Robię habilitację

Wpis

poniedziałek, 02 października 2017

Hau hau

Postanowiłem zaglądnąć do postępowania o nadanie tytułu naukowego dyskutowanego pod przedostatnim wpisem. Zaglądnąłem do recenzji i się załamałem.

 

Recenzent pierwszy wyzłośliwia się na całego, pisząc o tym, że profesorant lubi częstować czytelników przeróżnymi diagramami, radząc przy okazji mu, by nie chwalił się jedną ze swoich publikacji. Średnie, muszę powiedzieć - recenzje nie są od złośliwości. Recenzent drugi jest inny. Po dokładnym opisaniu struktury książki profesorskiej (wymienia nawet streszczenia w trzech językach), powoli komentuje tę książkę, rozdział po rozdziale. Czym się różni ta recenzja od recenzji rozprawy doktorskiej za cholerę nie potrafię powiedzieć.

 

Recenzent trzeci, w przeciweństwie do poprzednich pozytywny, cytuje z autoreferatu. Mówi to zresztą wprost, a jego umiejętności w zakresie kopiowania i wklejania są na poziomie bardzo przyzwoitym, sądząc po tym, ile powklejał. Ja bym proponował napisać: przychylam się do wniosku z powodu autoreferatu. Co więcej, nie wczytywyałem się w recenzje za bardzo, ale nie znalazłem głębszego namysłu nad dorobkiem profesoranta.

 

Recenzent czwarty z kolei jeszcze nie do końca opanował komentarze w swoim edytorze Word. No ale skoro już wydrukował recenzję z komentarzem, to przecież nie będzie drukowal drugi raz. Są granice profesorskiego entuzjazmu i pobazgranie po komentarzu musi wystarczyć. Szkoda tylko że nie jest jasne, czyj to komentarz.

 

Recenzentka piąta chyba przebija wszystko. Bowiem w konkuzjach postanowiła podzielić się z profesorantem i radą przemyśleniami głębszymi. Cytuję, choć muszę przepisać, bo każdy powinien poznać te złote myśli:

 

Praca naukowa wymaga uwagi i spokojnej refleksji, skupienia i głębokich przemyśleń, a także krytycznego dystansu do własnych dokonań (...). Jest to zatem działalność długofalowa, gdzie momenty olśnienia są poprzedzone długimi studiami, żmudnymi badaniami, testowaniem hipotez...

 

I ja pani profesor serdecznie dziękuję za te cenne refleksje. Oczyma duszy widzę spracowane profesorskie dłonie, od trudu badawczego rzecz jasna. Gdyby tak profesorant pokazał swoje chamskie łapy, to byśmy nie zobaczyli nawet małego cienia odcisku. Bo to się, k..., natrudzić trzeba na profesora!

 

Ja nie wiem, czy profesorant powinien był dostać tytyuł naukowy. Mam to w nosie. Jednak recenzje w jego postępowaniu są żałosne.  Krążące gdzieś pomiędzy narcyzmem, brakiem profesjonalizmu i nierefleksyją pustką, pokazują mizerię polskiej nauki. Ja z kolei wycofuję wszystkie krytyki wobec recenzji doktorskich z poprzedniego wpisu. Odszczekuję i mogę nawet wejść pod biurko.

 

 

Szczegóły wpisu

Tagi:
Autor(ka):
habilitant2012
Czas publikacji:
poniedziałek, 02 października 2017 02:10

Polecane wpisy

Komentarze

Dodaj komentarz

  • halucinski napisał(a) komentarz datowany na 2017/10/02 02:35:40:

    Na temat wartości merytorycznych recenzji w postępowaniu o nadanie tytułu profesora nie wypowiem się, bo nie mam ku temu kompetencji. Po ich przejrzeniu rzucił mi się jednak w oczy jeden problem: tam w CK nie potrafią należycie obsługiwać skanera. Żeby przeczytać niektóre recenzje, trzeba by właściwie obrócić monitor o 90 stopni. ;) Wygląda na to, że ci w CK traktują jawność postępowań awansowych jako dopust losu, skoro zupełnie im nie zależy na czytelności publikowanych dokumentów.

  • h_hornblower napisał(a) komentarz datowany na 2017/10/02 08:02:34:

    Hmmm, ja przeczytałem recenzje pierwszą i piątą, i jakichś wyjątkowych złośliwości w nich nie dostrzegam. O umówionym w nich dorobku nie chcę się wypowiadać, ale nie dziwi mnie, że na kolana recenzentów nie rzucił.

    Za to zniesmaczyła mnie fatalna polszczyzna recenzji piątej, z kwiatkami typu: "Oceniając dorobek X zwraca uwagę ilość publikacji".

    Btw, Autorze bloga, usuń literówki z cytatu, bo pochodzą one od Ciebie, a nie recenzentki.

  • halucinski napisał(a) komentarz datowany na 2017/10/02 09:14:16:

    NIK o rozwoju kadr naukowych (odnośnik do szczegółowego raportu u dołu strony).

    Wyimki:

    "Niemniej jednocześnie NIK wskazuje także, że Centralna Komisja nie zapewniła przejrzystości procesu nadawania stopni naukowych. Procedury wyłaniania członków komisji habilitacyjnych nie zostały przez Komisję doprecyzowane. Komisja nie prowadzi też wykazu osób, spośród których wybierani byliby recenzenci w postępowaniach habilitacyjnych, co stanowi naruszenie ustawy o stopniach naukowych i tytule naukowym.

    "Centralna Komisja nieterminowo powoływała komisje habilitacyjne, odpowiedzialne za ocenę dorobku i osiągnięć kandydata do stopnia naukowego doktora habilitowanego. Postępowania habilitacyjne przeciągały się ponad sześć tygodni, a Komisja nie analizowała przyczyn ich przewlekłości".

    No i ciekawe są wyniki badań ankietowych.

  • pan.toranaga napisał(a) komentarz datowany na 2017/10/02 09:38:33:

    O, ileż razy słyszałem recenzję profesorską, która tak naprawdę była recenzją książeczki profesorskiej. No bo do profesury też musi być praca na stopień, no jbo inaczej to za co dawać tę profesurę. Nawet chyba na tym forum cytowałem tytuł "recenzja dorobku ... oraz monografii pt. "XYZ".

  • nobooks napisał(a) komentarz datowany na 2017/10/02 11:37:03:

    @habilitant
    Ja nie odbieram Rec 1 jako złośliwej.
    Nie pisze o "chwaleniu się", tylko "na miejscu dr hab. ....nie eksponowałbym tej publikacji"; to stwierdzenie recenzenta nawiązuje do ujęcia przez Kandydata tej akurat publikacji w podzbiorze dorobku wskazanym jako "główne (!) osiągnięcie". Pisze, że w jego ocenie jest słaba i dlaczego. Prawda, może to być odebrane jako stwierdzenie z lekka paternalistyczne, bowiem ujmuje ocenę publikacji w kategoriach złego wyboru dokonanego przez kandydata, a lepiej byłoby ograniczyć się do merytorycznej oceny publikacji, jednak złośliwością bym tego nie nazwał.
    Nadal uważam, że Recenzja 1 jest dobrze wykonaną recenzją.

  • habilitant2012 napisał(a) komentarz datowany na 2017/10/02 11:38:36:

    @hornblower: Dziękuję, literówka usunięta. Piąta recenzja uderzyła mnie ze względu na wynurzenia natury ogólnej, które czyni recenzentka. Moim zdaniem, są niestosowne w recenzji. Czy naprawdę recenzentka uważa, że profesorant nie jest świadomy tego, co ona mówi?

    Co do pierwszej recenzji, uważam nadal, że jest momentami złośliwa. Niepotrzebnie.

  • trzy.14 napisał(a) komentarz datowany na 2017/10/02 12:04:26:

    Publikacja, którą wg recenzenta nr 1 autor nie powinien się chwalic:
    https://s3.amazonaws.com/academia.edu.documents/38397216/The_Educational_Needs_of_Prison_Staff.pdf?AWSAccessKeyId=AKIAIWOWYYGZ2Y53UL3A&Expires=1506940017&Signature=DvEutLhTfzCNX%2F3O1kFjQISgkp0%3D&response-content-disposition=inline%3B%20filename%3DThe_Educational_Needs_of_Prison_Staff_as.pdf

    Recenzent miał rację.
    Jak można zamieścić tabele, w których umieszcza się nigdzie nie wyjaśnione parametry (zapewne chi kwadrat, stopnie swobody i p-wartość). Jak je liczono? Jaka była hipoteza zerowa? Dlaczego w tekście nie ma komentarza do tych wartości, w tym p=1.0 (!) a z drugiej strony p=0.02? Czy duże chi kwadrat jest dobre, czy złe dla analizy przeprowadzonej w pracy? Analizy - CZEGO? A te stopnie swobody - jaki mają TU sens? Jaki wpływ na interpretację wyników? I czysto warsztatowo: po co pokazywać chi kwadrat z dokładnością do 6 cyfr znaczących, a procenty - czterech? Czyżby autorzy wrzucili dane do jakiegoś programu, kliknęli "oblicz" i przenieśli do tabelki uzyskane liczby, nie rozumiejąc ich znaczenia?

    Pomijam kwestię fundamentalne dotyczące użyteczności ankiet : czy te ankiety odzwierciedlają rzeczywiste potrzeby pracowników służb więziennictwa, rzeczywisty stan więziennictwa, czy raczej stan świadomości osób wypełniających ankietę?

    Gdyby autor całkowicie pominął komentarze do tych tabelek, wartość poznawcza jego tekstu nie zmieniłaby się ani na jotę. Komentarze opisują bowiem zawartość tabel - i to w najłatwiejszej do interpretacji kolumnie - całkowicie pomijając ich związek z celem poznawczym artykułu, który, mam nadzieję, został gdzieś wcześniej sformułowany.

    Podejrzewam, ze jak by się wczytać w tekst głębiej, to otrzymamy wniosek, że wnioski w tej pracy bardzo luźno korespondują z zaprezentowanymi w niej badaniami. Krótko mówiąc, że nie są poparte badaniami, a raczej stanowią zdroworozsądkową publicystykę. Im artykuły słabsze, tym to zjawisko częstsze.

  • charioteer1 napisał(a) komentarz datowany na 2017/10/02 12:22:51:

    @halucinski
    Bardzo ciekawe wnioski. NIK wnosi do ministra o "rozważenie określenia minimalnych kryteriów oceny dorobku naukowego osób ubiegających się o nadanie stopnia naukowego doktora habilitowanego, poprzez dodanie progowych wskaźników ilościowych i jakościowych". Z analizy przeprowadzonej przez NIK wynika, ze w ciagu ostatnich 4 lat liczba habilitowanych wzrosla z 15 000 do 20 000.

    Do CK NIK wnioskuje o "ustalenie i wdrożenie pisemnych procedur wyboru członków komisji habilitacyjnych uwzględniających dane o ich kwalifikacjach, kompetencjach i aktualnych osiągnięciach naukowych albo artystycznych". Odpowiedz resortu: po co? bedziemy recenzentow losowac. Bareja klania sie nisko.

  • h_hornblower napisał(a) komentarz datowany na 2017/10/02 13:02:48:

    @habilitant: no to jeszcze "poprzedznone" i będzie git :)

    (nie czepiam się, ale ja w pierwszej chwili pomyślałem, że to recenzentce nie chciało się nawet przeczytać tego, co napisała)

  • halucinski napisał(a) komentarz datowany na 2017/10/02 13:14:55:

    Raport (s. 35-37) wskazuje na kwitnącą praktykę pobierania dodatkowych, czyli nieuwzględnionych w odpowiednich przepisach, opłat od procedur nadawania stopni naukowych. Widać uczelnie i instytuty wyzyskują zewnętrznych doktorantów i habilitantów, jak się tylko da. Niby nic nowego pod słońcem, ale wreszcie jakiś urząd obwieścił to wszem i wobec. Pytanie brzmi: czy coś to zmieni? Wątpię.

  • trzy.14 napisał(a) komentarz datowany na 2017/10/02 13:16:22:

    chario, haluciński,
    Gdy przeglądałem ankietę profesorską, zastanowiła mnie ilość i szczegółowość wymaganych informacji. Jakie intencje przyświecały ustawodawcy, gdy do niej dopisywał "materiały do e-learningu"? Czy za e-learning można zostać profesorem? Albo inaczej: czy jakikolwiek kandydat na profesora połakomi sie na e-learning z myślą o pozytywnym wpływie tego łakomstwa na szanse wniosku profesorskiego? No przecież to absurd!

    Jeśli więc ankieta, to ja sobie przypominam wnioski doktorantów czy nawet drobnych przedsiębiorców, a jakże, których wnioski recenzowałem, a i sowoje wnioski w różnych programach POZAAKADEMICKICH kojarzę i tam też były "ankiety", ale tam za każdy punkt dostawało się... punkty. To może jak by tak w ankiecie profesorskiej za publikacje dawać od 0 do 100 a za e-learning od 0-2 to to miałoby sens? Przynajmniej doszlibyśmy do tego, o czym pisał NIK, czyli do ustalenia "minimalnych kryteriów oceny dorobku naukowego osób ubiegających się o nadanie (...) poprzez dodanie progowych wskaźników ilościowych i jakościowych."

    Habilitacja czy profesura za punkty mi się nie podoba, ale to co jest w tej chwili, czyli de facto pełna uznaniowość, nie podoba mi się jeszcze bardziej.

  • trzy.14 napisał(a) komentarz datowany na 2017/10/02 13:21:06:

    haluciński,
    Raportu NIK w pewnym sensie przypomina zalecenia ekspertów UE: jedno i drugie to są oceny osób zupełnie niezwiązanych z naszym środowiskiem, które w związku z tym widzą pewne rzeczy ostrzej niż my, a nierzadko w ogóle dostrzegają to, na co my jesteśmy ślepi. Dlatego Gowinowa koncepcja rady uczelni powoływanych przez Senat skazuje reformę Gowina na porażkę już w chwili poczęcia, znaczy się tu jest poważna wada genetyczna, z tego urodzi się "potworek".

  • p-tau napisał(a) komentarz datowany na 2017/10/02 13:22:49:

    Off-topic. Oto dowód, że habilitacja daje korzyści:

    "Jako wymagany trzyletni staż na stanowisku kierowniczym zakwalifikowano mu... samodzielną pracę na uczelni. "

    trojmiasto.wyborcza.pl/trojmiasto/7,35612,22444546,byly-wiceprezes-lotosu-w-enerdze-staz-kierowniczy-praca-na.html

  • h_hornblower napisał(a) komentarz datowany na 2017/10/02 14:05:56:

    @trzy.14 Tylko że to ustalenie "minimalnych kryteriów oceny dorobku naukowego osób ubiegających się o nadanie (...) poprzez dodanie progowych wskaźników ilościowych i jakościowych" musiałoby się odbywać osobno dla subsubsubdyscyplin... A gdyby nawet, to kto miał by to tworzyć? Dlatego imho to droga donikąd. Już lepsza uznaniowość okiełznana nieco wprowadzeniem jakichś wymagań iloścowych i jakościowych dla... recenzentów. W miarę luźnych, ale jednak.

  • halucinski napisał(a) komentarz datowany na 2017/10/02 14:40:37:

    @Pi:

    > Gdy przeglądałem ankietę profesorską, zastanowiła mnie ilość i szczegółowość
    > wymaganych informacji. Jakie intencje przyświecały ustawodawcy, gdy do niej
    > dopisywał "materiały do e-learningu"? Czy za e-learning można zostać profesorem?
    > Albo inaczej: czy jakikolwiek kandydat na profesora połakomi sie na e-learning z
    > myślą o pozytywnym wpływie tego łakomstwa na szanse wniosku profesorskiego?
    > No przecież to absurd!

    Co prawda mnie do tego etapu wciąż bardzo daleko, więc staram się nie wypowiadać na ten temat, ale skoro mnie Pan już wywołał do tablicy, to przyznam, że w pełni podzielam Pańskie stanowisko.

