsku,
    > to praca po polsku nie spelnia ustawowej przeslanki umiejetnosci
    > samodzielnego prowadzenia badan


    Albo chcesz mieć całość obudowy prawno-administracyjnej dla doktoratów i habilitacji, jak dla decyzji administracyjnej, albo będziesz pisać po angielsku.

    W Polsce, kraju istniejącym "teoretycznie", wciąż językiem urzędowym jest jednak język POLSKI, a nie angielski.

    W kwestii języka W PEŁNI zgadzam się z kolegami @klamczucha:

    ...Jestem w posiadaniu takich 4-6 kolegów. I to nie tylko Polacy - ci nie-Polacy oczywiście ich język podają w miejscu gdzie Polacy podają polski. Co ciekawe, większość z nich publikuje po angielsku na dobrych i doskonałych JCR (25 - 45 p.) w ilościach sporych i wysoko cytowanych jak na środkowoeuropejskie średnie w dyscyplinie. Ale tak twierdzą, i przekonują do swoich racji a publikują na JCR - bo są dobrymi pracownikami i chcą mieć granty NCN lub odpowiedniki dla siebie i ich podopiecznych

    Zaniechanie publikowania w języku polskim w krótkim czasie doprowadzi do całkowitego upadku polskiej nomenklatury naukowej i jeszcze większego "zmurzynienia" niż obecnie to widać u najbardziej nawet nawiedzonych hunwejbinów. Państwo, które dopuści do zapaści językowej popełnia całkowite i zupełne samobójstwo kulturowe. Staje się tylko takim obszarem zarządzanym.

    Oczywiście, można powiedzieć, że nie ma to sensu to dla indywidualnej kariery nastawionej na maksymalne lansowanie się w zachodnich czasopismach (btw: Thomson rozpoczął indeksowanie obśmiewanej rosyjskiej nauki). Możliwe, ale warunki określa nie PRACOWNIK naukowy, ale budżetowy sponsor. Sponsor finansujący te zabawy, który - mam nadzieję - zamierza realizować jakieś swoje cele społeczno-polityczne, a indywidualne motywacje naukowców są dla niego co najwyżej punktem do przyłożenia dźwigni. A nie wynaleziono na razie sprawniejszej dźwigni niż... finansowa.

  • charioteer1 napisał(a) komentarz datowany na 2016/05/02 10:54:14:

    Zgred, nie zgadzam sie z Toba w calej rozciaglosci. Polska, narod, jezyk, ani kultura nie upadnie od tego, ze fizycy, czy matematycy beda pisac doktoraty po angielsku, a fachowa terminologia po polsku nie jest do niczego potrzebna poza tym, ze trzeba jakos uczyc studentow.

    Natomiast ostatnio zaczyna do mnie docierac zupelnie inna rzecz, a propos refleksji przewodniczacego komisji z protokolu. To, co u nas lezy i kwiczy, czego bardzo brakuje, to jest popularyzacja nauki. Inna sprawa, ze nie bardzo jest co popularyzowac, ale to nie zmienia faktu, ze sensownej popularyzacji brakuje. I ta popularyzacja powinna byc po polsku, dla kazdego, kto zechce poczytac, albo posluchac, rowniez dla tego wyimaginowanego podatnika, ktory lozy kase na nasze zabawki. A przede wszystkim popularyzacja powinna byc dla innych uczonych, nie koniecznie z tej samej dzialki. W tej chwili ludzie na tym samym wydziale czesto nie wiedza, czym zajmuja sie ich koledzy z innego instytutu, a czasami chetnie by sie dowiedzieli, gdyby im ktos zechcial to po ludzku, prostym jezykiem objasnic. Co dopiero mowic o habilitantach nie wiadomo skad, o ktorych nikt w komisji wczesniej w ogole nie slyszal. Takie mnie refleksje naszly po wygloszonym jakis czas temu wykladzie popularnonaukowym.

  • staryzgred2012 napisał(a) komentarz datowany na 2016/05/02 11:14:01:

    @charioteer1
    > To, co u nas lezy i kwiczy, czego bardzo brakuje, to jest popularyzacja nauki.

    No to jednak się zgadzasz ze mną. Bo to właśnie jest ten element, o którym pisałem: własna nomenklatura, podręczniki (w tym akademickie) i popularyzacja. Przecież nikt przytomny nie proponuje, aby robić naukę językowo alternatywną: cutting edge (jest taki w Polsce?) i górną półkę średnią jest sens publikować po angielsku.

    Ale nawiedzeni hunwejbini z okolic Kudryckiej całkowicie zaorali - przy użyciu dźwigni finansowej - popularyzację i pisanie podręczników. W efekcie przy pracy ze studentami jesteśmy skazani albo na starsze wydania z lat osiemdziesiątych, albo na współczesny chłam, w którym roi się od błędów. Przywołując przykład z mojej działki: czy sądzisz, że obecnie ktoś poświęci rok, czy dwa na napisanie takich pozycji, jakie były dostępne w takich seriach jak "Biblioteka Matematyczna" lub "Biblioteka Naukowa Inżyniera"?

    > Polska, narod, jezyk, ani kultura nie upadnie od tego, ze fizycy, czy matematycy
    > beda pisac doktoraty po angielsku, a fachowa terminologia po polsku nie jest
    > do niczego potrzebna poza tym, ze trzeba jakos uczyc studentow.


    No to tu mamy zdania rozbieżne. Jeżeli odetniesz warstwę naukową od języka rodzimego to zostanie Ci tylko disco polo lub inny folklor z okolic tancbudy i grilla.

  • trzy.14 napisał(a) komentarz datowany na 2016/05/02 11:30:03:

    W pełni popieram chario. Miejscem, gdzie powinno się kształtować naukowy język polski, jest popularyzacja nauki.

    Jak pisałem, tworzenie doktoratów po polsku nie ma niczego wspólnego z publikowaniem po polsku, bo polskich doktoratów nikt nie czyta (tzn. czytają je dokładnie 4 osoby). Tymczasem doktorat po angielsku można umieścić na swojej stronie WWW i być może nawet na serwerze arxiv jako formę samopromocji. Dużo młodszy ode mnie adiunkt zalicza cytowania (raczej na GS niż WoS i raczej ze względów popularyzatorskich niż naukowych) preprintów, które powstały w ramach zaliczeniowych prac studenckich, więc tym bardziej byłaby szansa na to, że ktoś zainteresowałby się jego doktoratem - ale doktorat był po polsku.

    Wracając jeszcze do popularyzacji - to ona tak bardzo leży, że dla wielu (większości) osób napisanie czegoś przystępnie o swojej działalności naukowej może być trudniejsze od samej działalności naukowej. Ja już dawno zrezygnowałem z prób zrozumienia, co i po co robi większość moich kolegów - z pełną wzajemnością. To ostatnie zdanie to chyba klucz do zrozumienia peryferyjności polskiej nauki, nawet tej wysokokudrykowej.

  • trzy.14 napisał(a) komentarz datowany na 2016/05/02 11:58:51:

    Zgred,

    Na stronie PWN w dziale "Biblioteka Matematyczna" jest tylko jedna pozycja, "Algebra" Białynickiego-Biruli, pierwsze wydanie w 1971 roku...

    Ciekawe, jakim cudem w latach 70. komuś chciało się pisać takie książki? Dzisiaj to faktycznie nie do pomyślenia. My jedziemy na tłumaczeniach lub robimy kurs na podstawie amerykańskich podręczników. Wyjątkiem jest matematyka, gdzie królują polskie/rosyjskie podręczniki głównie z lat 70.

  • charioteer1 napisał(a) komentarz datowany na 2016/05/02 12:19:58:

    Zgred,
    Warstwa naukowa od jezyka polskiego odciela sie sama poprzez to, ze szacowni uczeni o sprawach naukowych rozmawiaja wylacznie we wlasnym gronie. To tylko polonistom moze sie wydawac, ze jest inaczej. Kiedys przypadkiem udalo mi sie trafic artykul w czasopismie medycznym, w ktorym ten sam termin techniczny wystepowal w jezyku polskim w trzech (sic!) wariantach i to co najmniej w trzech, bo nie chcialo mi sie tego dokladnie czytac. "Tworzenie" terminologii naukowej w jezyku polskim to w praktyce przede wszystkim radosna tworczosc polegajaca na beztroskim wykuwaniu koszmarkow jezykowych. Potem weź i sie zastanawiaj, czy płynność i fluencja to to samo, czy co innego, albo czy wiedza utajona to to samo, co implicytna. Poza tym i tak nikt przeciez tego nie przeczyta, chodzi tylko o to, zeby opublikowac, wiec po co sie przejmowac, ze ktos moglby nie zrozumiec.