    Patrząc się na tę ankietę profesorską przez pryzmat uzyskiwania tytułu profesora nauk medycznych, można mieć wrażenie, że nie różni się ona wcale tak bardzo od kryteriów doskonalenia zawodowego lekarza, choć lekarz to tytuł zawodowy, profesor - tytuł naukowy, a dzielą je dwa stopnie naukowe:

    Lekarz realizuje obowiązek doskonalenia zawodowego poprzez:
    1) realizowanie programu specjalizacji lub umiejętności;
    2) udział w kursie medycznym nieobjętym programem odbywanej specjalizacji lub nabywanej umiejętności;
    3) odbycie praktyki klinicznej w krajowym lub zagranicznym ośrodku specjalistycznym;
    4) udział w krajowym lub zagranicznym kongresie, zjeździe, konferencji lub sympozjum naukowym;
    5) udział w posiedzeniu oddziału stowarzyszenia działającego jako specjalistyczne lekarskie towarzystwo naukowe, zwane dalej towarzystwem naukowym, albo działającego jako kolegium specjalistów;
    6) udział w szkoleniu wewnętrznym organizowanym przez zakład opieki zdrowotnej, w którym lekarz udziela świadczeń zdrowotnych, lub przez grupę lekarzy;
    7) wykłady lub doniesienia w formie ustnej lub plakatowej na kongresie, zjeździe, konferencji lub sympozjum naukowym;
    8) udział w testowym programie edukacyjnym akredytowanym przez towarzystwo naukowe lub kolegium specjalistów;
    9) uzyskanie stopnia lub tytułu naukowego;
    10) napisanie i opublikowanie fachowej książki medycznej, artykułu w fachowym, recenzowanym czasopiśmie lub edukacyjnego programu multimedialnego;
    11) napisanie i opublikowanie książki, artykułu lub programu mulitimedialnego o charakterze popularnonaukowym;
    12) przetłumaczenie i opublikowanie fachowej książki medycznej, artykułu lub innej pracy naukowej;
    13) kierowanie specjalizacją lekarzy lub nabywaniem przez lekarzy umiejętności;
    14) prowadzenie szkolenia lekarzy stażystów;
    15) indywidualną prenumeratę fachowego czasopisma medycznego indeksowanego przez filadelfijski Instytut Informacji Naukowej lub Index Copernicus;
    16) przynależność do towarzystwa naukowego lub kolegium specjalistów.


    Co do wymogu zamieszczania ekspertyz wykonanych na zlecenie instytucji publicznych, byle biegły lekarz bez żadnego stopnia naukowego wydaje ich rocznie kilkadziesiąt, a nawet kilkaset. Ja sam ich wydałem prawie dwa tysiące, a nie mam nawet stopnia doktora.

    O co mi chodzi? Ano o to, że ocenianie u kandydata na tytuł naukowy profesora takich szczegółów jak opracowane materiały do e-learningu, prowadzona działalność popularyzatorska itd. kojarzy mi się z rozmienianiem tytułu naukowego profesora na drobne. Zamiast oceniać to, co istotne, czyli (a) osiągnięcia naukowe znacznie przekraczające wymagania stawiane w postępowaniu habilitacyjnych, (b) doświadczenie w kierowaniu zespołami badawczymi i (c) osiągnięcia w opiece naukowej (art. 26 ust. 1 ustawy o stopniach naukowych...), bierze się pod uwagę pierdółki.

    Ja autentycznie nie rozumiem tego trendu...

  • trzy.14 napisał(a) komentarz datowany na 2017/10/02 15:10:16:

    horny,
    Ale z drugiej strony ja mam w oczach przykład kolegi, którego od roku, może dwóch przekonujemy, by złożył wniosek profesorski. A co on na to? A, wiecie, przecież nie spełniam kryteriów, nie prowadziłem grantów, wypromowałem tylko jednego doktora, cytowań tylko 400, H = 10, co ze mnie za profesor? Gdyby nie to, że emerytura na karku, on nigdy nie uznałby się za godnego. W ten sposób ten całkowicie nietransparentny system nieświadomie ułatwia karierę... karierowiczom bez cienia samokrytycyzmu albo dzieciom z profesorskich domów.

    Przy czym zauważ, że przed chwilą pisaliśmy o świeżo upieczonym doktorze, który miał H = 9, czyli niemal tyle, co kandydat na profesora zwyczajnego, a mimo to recenzenci nie złożyli wniosku o wyróżnienie doktoratu.

    Jeżeli nie można zdefiniować jasnych kryteriów awansu zawodowego, to tego awansu w ogóle nie powinno być. Gdyby jednak założyć, że za rok w rozporządzeniu pojawiają się kryteria minimalne na każdy z awansów, to jestem pewien, że środowisko, każde z osobna, wypracowałoby całkiem rozsądne zasady. Nie jest bowiem tak, że na Zachodzie to tylko peer review i to w dodatku zawartości prac. Kto miałby to kompetentnie robić, jeśli nie koledzy? Jak nie masz odpowiedniej liczby publikacji w niewielkim zbiorze czasopism naukowych, to na dyrektora grupy w Maksie Plancku nie masz co startować. Podobnie można by zrobić w PL.

    Na przykład w naukach przyrodniczych za przepustkę (warunek konieczny, ale nie wystarczający) do tytułu można uznać opublikowanie jako corresponding author (jeden!) artykułu w którymś z 68 czasopism wliczonych do Nature Index: www.natureindex.com/faq#methodology2
    w okienku 10 lat przed złożeniem wniosku.

    Ja nie mam żadnego, dla mnie to za wysokie progi, ale gdyby coś takiego było podane do publicznej wiadomości, sposób uprawiania nauki w Polsce zmieniłby się radykalnie (chyba), a i liczba profesorów spadłaby do rozsądnych wielkości, a i to, gdzie są kandydaci do uniwersytetów badawczych stałoby się bardziej jasne.

    Z tym że tego rodzaju propozycja nie mogłaby wyjść ze środowiska. Zdecydowana większość obecnych profesorów nie spełnia powyższego kryterium.

  • p-tau napisał(a) komentarz datowany na 2017/10/02 15:38:53:

    @trzy.14
    A takie kryteria mogą być?
    Na UJ wewnętrznie sobie przyjęli i wszystko jest jasne.
    Ciekaw jestem opinii Pana halucinskiego.

    www.wl.uj.edu.pl/pracownicy/stopnie-naukowe/przewody-habilitacyjne

    Na innym wydziale UJ ogólnie przyjęto:
    "Kandydatem ubiegającym się o przeprowadzenie postępowania habilitacyjnego na Wydziale Biologii i Nauk o Ziemi UJ w dziedzinie nauk biologicznych i dyscyplinie biologii może być osoba, która prócz wymogów ustawowych, powinna spełniać następujące warunki:

    Posiada wartościowy dorobek naukowy, w tym przynajmniej kilkanaście publikacji w liczących się międzynarodowych czasopismach naukowych (z listy A MNiSW i/lub z listy Journal Citation Reports);
    jest autorem do korespondencji w co najmniej 5 publikacjach w liczących się czasopismach międzynarodowych;
    jest/była kierownikiem grantu KBN/NCN lub równorzędnych;
    odbyła staż zagraniczny
    prowadziła różnorodne zajęcia dydaktyczne na dobrym poziomie (według wyników ankiet oraz opinii hospitujących) i pełnił funkcję opiekuna co najmniej 2 magistrantów;
    wykazała się popularyzacją nauki (publikacje o charakterze popularno-naukowym, otwarte wykłady itp.);
    wykazała się działalnością organizacyjną na rzecz jednostki naukowej;

    Warunki 1, 2, 3 i 4 mają zagwarantować samodzielność naukową i finansową, warunku 5, 6 i 7 wartościowy udział w prowadzeniu dydaktyki."

    Zaleta: każdy wie czego się spodziewać i podobno nie ma tam odrzuconych wniosków.

  • charioteer1 napisał(a) komentarz datowany na 2017/10/02 16:19:33:

    @horny
    Mysle, ze problem nie jest az tak zlozony, jak mogloby sie wydawac. NIK zarzuca CK brak kryteriow ilosciowych i jakosciowych w doborze recenzentow. O ile za kryteria ilosciowe mozna uznac wskazniki bibliometryczne, kryterium jakosciowym dla mnie bedzie przede wszystkim specjalizacja naukowa. W starej bazie nauka-polska bylo sobie wpisac specjalizacje, jaka sie chce, wiec jest jakis punkt wyjscia. Taka liste specjalizacji mozna stworzyc w konsultacji ze srodowiskiem. Przy czym taka lista powinna byc otwarta, z mozliwoscia uzupelniania, a zabiegi klasyfikacyjne powinny skupic sie na ujednoliceniu terminologii. Gdyby komus naprawde chcialo sie w to bawic, to rok-dwa zabawy i jest. Potem pogrupowac specjalnosci na wysokoimpaktowe (biologia komorki) i niskoimpaktowe (systematyka gatunkow) i wyznaczyc minimalne progi dla kazdego z rodzajow w dyscyplinie, bez bawienia sie w ustalanie progow dla kazdej subsubspecjalnosci z osobna, co w praktyce sprowadziloby sie do tego, ze kazdy profesor w Polsce bylby specjalnoscia sam w sobie. To mozna zrobic, przy czym daloby na jakis czas zajecie radom wydzialow, zanim je Gowin rozwiaze.

  • nobooks napisał(a) komentarz datowany na 2017/10/02 16:46:26:

    @chario, to bardzo dobry pomysł (rzeczywiście w starej bazie OPI wpisywałem sobie specj. "nielegalne")

  • halucinski napisał(a) komentarz datowany na 2017/10/02 20:19:15:

    @p-tau:

    > www.wl.uj.edu.pl/pracownicy/stopnie-naukowe/przewody-habilitacyjne

    No, to jest już konkret. Jasne, że nie ideał, ale solidny konkret.

    Moje wątpliwości co do tych wymogów:

    1. Minimalny próg IF w naukach podstawowych (np. fizjologia, anatomia, biochemia, epidemiologia, mikrobiologia lekarska) jest mniej więcej dwa razy wyższy niż w naukach klinicznych zabiegowych (np. ortopedia i traumatologia, neurochirurgia, chirurgia ogólna, ginekologia i położnictwo) i o połowę wyższy niż w naukach klinicznych niezabiegowych (np. hematologia, kardiologia, endokrynologia). Co zdecydowało, że zróżnicowano progi w obrębie nauk medycznych?

    Pokusiłbym się o odpowiedź, że raczej względy pozanaukowe. Przyjęto chyba, że ktoś, kto zajmuje się np. fizjologią, poświęca się tylko nauce, ktoś, kto siedzi w np. neurochirurgii, musi dzielić czas między naukę i czasochłonną operatywę, a ktoś, kto działa w kardiologii, musi ten czas dzielić między naukę i "mniej czasochłonną" tabletkoterapię (tak w żargonie środowiskowym nazywamy żartobliwie pracę w nieoperacyjnych działach medycyny). Problem w tym, że leżące u podstaw tego zróżnicowania założenie jest błędne, bo wielu fizjologów czy anatomów to jednocześnie lekarze, którzy mają też do obskoczenia swoje kawałki praktyki.

    Szczerze mówiąc, najłatwiej jest zdobyć IF właśnie w naukach klinicznych, i zabiegowych, i niezabiegowych, bo sporą część badań, których wyniki się publikuje, wykonuje się w ramach badań klinicznych, a tych zawsze prowadzi się przynajmniej kilka na każdej klinice uniwersyteckiej. Powiem bez oporów, że ci z nauk podstawowych mają pod górkę.

    2. Nie rozumiem wyłomu zrobionego "dla niektórych specjalności (psychiatria, historia medycyny)", gdzie "może być dopuszczona monografia".

    Powiedzmy sobie szczerze, miejsce historii medycyny (jako dziedziny nauki, którą się uprawia) jest nie na wydziale lekarskim, lecz na wydziale historycznym (lub czymś podobnym). W krajach anglojęzycznych historycy medycyny są najczęściej z wykształcenia historykami, u nas zwykle są lekarzami. Efekt? Prace Anglosasów z historii medycyny są odkrywcze, Polacy zwykle badają dzieje lokalnej XIX-wiecznej medycyny. Wynika to choćby ze słabej znajomości języków obcych, w tym łaciny.

    Co do psychiatrii, nie wiem, jaka jest racja tego wyjątku. Że psychiatria jest bardziej humanistyczna niż inne działy medycyny? No pewnie tak jest, zwłaszcza w porównaniu z anestezjologią i intensywną terapią. Ale z drugiej strony dzisiejsza psychiatria to badania molekularne i neuroobrazowe, które w ostatnich 20 latach zrewolucjonizowały i unowocześniły tę naukę. Żeby porównać: łatwiej z psychiatrii zdobyć ów minimalny próg IF niż z takiej medycyny sądowej, ale wyjątek dotyczy psychiatrii. Czyżby dlatego, że to wymogi z UJ, gdzie wciąż jest bardzo silna tradycja szkoły Antoniego Kępińskiego (ściśle związanej z psychoterapią), kontynuowanej m.in. przez Zdzisława Ryna (już chyba emerytowanego profesora), Janusza Heitzmana i Bogdana de Barbaro? To mój domysł, ale założyłbym się o pół litra, że taka jest przyczyna. Następcy Kępińskiego ciągną dalej jego dzieło, tyle że trudno się z tym kierunkiem przebić do międzynarodowych "żurnali".

    (I żeby nie było, że deprecjonuję wartość monografii: uważam, że napisanie porządnej monografii to kupa roboty).

    3. Ciekawe, które działy medycyny zaliczono do których nauk: podstawowych, klinicznych zabiegowych i klinicznych niezabiegowych. Niektóre działy nie mają ustabilizowanej pozycji pod tym względem i na różnych uczelniach są różnie kwalifikowane.

    Skoro już przyjęliśmy w Polsce, że chcemy oceniać dorobek naukowy metodą parametryczną, sądzę, że to, co zrobiła rada wydziału lekarskiego na UJ, jest sensowne. Wiadomo, że osiągnięcie naukowe ma mieć wartość taką a taką, inne osiągnięcia taką a taką, znana jest wymagana liczba publikacji, a pozostałe pierdółki wrzucono do worka pt. Dodatkowe informacje o kandydacie. Podsumowując, widzę o wiele więcej plusów niż minusów.

  • nobooks napisał(a) komentarz datowany na 2017/10/02 20:41:49:

    @haluciński
    Właśnie nie zróżnicowali sumarycznych IF, tylko starali się (mniej lub bardziej udatnie -
    do dyskusji) znormalizować wg. 3 obszarach, normalizując wg. mediany (na pewno lepiej niż wg. średniej arytmetycznej) z JCR. Mnożnik jest ten sam, czyli idea jest taka, aby kryteria były równej trudności. Natomiast, skoro już przygotowywali taki szczegółowy tekst, to mogli napisać "IF czasopisma, w którym ukazała się publikacja (za rok publikacji? ogłoszony za rok publikacji? - to nie to samo)", a nie "IF publikacji", co byłoby czymś zupełnie innym (a da się to policzyć, po prostu w mianowniku mamy 1 względnie sumę publikacji kandydata). A może o to chodzi właśnie, o IF publikacji, a nie sumowany IF czasopism? Jeśli tak, to można to policzyć tylko dla publikacji 3-letnich i starszych.

  • halucinski napisał(a) komentarz datowany na 2017/10/02 20:56:29:

    @nobooks:

    > Właśnie nie zróżnicowali sumarycznych IF, tylko starali się (mniej lub bardziej
    > udatnie - do dyskusji) znormalizować wg. 3 obszarach, normalizując wg. mediany
    > (na pewno lepiej niż wg. średniej arytmetycznej) z JCR.

    Dobra, już widzę swój błąd. Nie rozwinięto skrótu mIF, a że ten najczęściej pojawia się w kontekście różnych minimów, przyjąłem, że oznacza minimum IF, czyli najniższą wartość punktów IF, jaką musi mieć publikacja, żeby liczyć się w osiągnięciach.

    Skoro mIF znaczy median IF, to takim razie odpada moja pierwsza wątpliwość.

    Dziękuję Panu za naprowadzenie.

  • halucinski napisał(a) komentarz datowany na 2017/10/02 21:02:57:

    @nobooks:

    > A może o to chodzi właśnie, o IF publikacji, a nie sumowany IF czasopism?

    Przepraszam, że odpisuję tak na raty.

    Interpretuję to jako IF publikacji. Pewnie dlatego, że na tych wydziałach lekarskich, które znam, do stopnia dr. hab. wymagano sumarycznie liczonego współczynnika IF publikacji podoktorskich.

  • nobooks napisał(a) komentarz datowany na 2017/10/02 21:53:10:

    Czy ta miara jest jednoznacznie zdefiniowana?
    Co to zatem jest "sumarycznie liczony współczynnik IF publikacji"?
    Szczególnie niepokoi mnie, co miałoby znaczyć "sumarycznie", czy nie chodzi po prostu tu o sumowanie IF czasopism, w których się ukazały publikacje?

  • nobooks napisał(a) komentarz datowany na 2017/10/02 22:00:40:

    IF publikacji osoby X da się policzyć. Po prostu liczymy tak, jakby zbiór publikacji był czasopismem: IF2(Rok) = (liczba cytowań w Roku publikacji osoby X z Rok-2 i Rok-1)/liczba publikacji osoby X z Rok-2 i Rok-1).

  • h_hornblower napisał(a) komentarz datowany na 2017/10/02 22:53:13:

    @trzy.14, @chario

    Jasne ilościowe kryteria awansu mają z pewnością wiele plusów. Jednym z nich może być i to, że wtedy nie potrzeba właściwe recenzenta (przesadzam nieco oczywiście), wystarczy dziekan z czeklistą (nie mylić z czekistą), na której odhacza się kolejne punkty.

    Diabeł jednak tkwi w szczególe. Nie istnieją idealne, "obiektywne" progi awansu, wiemy tylko, ze próg ma być dość wysoko, z drugie strony sylwetki kandydata (jak to się ładnie mówi) mogą być jednak bardzo różne. Dlatego wolę chyba jednak progi do przeskoczenia dla recenzentów, a im dać trochę luzu w ocenie. Oczywiście to tylko moje zdanie, tak mi mówi intuicja :)

  • charioteer1 napisał(a) komentarz datowany na 2017/10/02 23:08:06:

    Dziekan z czeklista w polskich warunkach nie jest zlym rozwiazaniem. Uchwala medykow z UJ jest wlasnie rozwiazaniem typu dziekan z czeklista. Tego rodzaju uchwaly wracaja jak bumerang po kazdej nowelizacji ustawy, co pokazuje, ze takie rozwiazanie sie sprawdza. Przede wszystkim takie rozwiazanie zapewnia transparentnosc procedur.

  • halucinski napisał(a) komentarz datowany na 2017/10/02 23:15:26:

    @nobooks:

    > Czy ta miara jest jednoznacznie zdefiniowana?
    > Co to zatem jest "sumarycznie liczony współczynnik IF publikacji"?
    > Szczególnie niepokoi mnie, co miałoby znaczyć "sumarycznie", czy nie chodzi
    > po prostu tu o sumowanie IF czasopism, w których się ukazały publikacje?

    To było liczone (piszę: było, bo nie interesowałem się tym od jakichś 2-3 lat) w najbardziej prostacki sposób, jak można sobie wyobrazić. Dla przykładu, na jednym z tych wydziałów, które znam, kilka lat temu na stopień dr. hab. był wymóg 5 punktów IF, więc wymagano, by habilitant przedstawił taką liczbę publikacji w czasopismach z punktacją IF, by suma punktów IF z tych publikacji przynajmniej osiągała zadany próg. Dokładnie tak to sformułowano w kuluarach. Wyliczenia, które Pan podaje, to jakiś kosmos - kosmos w tym sensie, że rada nie analizowała metodyki liczenia punktów IF. Pewnie nie zrobiła tego dlatego, że -- jak już wspomniałem -- to były kuluarowe ustalenia, ot, nieformalnie ustalony próg, tzn. nigdy (na tamte czasy) nie przyjęto odpowiedniej uchwały, ale członkowie rady wiedzieli, że należy odrzucać wnioski tych habilitantów, którzy nie mieli tych 5 punktów IF. Co życzliwsi członkowie rady wydziału mówili w prywatnych rozmowach, że ta nieformalność "uchwały" i jej niedookreślenie służyły jednemu -- przyjmowaniu do grona dr. hab. pożądanych ludzi, a zakazywaniu wstępu doń niepożądanym osobnikom.

    Od razu ubiegnę Pańskie zdziwienie czy może nawet oburzenie: nie takie jaja robiło się na radach wydziałów lekarskich. I znów piszę w czasie przeszłym, bo od 2-3 lat nie śledzę uchwał nawet rady mojego wydziału lekarskiego. Mam samodzielnie wytyczone cele, uchwałami będę się martwić, gdy zacznę poważnie przymierzać się do dr. hab., a jak mi nie będzie z tymi uchwałami po drodze, po prostu zwolnię się z uczelni. W mojej dziedzinie medycyny można, o czym już kiedyś tu pisałem, naukę robić z dala od uczelni medycznej, czyli w tzw. terenie. Bezwarunkowego parcia na stopnie naukowe i tytuł naukowy nie mam, więc mogę uprawiać naukę, nie oglądając się na żaden uniwersytet medyczny czy wydział lekarski uniwersytetu medycznego.

  • halucinski napisał(a) komentarz datowany na 2017/10/02 23:19:55:

    @charioteer1:

    > Dziekan z czeklista w polskich warunkach nie jest zlym rozwiazaniem. Uchwala
    > medykow z UJ jest wlasnie rozwiazaniem typu dziekan z czeklista. Tego rodzaju
    > uchwaly wracaja jak bumerang po kazdej nowelizacji ustawy, co pokazuje, ze
    > takie rozwiazanie sie sprawdza. Przede wszystkim takie rozwiazanie zapewnia
    > transparentnosc procedur.

    Tak, uchwała z WL CM UJ to przeciwny biegun tego, o czym przed chwilą napisałem. Fajnie, że w tym kraju są jeszcze jednostki, które dbają (lub przynajmniej starają się dbać) o przejrzystość postępowań awansowych.

  • nobooks napisał(a) komentarz datowany na 2017/10/03 07:57:58:

    Cos sie dzis nie mozemy dogadac.
    Najprostszy mozliwy sposob liczenia IF publikacji chyba podalem powyzej.
    Liczony byl IF publikacji kandydata, czy raczej sumowane IF czasopism, w ktorych ukazaly sie te publikacje?

  • pan.toranaga napisał(a) komentarz datowany na 2017/10/03 10:25:05:

    Mam wrażenie, że w rozmaitych "ciałach" "budzi troskę" inflacja awansów profesorskich, a w konsekwencji powstaje myśl, żeby podnieść poprzeczkę i uszczelnić system. Skoro jednak trudno zrobić centralnie i dla wszystkich dziedzin to co przytaczane wydziały UJ, to poprzeczkę podnosi się w kategoriach pozadorobkowych (i w istocie prawie-poza-naukowych)" a to 3 doktorantów, a to 3 miesiące za granicą, a to grant zagraniczny. NB w sprawie tego ostatniego kiwano głowami, że poloniści i historycy Polski tego nie przeskoczą, tymczasem okazało się, że dla większości nie-humanistów to też jest totalna zapora. Intelektualne wygibasy jak wykazać, że ktoś jednak "prowadził badania pieniądze", chociaż do żadnego zagranicznego grantu nie startował, to osobny kwiatek.
    Za tym wszystkim kryje się realistyczne przekonanie, że w zakresie podnoszenia kryteriów ściśle dorobkowych można tylko robić zaklęcia albo rytuały magiczne. Takim magicznym zaklęciem jest formułka "dopóki nie podniesiemy poziomu doktoratów".

  • halucinski napisał(a) komentarz datowany na 2017/10/03 14:26:07:

    @nobooks:

    > Liczony byl IF publikacji kandydata, czy raczej sumowane IF czasopism, w ktorych
    > ukazaly sie te publikacje?

    IF czasopism.

  • trzy.14 napisał(a) komentarz datowany na 2017/10/03 17:54:40:

    polecam pdf pod tym linkiem: www.ck.gov.pl/articles/newsId/33/id/42.html

  • nobooks napisał(a) komentarz datowany na 2017/10/03 18:05:56:

    Ależ na końcu walnęli uogólnienie "i panuje chaos w nauce".

  • halucinski napisał(a) komentarz datowany na 2017/10/03 20:27:38:

    Czy ktoś z P.T. Forumowiczów może przybliżyć laikowi, czyli mi, w kilku zdaniach, jakie możliwości otwiera przed ludzkością wykrycie fal grawitacyjnych? Pytanie jest oczywiście związane z tegorocznym Noblem z fizyki.

    PS: Z książek "naukowych" dotyczących tematu znam "A Brief History of Time: From the Big Bang to Black Holes". ;-P

  • flamengista napisał(a) komentarz datowany na 2017/10/03 20:40:14:

    @p-tau: przyjęli sobie, tylko co im odpowiadało. To GTW która narzuciła kryteria reszcie. Niby słusznie, tylko inni badacze siedzący w nieco węższej działce mają niższe hirsche wg. WoS. I w ten sposób wstrzymano habilitację mojego kumpla, który w swoim instytucie jest wystarczająco dobry (i w swojej wąskiej działce spokojnie już miałby habilitację), ale w mainstreamowej - już nie.

    A przyczyna prozaiczna. W jego działce często publikuje się w grupie 2-3 autorów, a w mainstremowej - w 4-5. Jak to wpływa na Hirscha, łatwo policzyć.

    Cytując klasyka: nie ważne kto głosuje, ważne kto liczy głosy.

  • staryzgred2012 napisał(a) komentarz datowany na 2017/10/03 22:46:40:

    Dygresja od głównego tematu: doszły do mnie słuchy na temat "gowinowego" kalendarza wdrożeniowego. Nie wiem, na ile prawda, na ile plotka. Fama głosi, że wszelkie przewody i postępowania otwarte przed radami wydziałów, a niezakończone do 1 września 2019 mają zostać umorzone z mocy prawa. Czy taka aberracja, naruszająca zasadę ciągłości prawnej, jest faktycznie gdzieś zabudowana w ustawie lub jej oprzyrządowaniu?

  • trzy.14 napisał(a) komentarz datowany na 2017/10/03 23:19:41:

    Zgred,
    Ta informacja jest w bardzo kolorowych materiałach ("książeczce"), która jeździ z Gowinem w dużych ilościach.

  • trzy.14 napisał(a) komentarz datowany na 2017/10/03 23:22:05:

    Tyle że ja mam w głowie 31 grudnia 2020, co robi w sumie niewielką różnicę. W końcu jeśli ktoś się ptworzy 31.08.2018, to zostanie mu rok wg Twojej rachuby, a 2 wg mojej.

    UW daje 5 lat od otwarcia przewodu (przynajmniej niektóre wydziały).

  • trzy.14 napisał(a) komentarz datowany na 2017/10/03 23:34:03:

    halusiński,
    Gdyby te mozliwości istniały choćby teoretycznie już teraz, to by o tym pisały gazety. Wg mnie to najczystsze badania podstawowe, jakie mozna sobie wyobrazić Kamień milowy w tym sensie, że zamyka wiele dróg i teorii dotąd uważanych za prawdopodobne i wytycza konkretny kierunek, daje oparcie tym teoriom, które z tym wynikiem sa zgodne i które de facto do niego doprowadziły (to nie było odkrycie przypadkowe).

    Można oczywiście spekulować, że Einsteinowi pewnie się nie śniło to, do czego doprowadzą jego odkrycia i z falami grawitacyjnymi może być tak samo. ALe może być i jak z chromodynamiką kwantową, piękną teorią, która o ile mi wiadomo praktycznych (=przemysłowych, wojskowych etc.) zastosowań nie ma, mimo ze znana jest już od ponad pół wieku.

    Jednakowoż te czyste badania podstawowe wymagały - i tu jest cały myk tej sytuacji - opracowania technologii inżynierskich na niespotykanym dotąd poziomie. Postęp praktyczny jest (prawdopodobnie, a nawet niemal na pewno) w firmach, które budowały Ligo. Zdobytą wiedzę i doświadczenie mogą teraz wykorzystać gdzie indziej.

    Podobnie można traktować CERN: inkubator nowoczesnych technologii oraz sposób na pośrednie publiczne dofinansowanie prywatnych firm high-tech z pominięciem obostrzeń co do pomocy bezpośredniej, przy okazji prowadzący do przełomowych odkryć w zakresie badań podstawowych.

    Zwracam uwagę na to "przy okazji". Moim zdaniem tylko tak można było uzasadnić wpompowanie wielu miliardów euro w CERN.

  • trzy.14 napisał(a) komentarz datowany na 2017/10/04 00:14:38:

    z analizy przeprowadzonej przez Biuro Centralnej Komisji, obejmującej okres od 1 stycznia 2014 r. do 31 października 2014 r., wynikało, że: Sekcja Nauk Ekonomicznych wskazała ze swego grona 80% ogółu składu członków 65 komisji, Sekcja Nauk Humanistycznych i Społecznych wskazała 25% ogółu członków składu 260 powołanych komisji habilitacyjnych, Sekcja Nauk Biologicznych, Rolniczych, Leśnych i Weterynaryjnych wskazała 26% członków ze swego składu w ramach 140 komisji. Łącznie 30 osób zostało powołanych w ciągu ww. 10 miesięcy do składu od 10 do 24 komisji.

    www.nik.gov.pl/plik/id,14767,vp,17235.pdf

  • halucinski napisał(a) komentarz datowany na 2017/10/04 01:54:04:

    @Pi:

    Dziękuję za obszerną odpowiedź. Dla to (nomen omen) wszystko kosmos, ale za to jak fascynujące.

  • nobbynooby napisał(a) komentarz datowany na 2017/10/04 03:19:39:

    @Pi,
    Mnie rozwalilo juz we wprowadzeniu:
    "Uzyskiwanie stopni naukowych jest niezwykle istotne dla rozwoju nauki."

    Ale i: " Na potrzebę
    zwiększenia aktywności Centralnej Komisji w tym obszarze wskazuje fakt,
    że aż 14 jednostkom (33%) spośród 42 ocenionych jednostek ograniczono lub
    cofnięto uprawnienia do nadawania stopni naukowych."

  • misiekc1 napisał(a) komentarz datowany na 2017/10/04 09:15:37:

    @halucinski

    Oprócz tego co napisał Pi, dodam, że fale grawitacyjne to kolejny potencjalny nośnik informacji o zdarzeniach we wszechświecie. Do tej pory astronomia/astrofizyka korzystała niemal wyłącznie z informacji niesonych przez promieniowanie elektromagnetyczne, np. światło. Ale światło mozna przesłonić i wtedy nie widać co się dzieje za tą zasłoną. Fale grawitacyjne zasłonić znacznie trudniej i dlatego, jeżeli technologia ich detekcji jeszcze się rozwinie, będzie można "zobaczyć" rzeczy, których za pomocą rejestracji fal elektromagnetycznych nie zobaczylibyśmy nigdy.

  • zitterbewegung napisał(a) komentarz datowany na 2017/10/04 11:03:34:

    Najpierw agitprop o Noblu. Przeczytał on swój przedwczesny a złośliwy nekrolog w gazecie "zmarł człowiek który dorobił się na metodzie masowego zabijania szybszej niż kiedykolwiek dotąd" i się zmartwił. To że jako agencję PR wybrał akademię nauk świadczy o tym jak skuteczny może być marketing nauki. Nobel to takie ideolo jak kult figur czy maryjny. Pretensje inżynierskiej relewancji służą tylko lepszemu PR i są na ogół śmieszne, lub żałosne jak w przypadku przyznania Einsteinowi za rzeczy trzeciorzędne (a i tak wszyscy wiedzieli tak naprawdę za co tylko mrugali oczkiem). Złej prasy to mu nie zmieniło, do dzisiaj się śmiejemy z dynamitu jako uszlachetniacza nauki, a o braku nagrody z matematyki krążą (nieprawdziwe) legendy miejskie o przegranej rywalizacji miłosnej z Mittag-Lefflerem. Takie odreagowywanie na coroczny nachalny PR.

    Chromodynamika jako modelowanie zjawisk jądrowych ma znaczenie dla prac nad energią z fuzji.

    Oprócz wymienionych "wilsonowskich" history.fnal.gov/testimony.html powodów i pożytków są też bardzo konkretne matematyczne. Tak jak przy wykrywaniu egzoplanet, czy wcześniej pulsarów, technika opracowywania zaszumionych sygnałów szeregów czasowych była zupełnie kluczowa i jest jednym z największych osiągnięć calego tego interesu, które dość niewidocznie perkolują do tzw. gospodarki. Podobnie się mówi o tomografii jako wynalazku matematycznym. (Matematycy lubią zdejmować rusztowania i nie zawsze wiadomo jak rzeczy powstały i dlaczego. Podobnie masa rzeczy w analizie numerycznej jest oryginalnie inspirowana przez Numerical Relativity, jedną z pierwszych dziedzin analizy komputerowej rownan rozniczkowych obok (i wspolnie) z mechanika plynow (aerodynamika)). Rozwoj LIGO trwal 30 lat i zaplanowany jest na nastepne 30 (interferometr satelitarny LISA).