  • dala.tata napisał(a) komentarz datowany na 2016/05/02 12:46:06:

    Zgred, stworzyles chochola i go walisz.

    Szanse na to, ze polska nauka bedzie sie porozumiewac tylko po angieslku sa tak minimalne, ze nie o czym mowic. poza publikcjacmi sa przeciez jeszcze wyklady, konferencje, magisteria itd itd. jest mnostwo przestrzeni komunikacyjnej, w ktorej mozna tworzyc terminologie.

    Dla samej nauki duzo wazniejsze jest funkcjonowanie w miedyznarodowym obiegu nauki. GDy porownuje to, co sie dzieje obecnie w obszarze moich zaintersowan w Polsce i na swiecie, to wlasciwie nie wiem, co poweidziec. T onawet ni ejest juz smieszne. I ty jeszcze chcesz, zeby te niedobitki, ktore sie staraja, pisaly w jezyku ojczystym? no dajze spokoj.

  • staryzgred2012 napisał(a) komentarz datowany na 2016/05/02 12:54:35:

    @trzy.14
    > Na stronie PWN w dziale "Biblioteka Matematyczna" jest tylko jedna pozycja,
    > "Algebra" Białynickiego-Biruli, pierwsze wydanie w 1971 roku...


    U mnie BM-ka to jest cały duży regał, z okresu, kiedy jeszcze mnie bawiła matematyka teoretyczna. Z dystansu lat najwyżej cenię publikacje Leji. Nie zestarzały się, nic a nic.

    > Ciekawe, jakim cudem w latach 70. komuś chciało się pisać takie książki?
    > Dzisiaj to faktycznie nie do pomyślenia.


    Bo były drogą do zdobycia prestiżu i awansu? Tu nie ma żadnych "czarów-marów". Jest zwykła zasada korzyści. Obecnie za podręcznik nie masz NIC. Za monografię 20...25 punktów, które łatwiej uzyskasz pisząc w dwa miesiące artykuł niż w dwa lata monografię. Przy takim zdeprecjonowaniu widzisz jakiś sens dla siebie? Bo ja widzę, ale pozanaukowy, specyficzne dla mnie: reklamę i zdobyciu prestiżu w kręgach przemysłowych. To działa na szczebel średni i wyższy, nawet zagraniczny. Sprawdzone.

    @charioteer1
    > Warstwa naukowa od jezyka polskiego odciela sie sama poprzez to,
    > ze szacowni uczeni o sprawach naukowych rozmawiaja wylacznie we wlasnym gronie.


    Niezupełnie. Zamknęli się we własnym gronie, bo nie było żadnej korzyści z rozmawiania w gronie szerszym. To się ograniczyło na przełomie lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych, gdy ograniczono finansowanie a cykl wydawniczy podręczników wydłużył się do czterech...pięciu lat. Załamało się zaś kompletnie w latach dziewięćdziesiątych, gdy finansowanie - z wyjątkiem płacowego - zmalało praktycznie do zera. Już miałem nadzieję na jakieś odbicie po wejściu do UE, ale tu ruszyli "do boju" młodzi, gniewni spod sztandarów Kudryckiej i spieprzyli nieomal wszystko, co dało się spieprzyć. Gorzej, swoim naiwnym politycznie postępowaniem skompromitowali sporo spraw, które są ważne i wcześniej czy później wrócą. Czysta forma "murzyńskości", nieomal jak u Idi Amina, sierżanta armii kolonialnej, który tak bardzo chciał być biały, że aż ogłosił się ostatnim królem Szkocji. Nie przypomina Ci to do złudzenia neofityzmu tych nawiedzonych wyznawców indeksacji, dla których uprawianie nauki jest tożsame z publikowaniem indeksowanej makulatury?