    Sieć takich detektorów umożliwia coś dotychczas niedostępnego: obrazowanie zjawisk astronomicznych trójwymiarowo. Dodatkowo oprócz wspomnianego "przeslaniania swiatla" fale grawitacyjne siegaja nie tylko dalej ale i dawniej, jest mozliwe obserwowanie znacznie starszych zjawisk (do tej pory zaobserwowalismy zjawiska sprzed max kilkuset tysięcy lat), w tym fal po wielkim wybuchu. Mozna tez zajrzec do wnetrza gwiazd, badac dynamike ukladow gwiazd bezposrednio a nie odtwarzac ja z obserwacji pozycji, badac zderzenia gwiazd odpowiedzialne za powstawanie pierwiastkow.

    Alchemicy powiedzieliby że potrzebne nam to jest do szukania zderzen gwiazd neutronowych bo tak zachodzi nukleosynteza złota.

    Ale tak naprawde potrzebne nam to "to capture imagination".

  • charioteer1 napisał(a) komentarz datowany na 2017/10/04 11:41:37:

    @zgred
    Przxepisy wprowadzajace ustawe, art. 167, ust. 5, postepowania i przewody niezakończone do dnia 31 grudnia 2020 r. odpowiednio umarza się albo zamyka się. 31 grudnia 2020 przestaja istniec wszelkie instytucje, jakie znamy do tej pory - CK, rady wydzialow, stad nie wiadomo, kto mialby prowadzic te niezakonczone postepowania.

  • halucinski napisał(a) komentarz datowany na 2017/10/04 14:39:12:

    @Misiekc1 & Zitterbewegung:

    Bardzo dziękuję za odpowiedzi. Jako kompletny laik czytam o tych sprawach z wypiekami na twarzy. :)

  • halucinski napisał(a) komentarz datowany na 2017/10/04 14:48:41:

    A teraz będzie gwałtowny powrót z kosmosu i bolesne zderzenie z polską ziemią:

    Budżet nie chce finansować podróży naukowców. Fiskus żąda podatku. W jednej z przywołanych w artykule interpretacji podatkowych (0111-KDIB2-3.4011.112.2017.1.HK) dyrektor Krajowej Informacji Skarbowej stwierdził:

    "Na podstawie art. 13 § 2a, art. 14b § 1 ustawy z dnia 29 sierpnia 1997 r. Ordynacja podatkowa (t.j. Dz.U. z 2017 r., poz. 201, ze zm.) Dyrektor Krajowej Informacji Skarbowej stwierdza, że stanowisko Wnioskodawcy przedstawione we wniosku z 14 lipca 2017 r. (data wpływu 14 lipca 2017 r.), uzupełnionym 1 sierpnia 2017 r., o wydanie interpretacji przepisów prawa podatkowego dotyczącej podatku dochodowego od osób fizycznych w zakresie możliwości zwolnienia z opodatkowania środków otrzymanych w ramach programu Mobilność Plus jest nieprawidłowe".

    Rozumiem, że to część Gowinowej strategii, zachęcającej naukowców do wyjazdów zagranicznych.

  • flamengista napisał(a) komentarz datowany na 2017/10/04 18:41:35:

    No to ludzie nie będą wyjeżdżać, proste:)

    W nawet najbardziej dziadowskich krajach UE takie programy są połączone ze zwolnieniami podatkowymi. U nas zwolnienia są dla posłów, ale też rolników, górników etc.

    Za to naukowcom już zabrano część 50% odpisu, a teraz to. Mentalność chłopa polskiego w Brazylii, któremu przeszkadzało że nauczyciel w szkole polonijnej "obijał się" ucząc jego dzieci, zamiast orać na polu.

  • staryzgred2012 napisał(a) komentarz datowany na 2017/10/04 23:37:45:

    @charioteer1
    > Przepisy wprowadzajace ustawe, art. 167, ust. 5, postepowania i przewody
    > niezakończone do dnia 31 grudnia 2020 r. odpowiednio umarza się albo zamyka się.
    > 31 grudnia 2020 przestaja istniec wszelkie instytucje, jakie znamy do tej pory - CK,
    > rady wydzialow, stad nie wiadomo, kto mialby prowadzic te niezakonczone
    > postepowania.


    Jest to absolutnie bezprawne, bo narusza zasadę ciągłości prawnej. Ustawa powinna definiować ścieżki kontynuacji i kończenia postępowań rozpoczętych nawet w dniu 31.12.2020. Zakładając wejście w życie tego potworka nie należy już otwierać żadnych przewodów doktorskich poza tymi, które otwarte będą w tym miesiącu a zamknięte w następnym.

    Nie wnikając już w szczegóły: jest to całkowity knot prawny wykreowany przez lobby oligarchiczne w interesie tego lobby. Regulacja całkowicie bezwartościowa kreująca "niewolnictwo" w miejsce dotychczasowego "feudalizmu", w dodatku najeżona rozwiązaniami, z których byliby dumni Papuasi od wiklinowych samolotów. Mam nadzieję, że ten potworek legislacyjny nie wejdzie w ogóle w życie, tym bardziej, że Gowin nie jest już PiS-owi do niczego potrzebny.

  • charioteer1 napisał(a) komentarz datowany na 2017/10/05 00:12:44:

    @zgred
    W rzeczywistosci prawnej wykreowanej przez te przepisy na pewno bedzie duzy problem ze wznowieniem jakiegokolwiek postepowania, na przyklad w przypadku wykrycia plagiatu, wlasnie ze wzgledu na brak ciaglosci prawnej, poniewaz wznowienia proceduje sie zgodnie ze stanem prawnym w chwili wszczecia postepowania.

  • halucinski napisał(a) komentarz datowany na 2017/10/05 10:52:24:

    @charioteer1:

    > W rzeczywistosci prawnej wykreowanej przez te przepisy na pewno bedzie duzy
    > problem ze wznowieniem jakiegokolwiek postepowania, na przyklad w przypadku
    > wykrycia plagiatu, wlasnie ze wzgledu na brak ciaglosci prawnej, poniewaz
    > wznowienia proceduje sie zgodnie ze stanem prawnym w chwili wszczecia
    > postepowania.

    Celna uwaga.

  • nowojorczyk5 napisał(a) komentarz datowany na 2017/10/05 15:15:21:

    Charioteer nie ma racji: są trzy aktualne wyroki NSA, które mówią że postępowanie wznowieniowe prowadzi się wg aktualnego stanu prawnego. I wszystkie zaskarzone uchwaly Rady Wydzialu i Centralnej Komisji są unieważnione. Vide dwa ostatnie wyroki WSA.
    O szczególach w listopadowym Forum Akademickim

  • flamengista napisał(a) komentarz datowany na 2017/10/05 16:43:06:

    Apropos, dopiero teraz to wyczytałem w felietonie N-Spano z Obywateli Nauki. Otóż prof. dr hab. Jarosław Górniak ponoć na koniec kongresu powiedział: "ta ustawa to nasza ustawa".

    No właśnie na tym polega cały jej problem... Gdyby ją pisał Pan nie tylko dla siebie, byłoby o niebo lepiej.

  • h_hornblower napisał(a) komentarz datowany na 2017/10/05 16:55:41:

    @nowojorczyk

    Tylko z tych wyroków NSA nie musi chyba wiele w praktyce wynikać. Ludzie, którzy próbowali u nas bronić się na podstawie wyroku NSA przed habilitacyjnym wyrotowaniem usłyszeli, że w Polsce nie obowiązuje prawo precedensowe. Nie wiem, czy poszli do sądu i co dalej.

  • charioteer1 napisał(a) komentarz datowany na 2017/10/05 17:09:13:

    @nowojorczyk
    Moge prosic o link do tych wyrokow? Postepowanie wznowieniowe z zasady sluzy zbadaniu legalnosci podjetej decyzji administracyjnej. Prawo nie dziala wstecz, w zwiazku z tym mozna badac legalnosc decyzji tylko i wylacznie w oparciu o stan prawny obowiazujacy w chwili jej podjecia.

  • charioteer1 napisał(a) komentarz datowany na 2017/10/05 17:25:43:

    Szukajac wyrokow wspomnianych przez nowojorczyka udalo mi sie trafic na to:

    Niewątpliwie recenzja "A" (później ujawniono, że jej autorem jest prof. S. W.) jest fałszywa, co widoczne jest nawet dla nieprawnika (liczne dopiski maszynowe i ręczne, chaos myślowy itp.). Fałsz może przybierać zarówno formę fałszu materialnego, a więc co do formy dokumentu, jak i intelektualnego, co do treści dokumentu, gdy jego forma jest autentyczna (por. B. Graczyk, Postępowanie administracyjne, Warszawa 1953, s. 113, czy wyrok WSA w Szczecinie z 24 września 2008 r., II SA/Sz 1203/07, LEX nr 515333). Ta pierwsza forma fałszu wyraża się ręcznymi dopiskami (nie zostało wyjaśnione, kto tego dokonał w recenzji "A"), a jej fałsz intelektualny potwierdza opinia psychologiczna przedłożona do sprawy, która nigdy nie była przedmiotem rozważań i oceny tak CK jak i sądów administracyjnych - chociaż z urzędu zobowiązane są do badania legalności. Na podstawie tej fałszywej recenzji "A" ustalono istotne dla sprawy okoliczności faktyczne wpływające na określenie praw habilitanta, a wobec wykazania jej fałszu spełnione zostały przesłanki do wznowienia postępowania.

    Jednak sad skarge kasacyjna oddalil, poniewaz:

    3.2.1. Zgodnie z art. 145 § 1 pkt 1 k.p.a. wznawia się postępowanie, jeżeli dowody, na podstawie których ustalono istotne dla sprawy okoliczności faktyczne, okazały się fałszywe. Wznowienie postępowania na tej podstawie następuje wtedy, gdy zostaną spełnione łącznie trzy warunki:

    Po pierwsze, w postępowaniu dowodowym zakończonym decyzją ostateczną skorzystano z fałszywego dowodu.

    Po drugie, sfałszowanie dowodu musi być stwierdzone prawomocnym orzeczeniem sądu lub innego właściwego organu. Przed takim orzeczeniem wznowienie jest dopuszczalne jedynie przy spełnieniu warunków określonych w art. 145 § 2 i 3 k.p.a., to znaczy wtedy, gdy występuje zagrożenie dla życia lub zdrowia ludzkiego albo niebezpieczeństwo powstania poważnej szkody dla interesu społecznego, a fakt sfałszowania dowodu lub popełnienia przestępstwa jest oczywisty, bądź też postępowanie przed sądem lub innym organem w tych sprawach nie może zostać wszczęte z uwagi na upływ terminu przedawnienia lub z powodu innych prawnych przeszkód.

    Po trzecie, fałszywy dowód był podstawą ustalenia okoliczności faktycznych istotnych w danej sprawie.

    Przesłanki te nie zostały spełnione w niniejszej sprawie, bo jak trafnie zauważył Sąd I instancji, skarżący nie zgłaszał organom ścigania, co przyznał przed Sądem, o wystąpieniu fałszu dowodu w postępowaniu przed Centralną Komisją. Nie wykazał również w postępowaniu administracyjnym z jego wniosku o wznowienie postępowania, że zostały spełnione warunki określone w art. 145 § 2 i 3 k.p.a.


    Krotko i wezlowato, zeby podwazyc tresc recenzji, nalezy wniesc do sadu sprawe karna.

  • staryzgred2012 napisał(a) komentarz datowany na 2017/10/05 17:48:58:

    Dygresja odnośnie terminów umów o pracę:

    czy można na podstawie obecnych regulacji o nieprzekraczaniu ponad 36 miesięcy czasu trwania umów o pracę na czas określony żądać skutecznie zamiany umowy o pracę na czas określony 2010-2019 na umowę na czas nieokreślony? Mam kilku pracowników, którym administracja robi obstrukcję w tej kwestii zasłaniając się "niedziałaniem prawa wstecz", a wiem, że w kontekście gowinologii są już przygotowywane listy proskrypcyjne i chciałbym ich ochronić przed rzezią ze strony coraz bardziej rozzuchwalonej administracji, która ignoruje powiadomienia o terminie rotacyjnym 30.09.2021 i zamierza skorzystać ze zwykłego wygaśnięcia umowy, aby ich odstrzelić. Ot, zwykłe skurw... excusez le mot...

  • charioteer1 napisał(a) komentarz datowany na 2017/10/05 18:06:00:

    Gwoli wyjasnienia do wpisu ponizej, sprawa dotyczy odmowy nadania stopnia doktora habilitowanego - uwaga... - w 2004 roku. Autorem kwestionowanej recenzji jest superrecenzent wyznaczony przez CK. Recenzent byl i umarl od tamtej pory, wiec o falszowanie dowodow nie mozna go juz oskarzyc przed sadem niejako z definicji. Po orzeczeniu NSA sprawa wrocila do sadu wojewodzkiego, ktory w pazdzierniku 2016 skierowal ja do CK do ponownego rozpatrzenia. Trzymam kciuki za habilitanta, ktory walczy z systemem juz kilkanascie lat!

    Kluczowy dla calej sprawy okazal sie prawdopodobnie ten fragment z orzeczenia NSA:

    W istocie CK bez jakiejkolwiek kontroli niedopuszczalnie połączyła w tym postępowaniu (o typowych cechach postępowania inkwizycyjnego) kilka ról procesowych - jednostronne, tajne i wybiórcze zbieranie dowodów z rażącym naruszaniem ogólnych zasad przeprowadzania dowodów; w tym dowodu z opinii recenzentów, prowadzenie postępowania gabinetowego bez udziału stron; przede wszystkim bez udziału habilitanta wraz z jego pełnomocnikiem adwokatem, z rażącym naruszaniem terminów ustawowych - dopuściła się nieważności postępowania.

    To wszystko wroci na mocy ustawy Gowina z losowanymi i tajnymi recenzentami.

  • halucinski napisał(a) komentarz datowany na 2017/10/05 18:17:55:

    @charioteer1:

    > Krotko i wezlowato, zeby podwazyc tresc recenzji, nalezy wniesc do sadu
    > sprawe karna.

    Czego ostateczny efekt zawsze będzie taki, że habilitant pozostający na marginesie lokalnego środowiska uczelnianego (bo kwestionuje uchwałę rady wydziału o odmowie nadania stopnia dr. hab.) zostanie wyrzucony poza ten margines.

    To bardzo niekorzystne orzeczenie.

  • charioteer1 napisał(a) komentarz datowany na 2017/10/05 18:18:16:

    Zgred, jak rozumiem, chodzi o stosunki pracy powstale przed nowelizacja kodeksu pracy. Nowelizacja tych stosunkow pracy nie obejmuje, czyli zatrudnienie wygasa w terminie okreslonym w umowie. Termin rotacyjny 2021 dotyczy tylko osob, ktore maja kontrakt dluzszy niz do 2021.

  • charioteer1 napisał(a) komentarz datowany na 2017/10/05 18:28:23:

    Halucinski, to sa akademickie rozwazania. Jezeli kogos wywalaja z pracy ze wzgledu na to, ze nie zrobil habilitacji, to ma w nosie, co sobie o nim pomysli rada wydzialu, ktora i tak czesto zmienna jest.

  • halucinski napisał(a) komentarz datowany na 2017/10/05 20:06:53:

    @charioteer1:

    > W istocie CK bez jakiejkolwiek kontroli niedopuszczalnie połączyła w tym
    > postępowaniu (o typowych cechach postępowania inkwizycyjnego) kilka ról
    > procesowych - jednostronne, tajne i wybiórcze zbieranie dowodów z rażącym
    > naruszaniem ogólnych zasad przeprowadzania dowodów; w tym dowodu z opinii
    > recenzentów, prowadzenie postępowania gabinetowego bez udziału stron;
    > przede wszystkim bez udziału habilitanta wraz z jego pełnomocnikiem adwokatem,
    > z rażącym naruszaniem terminów ustawowych - dopuściła się nieważności
    > postępowania.

    Szkoda, że minęło już ponad 5 lat od uchwały, bo można by pociągnąć do odpowiedzialności karnej przewodniczącego CK, komitetu czy sekcji (nie wiem, które to gremium podejmuje uchwałę) z art. 231 par. 3 k.k. Za tak skandaliczne naruszenia prawa należałoby to zrobić.

  • halucinski napisał(a) komentarz datowany na 2017/10/05 20:10:28:

    @charioteer1:

    > Halucinski, to sa akademickie rozwazania. Jezeli kogos wywalaja z pracy ze wzgledu
    > na to, ze nie zrobil habilitacji, to ma w nosie, co sobie o nim pomysli rada wydzialu,
    > ktora i tak czesto zmienna jest.

    Jeżeli habilitant nie jest pracownikiem innej uczelni (bo z tej, gdzie nie zrobił dr. hab., pewnie go dawno wywalili), to ma Pan oczywiście rację. Środowisko naukowe jest małe, nikt nie lubi mąciwód i szkodników (tak pewnie by go -- niesłusznie -- nazwano), nawet jeśli bruździ poprzednio zatrudniającej go uczelni.

  • halucinski napisał(a) komentarz datowany na 2017/10/05 20:13:51:

    I coś dla odprężenia: Jestem ciężko chory.

    Mamy polityków-mimozy. Chłop ma cukrzycę, której leczenie wymaga od niego tylko trzymania diety (żadnych tabletek czy zastrzyków z insuliny), a uważa się za ciężko chorego.

  • ford.ka napisał(a) komentarz datowany na 2017/10/05 22:33:32:

    Trzeba być lekarzem, żeby uważać, że cukrzyca nie jest ciężką chorobą. Może ten brak empatii dla pacjenta jest niezbędny, żeby wykonywać swoją pracę... Jak dla mnie to przykład rzadkiej u Misia K. rozsądnej wypowiedzi.

  • nobooks napisał(a) komentarz datowany na 2017/10/05 22:41:02:

    Cukrzycę, która nie wpływa na jakość życia przy zachowaniu odpowiedniej diety (nieszczególnie zresztą restrykcyjnej, i o której sam zainteresowany wypowiada się pozytywnie), trudno nazwać ciężką chorobą. Nie w tym przypadku, bo o tym mowa.

  • staryzgred2012 napisał(a) komentarz datowany na 2017/10/05 23:35:52:

    @charioteer1
    > Zgred, jak rozumiem, chodzi o stosunki pracy powstale przed nowelizacja kodeksu
    > pracy. Nowelizacja tych stosunkow pracy nie obejmuje, czyli zatrudnienie wygasa w
    > terminie okreslonym w umowie. Termin rotacyjny 2021 dotyczy tylko osob, ktore
    > maja kontrakt dluzszy niz do 2021.


    Mam wątpliwości. Nowelizacja w tej kwestii wypowiada się w dwóch miejscach:

    art.14.4. Do umów o pracę na czas określony, trwających w dniu wejścia w życie niniejszej ustawy, stosuje się art. 251ustawy zmienianej w art. 1 w brzmieniu nadanym niniejszą ustawą, jednakże do okresu zatrudnienia, o którym mowa w tym przepisie, wlicza się okres zatrudnienia na podstawie umowy o pracę na czas określony przypadający od dnia wejścia w życie niniejszej ustawy, a trwająca w tym dniu umowa o pracę na czas określony jest uważana za pierwszą umowę w rozumieniu art. 251 ustawy zmienianej w art. 1 w brzmieniu nadanym niniejszą ustawą albo za drugą umowę w rozumieniu tego przepisu, jeżeli została zawarta jako druga umowa w rozumieniu art. 251 ustawy zmienianej w art. 1 w dotychczasowym brzmieniu.

    art.14.6.Przepisu ust. 4 nie stosuje się do umów o pracę zawartych na czas określony przed dniem wejścia w życie niniejszej ustawy, jeżeli rozwiązanie takiej umowy przypada po upływie 33 miesięcy od tego dnia i stosunek pracy pracownika podlega szczególnej ochronie przed wypowiedzeniem lub rozwiązaniem umowy o pracę w okresie od dnia wejścia w życie niniejszej ustawy do dnia upływu okresu 33 miesięcy od dnia wejścia w życie niniejszej ustawy; w takim przypadku umowa rozwiązuje się z upływem okresu, na jaki została zawarta.

    No i teraz pytanie otwarte: czy zatrudnienie adiunkta na czas określony z wymogiem pozytywnej okresowej oceny i z rygorem rotacji jest SZCZEGÓLNĄ OCHRONĄ, czy nie jest? Bo jeżeli nie jest, to w dniu 22 listopada 2018 będzie można wystosować pismo do kadr z żądaniem korekty umowy, aby była na czas nieokreślony, a wtedy już nie trzeba się boksować o termin 30.09.2021.

  • staryzgred2012 napisał(a) komentarz datowany na 2017/10/05 23:45:24:

    @charioteer1

    Chyba jednak zatrudnienie adiunkta nie jest pod szczególną ochroną, gdyż znalazłem wyrok SN z roku 2011, gdzie dopuszcza się rotacyjne zwolnienie adiunkta nawet w okresie ochrony przedemerytalnej. Nawiasem mówiąc uważam ten wyrok za skandalicznie dyskryminujący.

  • trzy.14 napisał(a) komentarz datowany na 2017/10/06 07:34:39:

    ford.ka
    Jakim cudem ciężko chora osoba jest celebrytą? Gościu ma 45 lat i prawdopodobnie jest to jego *pierwsza* przewlekła, nieuleczalna choroba, która zmniejsza komfort życia, ale nie zabija. Ja do czterdziestki też się dziwiłem, że istnieją choroby inne niż ostre i w sumie łatwo wyleczalne (wyrostek, ból zęba, grypa).

    Od członka-założyciela ZChN spodziewałbym się raczej opowieści o tym, jak to choroba go uszlachetnia, o z radością i zrozumieniem niesinym krzyżu pańskim, a tu nic, kolejny praktykant faryzeizmu.

  • halucinski napisał(a) komentarz datowany na 2017/10/06 11:09:34:

    Mam jeszcze jedno pytanie do P.T. Forumowiczów, którzy używają LaTeXa i Biblatexa. Kiedy cytuję rozdział (@incollection) w książce (@collection), w bibliografii wywala mi coś takiego (w każdym stylu cytowania):

    Imię i nazwisko autora rozdziału. Tytuł rozdziału. W: Tytuł książki. Wyed. Imię i nazwisko redaktora książki. Miejsce wydania: nazwa wydawnictwa, rok wydania, zakres stron.

    Czy Państwo też napotkali taki błąd u siebie, czy może to ja mam coś źle ustawione w preambule?

  • halucinski napisał(a) komentarz datowany na 2017/10/06 11:12:47:

    @Staryzgred2012:

    Muszę przyznać, że tak zawile sformułowane przepisy spotyka się przede wszystkim w prawie podatkowym. Ktoś, kto napisał te dwa, które Pan przytoczył, nie powinien nigdy zostać legislatorem. Naruszył szereg reguł zawartych w rozporządzeniu w sprawie zasad techniki prawodawczej.

  • halucinski napisał(a) komentarz datowany na 2017/10/06 11:15:15:

    @ford.ka:

    > Trzeba być lekarzem, żeby uważać, że cukrzyca nie jest ciężką chorobą. Może ten
    > brak empatii dla pacjenta jest niezbędny, żeby wykonywać swoją pracę...

    Dziękuję za miłe słowa.

  • adam_beast napisał(a) komentarz datowany na 2017/10/06 17:44:53:

    @haluciński
    Z tym 'Wyed' to długo walczyłem:)
    Dodaj do preambuły
    \DefineBibliographyStrings{polish}{%
    editor= {{redakcja}{red.}},
    byeditor= {red.},
    }

  • trzy.14 napisał(a) komentarz datowany na 2017/10/06 19:28:16:

    Haluciński ("Wyed"),
    tex.stackexchange.com/questions/374522/how-to-change-editor-bibstring-in-biblatex

    W moje instalacji "wyed" występuje tylko w pliku polish.lbx w słodkim ("unsure!") kontekście:

    byeditor = {{wyedytowano}{wyed\adddot}},% FIXME: unsure

    Oryginał:
    byeditor = {{edited by}{ed\adddotspace by}},

    co w sumie stanowi ciekawy przyczynek do jakości oprogramowania "darmowego" spolszczanego przez entuzjastów-amatorów. Ten błąd w tłumaczeniu funkcjonuje zapewne od lat, nikt go nie poprawia, a użytkownicy go zwyczajnie obchodzą metodami wyszukanymi w googlu.

    Reasumując, proponuję gdzieś na początku wpisać:

    \DefineBibliographyStrings{polish}{%
    byeditor= {red\adddot},
    }

    \adddot może być lepsze od kropki, bo Latex czasami kropkę traktuje także jako koniec zdania i wtedy coś tam kombinuje, np. z odstępami (choć raczej nie w j. polskim).

  • halucinski napisał(a) komentarz datowany na 2017/10/06 20:01:41:

    @Adam Beast & Pi:

    Moje Google Fu nic nie znalazło na temat "wyed". Dla mnie, nieścisłowca, praca w LaTeXu jest jak programowanie, na którym się nie znam. TeX i LaTeX frapują mnie bardzo, ale są też bardzo dużym wyzwaniem intelektualnym.

    Bardzo, ale to bardzo Panom dziękuję! Zaraz spróbuję zastosować Panów porady. :)

  • halucinski napisał(a) komentarz datowany na 2017/10/06 20:12:46:

    @Adam Beast & Pi:

    Działa! Raz jeszcze Panom bardzo dziękuję.

  • trzy.14 napisał(a) komentarz datowany na 2017/10/06 21:33:59:

    Ta ustawa nie załatwia nic z punktu widzenia PiS, a psuje to, co było. Nie załatwia żadnego naszego celu politycznego. W sądach np. da się powiedzieć, że przywracamy wymiar sprawiedliwości narodowi. Tu nie ma nic, zamiąchanie wewnątrz, oddanie rektorom władzy absolutnej, zlikwidowanie wolności badań naukowych. A do tego ma przepędzić pieniądze z uczelni państwowych na prywatne. Co Gowinowi bliskie, ale nam nie mówi polityk PiS, nawiązując do tego, że Gowin współtworzył prywatną uczelnię w Krakowie.
    ...
    Według zwolenników Gowina Kaczyński będzie się kierował głównie tym, czy Gowin jest mu potrzebny w obozie zjednoczonej prawicy, a nie tym, czy ustawa jest potrzebna.


    wyborcza.pl/7,75398,22474323,polityczne-harce-wokol-reformy-nauki-co-pis-zrobi-z-projektem.html

  • charioteer1 napisał(a) komentarz datowany na 2017/10/07 01:43:52:

    @zgred
    Wyglada na to, ze masz racje, tzn. umowa na czas okreslony staje sie umowa na czas nieokreslony 22 listopada 2018 pod warunkiem, ze pracownikowi zostalo wiecej niz 4 lata do nabycia uprawnien emerytalnych. Mozesz zapytac na wszelki wypadek w okregowej inspekcji pracy.

  • zitterbewegung napisał(a) komentarz datowany na 2017/10/07 04:27:35:

    prof. Terlecki jest jednym z nielicznych polityków pis którzy nigdy nie darli kotów z prezesem. Gowin nie jest juz prezesowi potrzebny w zjednoczonej prawicy, nie wiadomo czy te jego 6 poslow za nim pojdzie, ani kogo mozna wyjąć od Kukiza, poza tym na dziś może spokojnie ryzykować wybory. Zantagonizowanie szefa MON (ministerstwa odrodzenia nauki) może natomiast całkiem realnie wysłać go do hamletyzowania w zjednoczonej opozycji, i jest całkiem realne że oni go tam przyjmą! Takie coś by ucieszyło prezesa, bez zjazdu gospodarki, z taka zjednoczona opozycja nastepna kadencja w kieszeni.

  • trzy.14 napisał(a) komentarz datowany na 2017/10/07 12:09:17:

    Aleksander Temkin, czyli Komitet Kryzysowy Humanistyki Polskiej, zabrał głos w "Więzi":

    laboratorium.wiez.pl/2017/10/06/ustawa-gowina-czy-upodmiotowienie/

    Temkin to przewodniczący organizacji, która pod koniec rządów PO co rusz urządzała jakieś widowiskowe wykłady okupacyjne, czarne procesje nauki, a zwycięstwo PiS przyjęła z nieukrywaną satysfakcją. Mówi to też członek Narodowej Rady Rozwoju przy prezydencie RP. Nawet jeśli więc ten człowiek, jako ledwo doktorant, nie ma przełożenia na to, co dzieje się w Sejmie Umęczonej, to może być źródłem inspiracji dla przeciwników Gowina i właśnie przez to ten wywiad jest ciekawy.

    A jego argumentacja jest socjalna i wsobna. O ile taki Pacholski widzi polski uniwersytet i polską naukę na tle uniwersytetów amerykańskich czy niemieckich, to Temkin przyjmuje perspektywę polskiego naukowca z uczelni prowincjonalnej (czyli - jak sobie to wyobrażam, wyborcy PiS). Chciałoby się rzec może niezbyt elegancko i uczciwie, że Temkin pochyla się z troską nad losem prof. Mariana i dra Wyliżucha.


    Upodmiotowienie podstawowych jednostek organizacyjnych w zakresie kluczowych uprawnień (prowadzenie studiów wyższych, studiów doktoranckich oraz nadawanie stopni) oraz ewaluacji działalności naukowej, skutecznie ogranicza możliwości efektywnego zarządzania uczelnią mówią założenia do ustawy. Otoczenie Gowina przedstawia sprawę jeszcze bardziej wyraziście: podstawowym zadaniem reformy musi być ograniczenie demokracji na uniwersytetach.
    ...
    W myśl ustawy piętnuje się negocjowanie z członkami wspólnoty i faktycznie rozwiązuje wspólnotę akademicką pod hasłem wzmocnienia jej autonomii. Z tego biorą się po zabezpieczeniu ciągłości kadencji rektorskie oklaski. Reforma podwójnie pacyfikuje środowisko naukowe. Odbiera mu narzędzia kontroli rektora i naraża na polityczno-biznesową, czytaj: oligarchiczną kolonizację.

    Oddanie kontroli nad strategią uczelni jej zewnętrznym partnerom oznacza dziś pożegnanie z humanistyką. Uczelnie są notorycznie niedofinansowane. Nie ma złudzeń, które kierunki jako pierwsze padną ofiarą polskich biznesmenów, jeszcze niedawno alarmujących w gazetach o młodzieży nieodpowiedzialnie wybierającej studia humanistyczne, niezgodnie z raportami i twardymi danymi, które wskazują na rosnącą rolę miękkich, humanistycznych kompetencji na rynku pracy.


    Otóż ja się całkowicie zgadzam z założeniami ustawy co do punktu pierwszego: obecny model polskiego uniwersytetu to franczyza, pod którą funkcjonują niezależne byty *gospodarcze* zwane wydziałami. Blokuje to skutecznie jakąkolwiek racjonalną, długofalową politykę na poziomie uczelni i sprowadza zarządzanie uczelnią do zarządzania dryfem, ruchami Browna. Model zarządzania polską uczelnią to model Hierarchicznych Rad Pracowniczych, w których jednak różne kręgi pracowników są równe i równiejsze, co doskonale przypomina to, co pamiętam z PRL (obywatel, partia, partia wewnętrzna, etc.)

    Ja nie czuję, bym ja czy ktokolwiek z mojego wydziału, włącznie z dziekanem, teraz miał jakąkolwiek kontrolę nad rektorem!!! Co więcej, ja mam inne obowiązki na głowie i tej kontroli sprawować NIE CHCĘ. Pan Temkin chce zaś Rad Pracowniczych, ale - w domyśle - bez habilitacji i dwóch profesur, czyli z płaską strukturą. To dopiero byłby bajzel!

    Oligarchiczna kolonizacja już jest faktem i jedyną receptą na jej osłabienie jest moim zdaniem większa jawność życia uniwersyteckiego, a taką może zapewnić dobrze działająca Rada Uczelni, o ile będzie pozbawiona "biznesowych"czy "rodzinnych" więzi z tąże uczelnią; innymi słowy, ja największy problem Rady Uczelni upatruje nie w tym, że tam mogą być biznesmeni czy politycy, tylko w tym, ze wybierze ją uczelniane GTW, co od razu uczyni to nowe ciało kolejną fasadą, wydmuszką.

    I moje najważniejsze pytanie dla forumowiczów: czy humaniści naprawdę upatrują w planowanej zmianie sposobu zarządzania uczelniami zagrożenia egzystencjalnego dla siebie?

  • halucinski napisał(a) komentarz datowany na 2017/10/07 13:35:16:

    Zacznijmy od tego, że prawo wybierania rektora, prorektorów, dziekanów, prodziekanów i członków senatu i innych ciał kolegialnych powinni mieć tylko nauczyciele akademiccy, tj. pracownicy naukowo-dydaktyczni, naukowi i dydaktyczni, oraz studenci i doktoranci. Teraz jest tak, że pracownicy niebędący nauczycielami akademickimi, którzy stanowią (dane z 2008 roku) około 45% wszystkich pracowników uczelni wyższych, mają poprzez czynne prawo wyborcze realny wpływ na politykę rozwoju uczelni. Pracownicy administracyjni, naukowo-techniczni, naukowo-inżynieryjni, techniczni itd. pełnią jedynie pomocnicze role w uczelni wyższej. (Piszę to jako były pracownik naukowo-techniczny).