  • klamczuchosiedlowy napisał(a) komentarz datowany na 2016/05/02 12:56:11:

    sliwerski-pedagog.blogspot.com/2016/05/co-z-ta-habilitacja.html
    terminarz procesu habilitacyjnego wedlug prominentnego przedstawiciela CK

  • staryzgred2012 napisał(a) komentarz datowany na 2016/05/02 12:58:57:

    @dala
    > sa przeciez jeszcze wyklady, konferencje, magisteria itd itd. jest mnostwo
    > przestrzeni komunikacyjnej, w ktorej mozna tworzyc terminologie.


    No właśnie, że nie. W ten sposób powstają, wspomniane przez @charioteer1, lokalne dialekty i potworki językowe, których nie rozumie nikt spoza danej katedry/zakładu/instytutu. Nie ma polskiego obiegu publikacyjnego, w którym dochodziłoby do uzgadniania terminologii. Alternatywnie masz polskich Papuasów, którzy wyjeżdżają takim pidżinem, że zęby cierpną. Szczególnie dziś jestem na to wrażliwy, bo relaksuję się po kilku dniach w kontakcie z Morlokami z produkcji, w przypadku których musiałem najpierw przeprowadzić ponowną alfabetyzację, bo jechali takim lokalnym dialektem, że nawet audytor koncernowy miał problemy z ich zrozumieniem, a w końcu był z tego samego plemienia.

  • charioteer1 napisał(a) komentarz datowany na 2016/05/02 14:01:15:

    Zgred, nie. To tak nie dziala. Obieg polski zamiera z innego powodu. Kiedys, jeszcze nie tak dawno temu, polskie konferencje to bylo jedyne dostepne okno na swiat. Mozna juz bylo miec paszport w szufladzie, ale nie miec kasy na to, by gdziekolwiek pojechac, wiec sie jezdzilo na polskie konferencje i publikowalo w Polsce. Teraz na tych samych konferencjach glownie mozna spotkac lesne dziadostwo i caly przeglad polskiej prowincji. Ludzi, ktorzy robia cokolwiek sensownego juz tam po prostu nie ma, bo te konferencje przestaly byc atrakcyjne. Krajowych publikacji tez juz nikt nie czyta, bo po co. To nieprawda, ze tych publikacji nie ma. Jest ich w cholere duzo, kazdy zaklad ma ambicje wydawac wlasne czasopismo, tylko tego naprawde nikt nie czyta. Tu nie ma czego reanimowac, potrzebny jest zupelnie inny obieg informacji.

  • charioteer1 napisał(a) komentarz datowany na 2016/05/02 14:13:28:

    @klamczuch
    Jak zwykle u NPK mnostwo udziwnien i niescislosci (zaproszenie na posiedzenie zespolu - a co to?), ale w ogolnym zarysie to tak wyglada. Minimum pol roku, krocej sie nie da, w praktyce ok. 9 miesiecy, a jak jakis recenzent odmowi, np. ze wzgledu na stan zdrowia, to wszystko sie przeciaga dobrze ponad rok. Ta procedura tak wlasnie dziala, bo inaczej dzialac nie moze.

  • staryzgred2012 napisał(a) komentarz datowany na 2016/05/02 15:24:59:

    @charioteer1

    Ja piszę o potrzebnym OBIEGU, a ty wspominasz o obecnym SZUMIE informacyjnym.

  • trzy.14 napisał(a) komentarz datowany na 2016/05/02 16:14:16:

    15, 18, 10, 6, 12, 12, 21, 8, 22, 9,11 miesięcy - czas procedowania losowo wybranych habilitacji w starej procedurze

    nowa:
    7, 11, 6, 7, 6, 9

    Jakis postęp chyba jest...

  • charioteer1 napisał(a) komentarz datowany na 2016/05/02 16:58:50:

    Mam wrazenie, ze bardziej teraz pilnuja terminowosci recenzji. Poza tym, w starej procedurze bywalo tak, ze recenzje byly, a czekac trzeba bylo w kolejce na kolokwium, bo rady nie wyrabialy.

  • dala.tata napisał(a) komentarz datowany na 2016/05/02 18:12:43:

    Zgred, to ze nie ma polskiego obiegu publikacyjnego, jest tylko dodatkowy argument, by nie publkowac po polsku. skoro wy sami sie nie czytacie, jakim cudem chcesz zmuszac ludzi do tego, zeby publikowac cos, czego i tak nikt nie przeczyta. ogarnij sie!

  • trzy.14 napisał(a) komentarz datowany na 2016/05/02 18:59:30:

    chario,
    Jeśli znalazłem - bez problemu - postępowanie trwające 22 miesiące, to zapewne zdarzały się i takie trwające po 3 lata i więcej. To oznacza, że w jakimś sensie habilitację otrzymywała inna osoba niż ta, która składała wniosek. Ponadto jak taki 2-3-letni przestój rzutował na wniosek profesorski? Co z publikacjami, jakie powstawały od momentu wszczęcia procedury do nadania habilitacji, czy to dorobek habilitacyjny czy już profesorski?

  • charioteer1 napisał(a) komentarz datowany na 2016/05/02 19:10:56:

    Kolega tak mial. Kolejno odmowilo dwoje recenzentow. Dopiero za trzecim razem CK udalo sie wybrac wlasciwa osobe.

  • miehalski napisał(a) komentarz datowany na 2016/05/02 19:56:29:

    jako tester dwóch postępowań habilitacyjnych - nowego w 2011 i nowego słowackiego w 2013/2014, mogę powiedzieć, że nie żałuję, że składałem wniosek w nowej procedurze: złożyłem polski wniosek w październiku 2011, negatywne recenzje czytaliście - były w styczniu 2012, pierwsza 27 stycznia 2012, druga 31 stycznia 2012, trzecia 31 stycznia 2012, uchwała w sprawie nadania stopnia:
    www.ck.gov.pl/images/PDF/Awanse/MichalskiGrzegorz/zal5.pdf
    19 marca 2012, czyli dokładnie 5 miesięcy i 10 dni.
    W 2013 w październiku otrzymałem zaproszenie dziekana EKF TUKE do złożenia wniosku habilitacyjnego na radę naukową w listopadzie 2013 (podanie 12 listopada uruchamia proces). Recenzje 4, 7, 12 stycznia (szybciej o półtora miesiąca niż polskie, ale czasu na napisanie recenzji rezencenci mieli więcej niż recenzenci w polskim procesie). Ogłoszenie w prasie 17 marca. Wykład habilitacyjny i kolokwium habilitacyjne 10 kwietnia. 10 kwietnia uchwała o nadaniu stopnia. 1 maja uprawomocnienie uchwały o nadaniu stopnia. Razem całość: 5 miesięcy i 20 dni, lecz do uchwały równe 5 miesięcy.
    Równo ze mną w okolicach jesieni 2011 składało kilku znajomych - ale w starym trybie. Kilku z nich zakończyło sukcesem. "Najszybszy" miał kolokwium pod koniec marca 2014, ale inni mieli jeszcze później.
    Wydaje mi się, że nowy tryb jest jednak nieco szybszy.
    Zaletą i przewagą słowackiego postępowania było to, że wszyscy moi recenzenci byli z finansów jak ja. Nie miałem rachunkowościowca, nie miałem specjalisty od zarządzania, nie miałem specjalisty od finansów publicznych (na Słowacji finanse publiczne to nie to samo co finanse i rachunkowość nawet rachunkowość finansowa to nie finanse). Recenzenci wiedzieli co recenzują i komisja habilitacyjna a potem rada naukowa dokładnie prześwietlała ich publikacje zanim dopuściła ich do procesu.

  • rudamaruda1949 napisał(a) komentarz datowany na 2016/05/04 23:23:40:

    ALE numer
    PREZES czyta nasze forum - a to jest dowód, że czytał wpis z 2 maja g. 19.56:

    fakty.tvn24.pl/ogladaj-online,60/nadawanie-stopni-i-tytulow-naukowych-pod-kontrola-rzadu,641023.html

Dodaj komentarz

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny

Czytam

Warsztat badacza

Dariusz Galasiński - Blog

Graham Scambler - Blog

LSE - Blogs

Piotr Stec

language: a feminist guide