  • trzy.14 napisał(a) komentarz datowany na 2017/10/07 14:06:34:

    Jeżeli całe władze będą wybierali nauczyciele akademiccy, a finansować to będzie budżet państwa, to nigdy nie skończymy reform i zawsze się będziemy dziwić, dlaczego mimo tylu wysiłków to wszystko nie działa.

  • flamengista napisał(a) komentarz datowany na 2017/10/07 14:57:15:

    @trzy.14 Jest dokładnie na odwrót. Otóż prawda jest taka, że obecnie uczelniami rządzi nie rektor, nie dziekani, nie profesorowie - a administracja. Jeśli władzę będzie miała wyłącznie administracja, dodatkowo nie odpowiadając za swoje decyzje i kierując uczelniami z tylnego siedzenia, nic się nie zmieni.

    Pracownicy techniczni i administracyjni powinni zostać całkowicie wyłączeni z procesu wybierania władz uczelnianych.

  • charioteer1 napisał(a) komentarz datowany na 2017/10/07 15:10:15:

    @3.14
    Po pierwsze, nie zamierzam bronic demokracji akademickiej w obowiazujacej formie. Jest to demokracja kaleka i ulomna.

    Po drugie, nie zgadzam sie z tym, ze calkowita likwidacja tej demokracji na poziomie jednostek organizacyjnych uczelni przysluzy sie czemukolwiek dobremu.

    Ustroj uczelni przedstawiony w ustawie mozna porownac do modelu panstwa, w ktorym jest Premier (rektor), Parlament (senat) i Biuro Polityczne (rada uczelni), likwiduje sie natomiast calkowicie samorzady lokalne (rady wydzialow), zastepujac je administracja panstwowa, powolywana przez Premiera. Bedziemy miec wojewodow i burmistrzow, ale powolywanie rad miasta nie jest w ustawie przewidziane. To jest model, w ktorym administracja centralna wie lepiej, czego obywatelowi do szczescia potrzeba.

    W tym modelu Premier wybierany jest w wyborach posrednich, czyli obywatele wybieraja swoich przedstawicieli, ktorzy wybiora Premiera. Jedynie w przypadku wyboru czlonkow Parlamentu dopuszcza sie mozliwosc wyborow bezposrednich. Czlonkowie Parlamentu wybieraja Biuro Polityczne. Biuro Polityczne decyduje, kto moze kandydowac na Premiera.

    W tym miejscu luzna dygresja. Skoro Biuro Polityczne decyduje, kto moze byc Premierem, to nie wnikajac w subtelnosci, stawiam dolary przeciw orzechom, ze GTW, ktora dorwie sie do wladzy pod nowa ustawa, bedzie nieusuwalna do konca obowiazywania ustawy Gowina, albo nawet i jeszcze dluzej. Ograniczenie liczby kadencji do dwoch bedzie jedynie batem na senatorow. Rektor po skonczeniu drugiej kadencji zostanie czlonkiem rady uczelni, a po kolejnych dwoch kadencjach moze ponownie zostac rektorem.

    Prawo (statut) w tym panstwie stanowi Parlament, ale inicjatywa prawodawcza nalezy tylko i wylacznie do Premiera. Projektow obywatelskich nie przewidziano. Projekt prawa przygotowany przez Premiera jest opiniowany przez Biuro Polityczne, po czym wraz z opinia Biura Politycznego trafia do Parlamentu. Happy? Ja naprawde nie rozumiem, czemu PiS mialby miec cokolwiek przeciwko takim fundamentom ustrojowym.

    Premier przygotowuje Strategie Rozwoju Państwa (strategia uczelni). Parlament opiniuje te strategie, ale przyjmuje ja Biuro Polityczne, a Parlament ocenia jej realizacje. Tu juz powiem tylko: just let that sink in!

  • zitterbewegung napisał(a) komentarz datowany na 2017/10/07 15:28:52:

    Nie wiem w jaki sposób techniczni i administracyjni rządzą. Są tak samo wiedzeni przez jakieś konwentykle, jak naukowi. Oczywiście największą władzę ma pani mgr Kanclerz jako przewodnicząca konwentykli, technicznie należąc do administracyjnych tworzy mylne wrażenie że panowie na warsztacie, informatycy i portierzy mają tu jakiś zgubny wpływ, podobnie jak studenci nie mają wpływu na działanie organizacji tzw studenckich (przy każdych wyborach rektora jest walka o przekupienie fundacji studenckiej Bratniak, nikt nie wie dlaczego).

    Biuro Polityczne dopuszczające do kandydowania to pomysł na kontynuację, wystarczy spojrzeć kto kandyduje obecnie, i dlaczego nikt inny nie kandyduje. Nie ma żadnego realnego wyboru. Biuro Polityczne powinno mieć raczej Komisję Gier i Zakładów w celu przymusowego losowania rektora spośród Senatu.

  • charioteer1 napisał(a) komentarz datowany na 2017/10/07 15:34:56:

    @zitter
    No to jest po to, zeby zaden czarny kon przypadkiem nie wygral wyborow.

  • trzy.14 napisał(a) komentarz datowany na 2017/10/07 15:49:36:

    fla,
    Ja jestem za mały na to, by mieć ogląd, kto naprawdę rządzi uczelniami. We wczesnych latach 90. byłem pomiatany przez każdą kierowniczkę działu w Gmachu Głównym (GG) - i prawdopodobnie nie dlatego, że byłem w hierarchii akademickiej dokładnie nikim, ale dlatego, że takie panowały zwyczaje po ustroju słusznie minionym. Kierowniczkę zarządzającą paszportami służbowymi do dziś mam w oczach, a jej władczy ton - w uszach. Musiała mieć nietęgą minę, jak ją zwolnili. To (stopień ucywilizowania i profesjonalizacji administracji) się zmieniło kilkanaście lat temu - w bardzo dobrym kierunku.

    Gdyby rządziła administracja, to ona by zarabiała. Nie wiem jak ci z GG, ale administracja wydziałowa w zdecydowanej większości ociera się o rozporządzenie o wynagrodzeniu minimalnym.

    Ale tak, z różnych tłumaczeń władz dziekańskich i nie tylko wynika, że finansami wydziału w znacznym stopniu rządzi kwestor i to mimo samodzielności finansowej wydziałów, na którą wiele, wiele lat temu uniwersytety przeszły w ramach racjonalizacji polityki "fiskalnej". TO NIE JEST RZĄDZENIE, tylko ZARZĄDZANIE. W dodatku: ZARZĄDZANIE KRYZYSEM. Rządzenie to wytyczanie celów i dążenie do ich realizacji. Zarządzanie to gaszenie pożarów. W wykonaniu administracji, czyli kwestora, to zgoda lub nie na finansowanie pomysłów dziekana, dyrektora instytutu, kierownika grantu etc. To działanie reaktywne i ograniczone do realizacji jednego celu - zapewnienia płynności finansowej uczelni.

    Z mojego oglądu sytuacji wynika, że władzę na wydziale ma dziekan. Pytanie, ile z tej władzy chce wykonywać osobiście a ile cedować na inne osoby. Dziekan wydziału nie mającego strukturalnego zadłużenia całą kadencję może nie robić literalnie nic, byle miał sprawny dziekanat.

    Podobnie może być z rektorem, czy raczej rektorami. W chwili obecnej "system" pozwala im nie robić niczego i zasłaniać się administracją, Gowinem, ustawami, konfliktem w Senacie etc.

    Chodzi o taki system zarządzania, który skończy z tym ruchem Browna.

    Prosty przykład. Na mojej uczelni niewątpliwie brakuje badań w dyscyplinach technicznych. Jakim cudem opanowany przez partykularyzmy wydziałowe Senat miałby palcem kiwnąć w tym kierunku?

    Załóżmy też, że chcielibyśmy naśladować Hamerykę nie tylko w ustanowieniu jakiejś Rady Uczelni, ale i w przyjmowaniu studentów 1. roku na studia szersze niż wydziałowe; podobnie - że chcielibyśmy stworzyć studia doktoranckie integrujące badania w kilku dyscyplinach (w tej chwili studia doktoranckie nawet jeśli są formalne przypisane do wydziałów, to faktycznie funkcjonują na poziomie instytutów, sa więc tworami bardzo rachitycznymi i ksobnymi). W obecnej strukturze wzajemnych wpływów i zależności jest to niewykonalne.

    Zmiana systemu zarządzania jest absolutnym kluczem do powodzenia jakiejkolwiek reformy. Jest ważniejsza nawet od od finansowania.

  • charioteer1 napisał(a) komentarz datowany na 2017/10/07 15:52:29:

    Poza tym, prosze uprzejmie zauwazyc, ze w projekcie ustawy ani razu nie pada slowo wydzial. Wszyscy, z kim rozmawiam, sa pelni optymizmu w zwiazku z tym, no bo przeciez mozemy sobie w statucie zapisac, ze uczelnia jest podzielona na wydzialy i wszystko bedzie jak dawniej. Byc moze, ale nie musi.

    Z punktu widzenia logiki i zapisow tej ustawy, podzial uczelni na wydzialy nie ma najmniejszego sensu i moze co najwyzej utrudniac zarzadzanie uczelnia. O wiele wiecej sensu mialoby podzielenie uczelni na szkoly doktorskie, po jednej na dyscypline. Podzial na inne jednostki mialby sens jedynie w przypadku uczelni bez praw do doktoryzowania. W przypadku duzych uczelni bedzie to oczywiscie oznaczalo odpowiednio laczenie lub podzial istniejacych wydzialow. Aha, tylko nie mamy jeszcze listy dyscyplin, a kazdy nowy minister moze te dyscypliny troche inaczej podzielic, wiec bedziemy te szkoly doktorskie potem laczyc, albo moze dzielic.

  • trzy.14 napisał(a) komentarz datowany na 2017/10/07 16:10:27:

    Wyjaśnienie - ja w calę nie twierdzę, że pomysły Gowina z odebraniem Wydziałom np. prawa do doktoryzowania są dobre. Wybór Rady uczelni przez Senat to typowy kult cargo (skoro w USA mają Rady Regentów etc., to jak my sobie takie rady zrobimy, to na pewno będzie lepiej).

    Ja tylko widzę, że obecny model rad pracowniczych jest całkowicie dysfunkcjonalny. Każdy każdemu patrzy na ręce, każdy każdego kontroluje, więc istnieje silna pokusa, by po prostu nie robić nic. Jest to tm łatwiejsze, że w obecnym systemie odpowiedzialność za wiele ważnych decyzji rozmywa się "w kolektywie" i jego tajnym głosowaniu.

    Klasyka to wybory władz. Wybory rektora to zwykły handel. Wydziały -poprzez dziekanów - umawiają się z kandydatami, jaka będzie ich polityka względem tych konkretnych wydziałów i w zależności od tego głosują. Elektorzy są więc tylko parawanem, w rzeczywistości co najmniej 90% głosów oddawanych jest blokami wydziałowymi, niczym w systemie partyjnym. W tym systemie 20% głosów należących do studentów przechwytuje KILKU cwaniaków-aktywistów młodzieżowych. Ja bym sobie życzył usunięcia w pierwszej kolejności własnie tych elektorów studenckich. Normalni studenci wybory władz mają w ..., u mnie na wydziale zdarzało się, że nie było samorządu studenckiego, bo nikt nie był zainteresowany.

    Wybory lokalne, dziekanów czy dyrektorów instytutów, to subtelna gra interesów mniejszych jednostek: instytutów (tam gdzie są), katedr, zakładów i stojącej za nimi kadry. Znowu naczelną zasadą jest partykularyzm. Efekt jest taki, że wybory z reguły wygrywa ten, kto obieca kontynuację.

    Ja naprawdę nie jestem rewolucjonistą. Tylko chciałbym pracować z sensem. Chciałbym mieć władze, które wyznaczą jakieś cele inne niż dotrwanie do końca kadencji. ICH kadencji.

  • trzy.14 napisał(a) komentarz datowany na 2017/10/07 16:13:07:

    chario,
    w USA też w ustawie nie pada słowo. Wydział. Bo nie ma ustawy... Tak, to zły przykład, bo funkcjonujemy w innej rzeczywistości prawnej i obyczajowej, niemniej nie widzę powodu, by wydziały były umocowane ustawowo.

  • zitterbewegung napisał(a) komentarz datowany na 2017/10/07 16:21:35:

    Co się stanie przy połączeniu z pustymi aulami, po jednej albo i dwie na każdy wydział :) Niektóre budynki stracą rację bytu, może będzie można w nich otworzyć instytuty badawcze za pieniądze ochoczo wyłożone przez prezesa Filipiaka jak tylko zobaczy, że wreszcie zmienił się model zarządzania :)

    Nie po to się towarzystwo, przez komunę zupełnie sensownie umieszczone w jednej ławce, rozsiadło do budynków oddzielonych fosą.

  • halucinski napisał(a) komentarz datowany na 2017/10/07 16:22:45:

    @Pi:

    > Jeżeli całe władze będą wybierali nauczyciele akademiccy, a finansować to będzie
    > budżet państwa, to nigdy nie skończymy reform i zawsze się będziemy dziwić,
    > dlaczego mimo tylu wysiłków to wszystko nie działa.

    > Zmiana systemu zarządzania jest absolutnym kluczem do powodzenia
    > jakiejkolwiek reformy. Jest ważniejsza nawet od od finansowania.

    Zgadzam się z drugim wnioskiem. Uważam jednak, że zmiana systemu władzy na uczelniach musi zostać wymuszona przez sensowne przepisy powszechnie obowiązującego prawa, czyli z zewnątrz, bo środowisko naukowe dowodnie pokazało, że nie jest zdolne do przeprowadzenia tej reformy od wewnątrz. Ta zmiana systemu władzy ma się jednak nijak do udziału pracowników nieakademickich w wybieraniu władz uczelnianych. Jako osoby pełniące służebną rolę wobec nauki i dydaktyki na uczelniach, pracownicy nieakademiccy nie powinni mieć prawa wybierania władz uczelni.

  • halucinski napisał(a) komentarz datowany na 2017/10/07 16:25:16:

    @Pi:

    > Nie wiem jak ci z GG, ale administracja wydziałowa w zdecydowanej większości
    > ociera się o rozporządzenie o wynagrodzeniu minimalnym.

    Podobnie jak asystenci, wykładowcy i lektorzy, którzy stanowią największą grupę wśród pracowników naukowo-dydaktycznych, naukowych i dydaktycznych.

  • halucinski napisał(a) komentarz datowany na 2017/10/07 16:29:37:

    @Pi:

    > Elektorzy są więc tylko parawanem, w rzeczywistości co najmniej 90% głosów
    > oddawanych jest blokami wydziałowymi, niczym w systemie partyjnym. W tym
    > systemie 20% głosów należących do studentów przechwytuje KILKU cwaniaków-
    > aktywistów młodzieżowych. Ja bym sobie życzył usunięcia w pierwszej kolejności
    > własnie tych elektorów studenckich.

    To może należałoby zrezygnować z elektorów, czyli przekształcić wybory pośrednie w bezpośrednie? Ja od dawna jestem takiego zdania.

  • js.c napisał(a) komentarz datowany na 2017/10/07 16:33:28:

    @trzy.14
    Nie mam przekonania co do tego, aby centralizacja zarządzania była panaceum na niedowład naszego systemu. Obecnie rektor, władając etatami i inwestycjami, ma naprawdę wielką władzę. Ale zazwyczaj nie za bardzo wie, do czego i po co ją użyć (poza umacnianiem się, trwaniem i takimi tam). Problem widzę raczej w bodźcach finansowych, które powinny wymuszać sensowne działania (a nie wymuszają). Zawsze będzie dla mnie argumentem (chyba nie do obalenia) przekształcenie się w kilka lat nieruchawego uniwersytetu PRL-humboldtowskiego w maszynkę do wyciskania pieniędzy z dydaktyki. Jakoś nie trzeba było zmieniać struktur. Profesura "dała radę", bo bodźce były jasne i wystarczająco zachęcające.

    Obecnie nie jest dobrze. Nowy algorytm założył pętlę na szyję większości średnich i małych uczelni, zatem przypuszczam, że kto przeżyje te reformy (czyli kto ma w miarę sensownego rektora) - wyjdzie wzmocniony i jakieś pozytywne zmiany tu nastąpią (niezależnie od ustawy). Natomiast wielkie uczelnie dostały wielką kasę za nic (+5% i to raczej z gwarancją na parę lat, a nie pamiętam, aby takie wzrosty wcześniej w ogóle występowały, chyba, że była akcja podwyżek), zatem tu jest zero motywacji do zmian. Nowa ustawa obiecuje jeszcze więcej "na piękne oczy" (czyli za ładny wniosek/projekt). Obawiam się, że będą to pieniądze wyrzucone w błoto. Brak konkurencyjności jest idealną drogą do stagnacji.


  • pan.toranaga napisał(a) komentarz datowany na 2017/10/07 16:35:18:

    @Trzy.14
    skoro mnie Pan pyta odpowiem: nie mam pojęcia na mocy czego obecna ustawa miałaby być zagrożeniem wyłącznie dla humanistyki. Albo jest zagrożeniem dla nauki in extenso, albo vice versa. Ja zresztą - jak wiadomo - bardzo nie lubię traktowania humanistyki czy w ogóle społ-humów jako dziecka specjalnej troski.
    Jeżeli dobrze odczytuję rozumowanie mgra Temkina, to on się obawia, że jak w radzie uniwersytetu zasiądzie lokalny poseł z dyrektorem elektrociepłowni i prezesem mleczarni, to ci panowie dojdą szybko do wniosku, że etnografów należy pogonić, a ich etaty dać na wydział inżynierii cieplnej tudzież technologii żywności. Nawet mi się tego nie chce komentować. Jakie mogłyby być inne zagrożenia, które równocześnie stwarzałyby fory przyrodoznawcom?

  • pan.toranaga napisał(a) komentarz datowany na 2017/10/07 16:41:29:

    Ad ruchy Browna
    Obawiam się, że trudno mieć dalekosiężną wizję jeżeli zaraz za zakrętem czai się ustawa 2.1., a w ciągu kolejnych 7 lat 3.0. Paleontologia poucza, że ewolucja nie potrafi przewidywać przyszłych warunków środowiskowych. Organizm dostosowuje się do obecnych, a jak się gwałtownie zmienią to nagle perfekcyjnie działający organizm staje się kulą u nogi.

  • charioteer1 napisał(a) komentarz datowany na 2017/10/07 16:44:52:

    @3.14
    Zastapienie jednego dysfunkcjonalnego modelu drugim dysfunkcjonalnym modelem nie jest dobrym pomyslem. Zgadzam sie zupelnie, ze obecny model jest dysfunkcjonalny. W obecnym modelu dziekan/dyrektor instytutu powoluje kierownikow zakladow/katedr, powolani przez niego kierownicy wybieraja dziekana na druga kadencje. Rozbicie tych struktur moze przyniesc pewne korzysci, natomiast ewidentnym zagrozeniem dla powodzenia tej reformy jest oddanie uczelni w niepodzielna wladze wzajemnie wspierajacym sie grupom interesow na poziomie administracji centralnej. Przy takiej centralizacji zarzadzania zaden reprezentant zbuntowanej wiekszosci nie bedzie mial zadnych szans, zadna oddolna inicjatywa nigdzie sie nie przebije.

  • charioteer1 napisał(a) komentarz datowany na 2017/10/07 16:52:44:

    @toranaga
    Rada uczelni moze uznac, ze humanisci nie sa lokalnie potrzebni i juz, a poza tym przynosza uczelni duzo pieniedzy, ktore mozna wydac na wspieranie deficytowych wydzialow.

    Poza tym, na wszystkich duzych uczelniach humanisci obecnie maja coraz wiecej do powiedzenia. Ustawa moze wymusic laczenie wydzialow humanistycznych, co w konsekwencji zmniejszy udzial proporcjonalny humanistow w senacie. Tak bedzie, jezeli uczelnie zdecyduja sie zachowac obecne ordynacje wyborcze, tj. kazdy wydzial/szkola doktorska wybiera okreslona liczbe senatorow sposrod wlasnego grona.

  • halucinski napisał(a) komentarz datowany na 2017/10/07 17:09:52:

    @Charioteer1:

    > W obecnym modelu dziekan/dyrektor instytutu powoluje kierownikow
    > zakladow/katedr, powolani przez niego kierownicy wybieraja dziekana na druga
    > kadencje.

    No właśnie: czy na uczelni wyższej muszą istnieć katedry w takiej postaci, jak dzisiaj? Obecnie kierownik katedry (przynajmniej na uczelni medycznej) jest bezpośrednim przełożonym wszystkich pracowników katedry: wnioskuje o ich awanse lub zwolnienia, wnioskuje o nagrody i kary dla nich, decyduje, jakie zajęcia który z nich będzie prowadził, rozdziela środki statutowe na konferencje i inne wyjazdy podwładnych itd. To realna władza, pozwalająca mu zarówno promować, jak pogrążać swoich podwładnych. Nie wiem, jak jest na uczelniach u Państwa, ale na uczelniach medycznych większość samodzielnych pracowników naukowych robi wszystko, by zostać kierownikami. Jeżeli nie mogą zostać kierownikami katedr, dążą do wyodrębnienia zakładów, których status jest w praktyce równy statusowi katedr.

    Czemu nie ograniczyć władztwa kierowników katedr do zarządzania majątkiem trwałym katedr, a pozostałe uprawnienia przenieść wyżej i dać je np. radom wydziałów, których skład odzwierciedlałby proporcje samodzielnych i niesamodzielnych pracowników naukowych wydziału?

  • trzy.14 napisał(a) komentarz datowany na 2017/10/07 17:18:34:

    pan.toranaga,
    Jakie zagrożenia? Ta dyskusja mi uświadomiła, że np. likwidacja mojego wydziału, co uczeni wprawieni w piśmie odczytują z brudnych liszajów na ścianie co najmniej od 10 lat, byłaby znacznie prostsza.

    @all,
    W ustawie z 1933 roku isip.sejm.gov.pl/Download?id=WDU19330290247+1947%2410%2430&type=2 wydziały są, dziekan jest, są zakłady i nawet katedra (raczej jako funkcja niż jednostka organizacyjna).
    Tyle że wymienia się z nazwy dokładnie 13 uczelni akademickich; ponadto skądinąd wiadomo, że liczba maturzystów w 1937 roku wyniosła ok. 13 tysięcy, a więc po tysiąc na uczelnię akademicką (!). Studia mogły być i były płatne. Łatwo też sprawdzić, że nauczyciele akademiccy zarabiali wówczas jak na współczesne standardy prawdziwe krocie, a i tak kraj wydawał na tzw R&D znacznie mniej niż obecnie. Ustawa z 1933 roku oddawała dużo ważnych prerogatyw ministrowi, choćby dlatego, że w Polsce mieszkały liczne mniejszości niezbyt silnie identyfikujące się z młodym państwem. Innymi słowy, to był inny świat. Ustawę tamtą czyta się z przyjemnością - jest krótka i napisana zrozumiałym językiem ("wszelkie wątpliwości rozstrzyga minister" :-) ) .

  • halucinski napisał(a) komentarz datowany na 2017/10/07 17:22:27:

    @Pan.toranaga:

    > nie mam pojęcia na mocy czego obecna ustawa miałaby być zagrożeniem
    > wyłącznie dla humanistyki.

    Ja także nie widzę tego zagrożenia, przynajmniej na uniwersytetach. Moim zdaniem takim bezpiecznikiem jest definicja uniwersytetu w art. 17 ust. 3 projektu Gowina:
    Wyraz "uniwersytet" jest zastrzeżony dla nazwy uczelni akademickiej posiadającej kategorię naukową A+, A albo B+ w co najmniej 3 dziedzinach nauki lub sztuki (...) i w co najmniej 6 dyscyplinach naukowych lub artystycznych (...).

    Trudno byłoby uniwersytetowi, który pozbyłby się większości humanistów, utrzymać rangę uniwersytetu, czyli nie utracić kategorii naukowych A+, A albo B+ w minimalnej liczbie dziedzin i dyscyplin i nie stać się akademią.

  • charioteer1 napisał(a) komentarz datowany na 2017/10/07 17:25:40:

    @halucinski
    Przede wszystkim, jak ja to widze, w obecnej formie zaklady i katedry sa strukturami przestarzalymi. To sa w wiekszosci sztuczne, administracyjne twory. Jaki sens ma zaklad, w ktorym jest czterech samodzielnych, jeden wykladowca i kilkoro doktorantow? U nas na wydziale sa sytuacje takie, ze osoby zajmujace sie taka sama, albo bardzo podobna tematyka badawcza, sa rozproszone w 3-4 roznych zakladach. Takie zaklady nie spelniaja absolutnie zadnych funkcji poza mozliwoscia powolania kogos na stanowisko kierownicze.

  • halucinski napisał(a) komentarz datowany na 2017/10/07 17:29:38:

    @Pi:

    > Ustawa z 1933 roku oddawała dużo ważnych prerogatyw ministrowi, choćby
    > dlatego, że w Polsce mieszkały liczne mniejszości niezbyt silnie identyfikujące się
    > z młodym państwem.

    Trzeba by spytać socjologów o twarde dane, ale odnoszę wrażenie, że dzisiejszy poziom identyfikowania się społeczeństwa z państwem jest niski, chociaż jesteśmy państwem dość jednolitym etnicznie.

    > Ustawę tamtą czyta się z przyjemnością - jest krótka i napisana zrozumiałym językiem

    Poziom legislacji w okresie międzywojennym i krótko po wojnie był znacznie wyższy niż dzisiaj.

  • halucinski napisał(a) komentarz datowany na 2017/10/07 17:36:13:

    @Charioteer1:

    > Takie zaklady nie spelniaja absolutnie zadnych funkcji poza mozliwoscia powolania
    > kogos na stanowisko kierownicze.

    Dlatego uważam, że uprawnienia kierowników wobec pracujących na katedrach akademików powinny być przekazane wyżej, a ich funkcja winna sprowadzać się do zarządzania majątkiem trwałym. Oczywiście można by pójść dalej i zmniejszyć liczbę katedr i zakładów. Czy dałoby się zlikwidować w ogóle katedry i zakłady? Nie wiem, jestem sceptyczny wobec takiej propozycji, bo trudno mi sobie wyobrazić, aby jedna osoba, tj. dziekan, była odpowiedzialna za majątek trwały całego wydziału, ale może po prostu nie potrafię wyjść z kolein utartego sposobu zapatrywania się na strukturę uczelni -- tego nie wykluczam.

  • trzy.14 napisał(a) komentarz datowany na 2017/10/07 17:44:39:

    halucinski,
    Osobą odpowiedzialna za cały majątek pańskiego wydziału jest właśnie dziekan. On mógł scedować część pracy związanej z zarządzaniem tym majątkiem na kierowników zakładów (u nas *nie ma tego zwyczaju*), ale w razie czego to on odpowiada służbowo i finansowo, a nie kierownik zakładu.

  • halucinski napisał(a) komentarz datowany na 2017/10/07 17:48:23:

    @Pi:

    > W ustawie z 1933 roku wydziały są, dziekan jest, są zakłady i nawet katedra (raczej jako funkcja niż jednostka organizacyjna).

    W ramach ciekawostki proszę zwrócić uwagę na art. 15 ust. 2 tej ustawy. Razem z art. 138 międzywojennego k.p.k. stanowił podstawę zasięgania opinii rad wydziałów lekarskich w sprawach o błędy medyczne.

  • halucinski napisał(a) komentarz datowany na 2017/10/07 17:49:56:

    @Pi:

    > Osobą odpowiedzialna za cały majątek pańskiego wydziału jest właśnie dziekan.
    > On mógł scedować część pracy związanej z zarządzaniem tym majątkiem na
    > kierowników zakładów (u nas *nie ma tego zwyczaju*), ale w razie czego to on
    > odpowiada służbowo i finansowo, a nie kierownik zakładu.

    A widzi Pan, to dla mnie nowość. Na uczelniach medycznych standardem jest, że to kierownik katedry odpowiada za ten majątek.

  • charioteer1 napisał(a) komentarz datowany na 2017/10/07 19:29:04:

    Jeszcze jeden czarny scenariusz dotyczacy implementacji ustawy 2.0. Z punktu widzenia racjonalizacji struktury uczelni nie ma sensu podzial na wydzialy. Organizacyjnie najbardziej optymalny bylby podzial uczelni na szkoly doktorskie. Jednak uczelnie maja tu pelna dowolnosc i moga zachowac strukture wydzialowa. Nowa struktura uczelni zostanie okreslona w nowym statucie, ktory przyjmie senat obecnej kadencji. Biorac pod uwage sklad senatu swojej uczelni, szanse na przyjecie ktorejkolwiek z tych opcji oceniam w tej chwili pi razy oko pol na pol. Niektorzy na takiej opcji by skorzystali, poniewaz wreszcie udaloby sie im wybic na niepodleglosc, inni by stracili, poniewaz musieliby sie polaczyc z innymi wydzialami.

    Co bedzie w praktyce oznaczalo utworzenie szkol doktorskich przy zachowaniu dotychczasowej struktury wydzialowej? Ano najprawdopodobniej tyle, ze pozostalyby na uczelni rady wydzialow jako organ kompletnie bez znaczenia i wplywu na cokolwiek, a oprocz tego powstalaby rada szkoly doktorskiej, do ktorej wydzialy delegowalyby swoich przedstawicieli. Czyli w tym ukladzie powstanie szkola doktorska jako uczelniana superstruktura z wlasnym regulaminem i moca decyzyjna, a szeregowy profesor na uczelni zostanie pozbawiony jakiegokolwiek wplywu na to, kogo sie przyjmuje na studia doktoranckie, jak sie tych doktorantow ksztalci i bez prawa glosu we wszelkich sprawach zwiazanych z nadawaniem stopni.

  • pan.toranaga napisał(a) komentarz datowany na 2017/10/07 19:50:05:

    @charioteer1
    Jest dokładnie jak mówi Trzy - likwidacja fizyki może być równie racjonalna jak likwidacja historii, albo i bardziej. Ale już kiedyś omawialiśmy rektora jednej z mniejszych uczelni, który ubolewał nad brakiem uzasadnienia dla trzymania fizyki u nich, po czym zakończył retorycznym "Ale czy może być uniwersytet bez fizyki?"
    A jeśli chodzi o dojenie dochodowych wydziałów - wg. Podwórkowego to już się odbywa pod rządami ustawy 1.0. Zresztą wymiona wyschły - tłumy zaocznych studentów zniknęły.

  • h_hornblower napisał(a) komentarz datowany na 2017/10/07 20:11:30:

    Dziwi mnie skąd pomysł, by "administracja" nie uczestniczyła w wyborach rektora. Przecież ci ludzie współtworzą uczelnię. U mnie zresztą ich reprezentacja elektorska nie ma (jak się wydaje) większego znaczenia dla wyników wyborów - bo przekupuje się studentów, a raczej TAK ZWANE samorządy studenckie (a wiemy, że jedno jest podobne do drugiego jak dzień do nocy), bo kto ich ma, ten wygrywa wybory. Tę patologię bym wyciął. Będę niepoprawny politycznie, ale do zera.

    @pan.toranaga

    >Obawiam się, że trudno mieć dalekosiężną wizję jeżeli zaraz za zakrętem czai się >ustawa 2.1., a w ciągu kolejnych 7 lat 3.0. Paleontologia poucza, że ewolucja nie >potrafi przewidywać przyszłych warunków środowiskowych. Organizm >dostosowuje się do obecnych, a jak się gwałtownie zmienią to nagle perfekcyjnie >działający organizm staje się kulą u nogi.

    Ładnie sformułowane. Też tak czuję.

  • staryzgred2012 napisał(a) komentarz datowany na 2017/10/07 20:39:02:

    @zitterbewegung
    > Nie wiem w jaki sposób techniczni i administracyjni rządzą.

    W bardzo prosty sposób:
    a) są elementem decyzyjnym, bez którego poparcia nikt nie zostanie rektorem ani senatorem,
    b) faktycznie wydają lokalne zarządzenia (choć formalnie podpisuje rektor), które obowiązują nauczycieli akademickich bez możliwości jakiejkolwiek dyskusji, natomiast nauczyciele w stosunku do administracji takich mocy nie mają,
    c) rozliczają nauczycieli akademickich, natomiast nauczyciele nie rozliczają administracji,
    d) administracja nieustannie się rozrasta przy ciągłym spychaniu coraz bardziej trywialnych obowiązków ewidencyjnych na nauczycieli akademickich.

    I te cztery punkty dobitnie pokazują dominację administracji. W ustawie Gowina ta dominacja przechodzi w hegemonię.

  • staryzgred2012 napisał(a) komentarz datowany na 2017/10/07 21:13:44:

    @trzy.14
    > Klasyka to wybory władz. Wybory rektora to zwykły handel. Wydziały -poprzez
    > dziekanów - umawiają się z kandydatami, jaka będzie ich polityka względem tych
    > konkretnych wydziałów i w zależności od tego głosują.


    Ale o co Ty się oburzasz? Przecież właśnie to, równoważenie interesów, jest kwintesencją polityki. NIGDZIE nie jest istnieje merytokracja. To jest taki sam mityczny Yeti, jak "wolny rynek". Wszyscy go wszystkim zachwalają, ale starannie u siebie nie wdrażają. Każda merytokracja będzie istniała tylko przez niemierzalną chwilę, po czym nieuchronnie stoczy się w absolutną satrapię. Dlaczego? Bo władza absolutna (niekontrolowana przez nikogo), demoralizuje w sposób absolutny!

  • staryzgred2012 napisał(a) komentarz datowany na 2017/10/07 21:17:16:

    @trzy.14
    > Ja bym sobie życzył usunięcia w pierwszej kolejności własnie tych
    > elektorów studenckich


    Obecnie - tak. Reprezentacja studencka miała sens, gdy pobyt studentów na uczelni (co najmniej 5 lat) był dłuższy niż kadencje władz (3 lata). Obecnie, gdy jest na odwrót - student 3,5 roku, a władze 4 lata, to taka reprezentacja nie ma sensu, bo przy następnych wyborach nikt z tych efemeryd nie będzie pamiętał, co kandydaci obiecali ich poprzednikom.

  • staryzgred2012 napisał(a) komentarz datowany na 2017/10/07 21:26:49:

    @halucinski
    > Czemu nie ograniczyć władztwa kierowników katedr do zarządzania majątkiem
    > trwałym katedr, a pozostałe uprawnienia przenieść wyżej i dać je np. radom
    > wydziałów


    Bo to oznacza, że "kierownik katedry" staje się synonimem pracownika ewidencji środków trwałych. Kierownik katedry po to ma uprawnienia, że ponosi jednak jednoosobową odpowiedzialność za to, co dzieje się w katedrze. Jak będzie bardzo źle, to kierownikiem przestaje być. Przeniesienie uprawnień decyzyjnych na poziom rad wydziałów oznacza kompletną przypadkowość sterowaną co najwyżej przez GTW cienia i całkowity brak jakiejkolwiek odpowiedzialności.

  • halucinski napisał(a) komentarz datowany na 2017/10/07 21:48:13:

    @H_hornblower:

    > Dziwi mnie skąd pomysł, by "administracja" nie uczestniczyła w wyborach rektora.
    > Przecież ci ludzie współtworzą uczelnię.

    Moim zdaniem to, że ktoś pracuje na uczelni, nie oznacza, że ją współtworzy. Uczelnia to dydaktyka i nauka: w tej pierwszej uczestniczą akademicy, doktoranci i studenci, w tej drugiej akademicy i doktoranci (oraz co ambitniejsi studenci). Pracownicy nieakademiccy zapewniają obsługę administracyjną i techniczną akademikom, doktorantom i studentom, aby ci mogli zajmować zajmować się nauką i dydaktyką. Taki jest cel ich zatrudniania.

    Na zasadzie analogii: mało który pacjent powie, że szpital tworzą księgowi, kadrowcy, hydraulicy, elektrycy, woźni, sprzątaczki itd. Owszem, pracują w nim, są potrzebni, ale trudno powiedzieć, że go współtworzą. Bez wahania powie się natomiast, że szpital tworzy personel medyczny, np. lekarze, pielęgniarki, ratownicy medyczni, fizjoterapeuci.

    Prawie przez 10 lat pracowałem jako pracownik techniczny. Mnie i inne osoby na równorzędnych stanowiskach interesowało przede wszystkim, żeby przyjść codziennie na rano, zrobić rzetelnie to, co mi każą przełożeni, wyjść punktualnie i co miesiąc dostać za to wynagrodzenie. Uczelnia po godzinach pracy mnie nie zajmowała. Teraz, będąc akademikiem, interesuje mnie więcej, np. jak uporządkować i opisać księgozbiór katedry, żeby wszyscy mogli z niego efektywnie korzystać w pracy naukowej, jak skatalogować wydane przez katedrę w ostatnich kilku latach ekspertyzy, żeby można było bez większego wysiłku wynajdywać je według określonych kluczy w celu włączenia do badań.

  • halucinski napisał(a) komentarz datowany na 2017/10/07 21:49:25:

    @Staryzgred2012:

    > I te cztery punkty dobitnie pokazują dominację administracji.

    Podpisuję pod tymi czterema punktami wszystkimi swoimi kończynami.

  • halucinski napisał(a) komentarz datowany na 2017/10/07 22:03:29:

    @Staryzgred2012:

    > Obecnie - tak. Reprezentacja studencka miała sens, gdy pobyt studentów na
    > uczelni (co najmniej 5 lat) był dłuższy niż kadencje władz (3 lata). Obecnie, gdy jest
    > na odwrót - student 3,5 roku, a władze 4 lata, to taka reprezentacja nie ma sensu,
    > bo przy następnych wyborach nikt z tych efemeryd nie będzie pamiętał, co
    > kandydaci obiecali ich poprzednikom.

    Tu zaznacza się nietypowość, i przez to odrębność, wydziałów lekarskich: studia trwają 6 lat, czyli 2 kadencje. Przyznam jednak szczerze, że nie interesowałem się tym, jak działa samorząd studencki na mojej uczelni. Wiem tylko, że wydziałowe zarządy samorządu studenckiego mają u nas uprawnienie do zatwierdzania planów studiów na poszczególnych kierunkach. Co prawda rozporządzenie w sprawie standardów nauczania na kierunku lekarskim (i innych kierunkach medycznych) określa przedmioty, które muszą być zrealizowane w toku studiów lekarskich, ale szczegółowe rozplanowanie tego, wraz z podziałem godzin na poszczególne przedmioty, pozostawiono w gestii uczelni medycznych. Władze dziekańskie muszą u nas uzgadniać te plany z samorządem studenckim. Nie potrafię jednak powiedzieć, czy wymóg tych uzgodnień jest traktowany czysto formalnie, czy też samorząd studentów egzekwuje swe uprawnienia.

    Drugie uprawnienie każdego wydziałowego zarządu samorządu studenckiego jest takie, że opiniuje on kandydatury na prodziekanów ds. studenckich. Osoba zaopiniowania negatywnie nie może objąć tego stanowiska. I tu uwaga: wiem, że studenci uwalali kandydatury niektórych akademików.

  • halucinski napisał(a) komentarz datowany na 2017/10/07 22:24:08:

    @Staryzgred2012:

    > Bo to oznacza, że "kierownik katedry" staje się synonimem pracownika ewidencji
    > środków trwałych. Kierownik katedry po to ma uprawnienia, że ponosi jednak
    > jednoosobową odpowiedzialność za to, co dzieje się w katedrze. Jak będzie bardzo
    > źle, to kierownikiem przestaje być.

    Spośród uprawnień kierownika katedry, które wymieniłem, większość odnosi się do podległych mu akademików. Moim zdaniem są one zbędne. Każdego akademika i tak rozlicza się podczas oceny okresowej, na którą składają się: ocena przez studentów, liczba i rodzaj publikacji, udział w badaniach naukowych, praca organizacyjna na rzecz uczelni itd. Rozliczenia dokonuje komisja wydziałowa. Uważam, że w polskich realiach, gdzie istnieją układy i układziki, pozostawianie tych uprawnień kierownikom katedr jest niewłaściwe, bo czyni z nich władców życia i śmierci zawodowej akademika.

    Inna sprawa jest taka, i pragnę to mocno podkreślić, że na uczelniach medycznych w większości katedr panuje wysoce rozwinięty feudalizm, więc mogę być skrzywiony w swoich poglądach na uprawnienia kierowników. Klasycznym przykładem tego feudalizmu jest wymóg przedstawiania kierownikowi (tak jest w ogromnej większości katedr) do zatwierdzenia artykułu, który chce się wysłać do publikacji. I teraz clou: w większości przypadków nie dostanie się zgody na wysłanie pracy do czasopisma, gdzie przecież i tak będzie recenzowana, jeżeli nie dopisze się kierownika katedry do grona autorów, choćby nie miał żadnego wkładu intelektualnego w powstanie artykułu. Stąd się potem biorą się tacy profesorowie nauk medycznych, nieraz zresztą skądinąd uznani specjaliści w swych dziedzinach, którzy mają 1-2 tys. publikacji na koncie. Akademicy, którzy nie godzą się na dopisywanie kierowników, nie wysyłają prac, nie mają publikacji, nie przechodzą oceny okresowej i żegnają się z uczelniami.

  • trzy.14 napisał(a) komentarz datowany na 2017/10/07 22:31:46:

    chario,
    Ja sobie szkołe doktorską wyobrażam jednak inaczej. Jako
    (a) jednostkę administracyjną pełniąca role dziekanatu studiów III stopnia, pilnującą ECTS-ów, zaliczeń etc.
    (b) jednoskę dostatecznie dużą, by móc samodzielnie wystepować o środki konkursowe unijne, krajowe i tym podobne, na potrzeby kształcenia doktorantów
    (c) jednostkę organizaującą wspólne dla kilku specjaności/dyscyplin seminarium naukowe (to może być 1 rok w tych 4 przewidzianych na doktorat, ale ja bym z ciekawością pomieszał matematyków, informatyków, chemików, fizyków, biologów, geologów, astronomów - być może nie w jednym , ale może w 2-3 workach i zobaczył, co z tego wyjdzie. Dziś doktoranci kiszą się we własnym sosie, a kiszonki jak wiadomo po pewnym czasie zaczynają cuchnąć zgnilizną).
    (d) jednostkę organizującą wspólne dla wszystkich zajęcia typu "metodyka nauczania dorosłych" czy "warsztat naukowca"
    (e) centralny hub, do którego wydziały zgłaszają propozycje wykładów lub innych zajęć dla doktorantów, a który następnie układałby z tych propozycji wspólną ofertę zajęć dydaktycznych.
    (f) jednostkę dostatecznie dużą, by być partnerem dla urzędów (np. urzędu wojewódzkiego) czy pracodawców

    Tak rozumiana szkoła doktorska pełniłaby funkcje usługowe wobec wydziałów naukowych i troszkę ze wzajemnością.

    Jednak naiwnością wydaje się wiara, że samo rozszerzenie szkół doktorskich na kilka dyscyplin skłoni kogokolwiek do badań interdyscyplinarnych; no i w praktyce będzie zapewne tak, że szkoły doktorskie przejmą funkcje dziekanatu, a cała reszta pozostanie na wydziałach.

  • trzy.14 napisał(a) komentarz datowany na 2017/10/07 22:40:31:

    haluciński,
    Sam Pan napisałeś ładne wyjaśnienie, dlaczego każdy medyk chce mieć swój zakład! Ja też bym chciał mieć stado jeleni, którzy by na mnie pracowali.

    U nas zakład to jednostka, której istnienie raz w roku ułatwia wydziałowi uporanie się ze sprawozdawczością. Ponadto kierownik może dostać ze 3 stówki dodatku za nic i punkt do wpisania w CV. Ten kierownik powinien organizować seminaria naukowe, ale jeżeli w zakładzie są, powiedzmy, 4 osoby, to jak często one mogą się spotykać na własnych seminariach naukowych?

    A jeśli u was w zakładzie oprócz kierownika jest jeszcze ktoś habilitowany, czyli formalnie samodzielny naukowo - to on też musi prosić kierownika o zgodę, a przy okazji dopisać go do artykułu?

  • staryzgred2012 napisał(a) komentarz datowany na 2017/10/07 22:40:43:

    @halucinski
    > Spośród uprawnień kierownika katedry, które wymieniłem, większość odnosi
    > się do podległych mu akademików. Moim zdaniem są one zbędne.


    Być może w uczelniach medycznych dominuje praca indywidualna. W moim otoczeniu, technicznym, standardem jest praca zespołowa, która musi być koordynowana i nadzorowana, bo różne osoby mają odrębne kompetencje i dopiero jako całość tworzą sprawnie działający zespół. Stąd postulowane przez Pana całkowite rozdrobnienie spowodowałoby kompletną zapaść i dezorganizację. Dokładnie to samo nastąpi po wdrożeniu monotematycznych gett dyscyplinarnych pod dyktando ministerialnego "złotego cielca", czyli klasyfikacji OECD.

  • staryzgred2012 napisał(a) komentarz datowany na 2017/10/07 22:50:38:

    @halucinski
    > Klasycznym przykładem tego feudalizmu jest wymóg przedstawiania kierownikowi
    > (tak jest w ogromnej większości katedr) do zatwierdzenia artykułu, który chce się
    > wysłać do publikacji.


    Nie ma takiego wymogu formalnego. Jest to typowe zastraszenie poparte tradycją "bo zawsze tak było". Jeżeli ktoś pozwala się czołgać to jego biznes i wybór. Jeżeli raz pozwoli się zdeptać, to będą go od tej chwili deptać zawsze. Jeżeli się postawi, to parę guzów zarobi, ale groźba pozwu o mobbing ZAWSZE powoduje błyskawiczną reakcję wyższych szczebli mających przed oczami proces sądowy i potencjalną odpowiedzialność karną za brak nadzoru. Stawiałem się w swoim życiu sporo razy, wiele razy oberwałem, do groźby pozwu o mobbing nie musiałem się uciekać, natomiast po kilku przypadkach dostałem łatkę "trudnego i odgryzającego się". Odtąd miałem spokój, bo potencjalni dominatorzy, nie mogąc poddać mnie swojej hegemonii przyjęli strategię ignorowania mojego istnienia. Kopanie mnie, przy moich równie agresywnych kontrakcjach, wychodziło im zbyt drogo: ich konkurencja czekała tylko na ich potknięcia.

    > Akademicy, którzy nie godzą się na dopisywanie kierowników, nie wysyłają prac,
    > nie mają publikacji, nie przechodzą oceny okresowej i żegnają się z uczelniami.


    No to ci akademicy coś mają niesprawną logikę. Dlaczego? Bo skoro już wchodzą w konflikt nie godząc się na dopisanie kacyka, to dlaczego NIE WYSYŁAJĄ prac? Po wysłaniu prac samodzielnych, bez współautorstwa kacyka, mieliby przynajmniej publikację. Tak nie mają nic.

  • nobooks napisał(a) komentarz datowany na 2017/10/07 23:17:50:

    @haluciński
    Dołączam się do pytania zgreda (nie wychodząc z szoku): dlaczego po prostu nie wysyłają prac wprost?

  • charioteer1 napisał(a) komentarz datowany na 2017/10/07 23:34:01:

    3.14
    Tak rozumiana szkoła doktorska pełniłaby funkcje usługowe wobec wydziałów naukowych i troszkę ze wzajemnością.

    Jakich wydzialow? Co to jest wydzial i po co to komu?

    Ksztalcenie odbywa sie w dyscyplinach. Badania naukowe rowniez prowadzi sie w dyscyplinach. Ergo, wydzial to sobie moze co najwyzej prowadzic kierunek studiow.

    Stopnie naukowe nadaje senat, lub wskazana w statucie komisja senatu. Nie da sie do tej komisji wprowadzic calego wydzialu, ani wszystkich samodzielnych ze wszystkich wydzialow. Jezeli sie uprzec, to prawdopodobnie mozna by powolac tyle komisji senackich, ile jest dyscyplin, w ktorych uczelnia ma uprawnienia do nadawania stopni. Ergo, w najgorszym scenariuszu w nadawaniu stopni beda brac udzial tylko wyznaczeni/wybrani/wskazani przedstawiciele wydzialow, albo wrecz tylko i wylacznie wybrani w powszechnych wyborach czlonkowie senatu, po jednym na dyscypline, przy czym nawet nie ma tu wymogu, by wszystkie dyscypliny byly w komisji reprezentowane.

    Komisja senatu okresla zasady rekrutacji do szkoly doktorskiej, uchwala regulamin szkoly doktorskiej i zatwierdza program ksztalcenia w szkole doktorskiej po uzgodnieniu z samorzadem doktorantow. Jezeli samorzad doktorantow nie zgodzi sie na przyjecie regulaminu szkoly, wystarcza 2/3 statutowego skladu rady naukowej szkoly doktorskiej do przyjecia regulaminu lub 2/3 statutowego skladu senatu. Innych zapisow nt. rady naukowej w ustawie nie widze, jednak sam fakt istnienia rady naukowej szkoly doktorskiej wskazuje, ze szkola doktorska ma byc superjednostka, a nie dziekanatem obslugujacym wydzialy.

    Ta sama komisja senatu przeprowadza wszystkie czynnosci w przewodzie doktorskim, przejmujac dotychczasowe kompetencje rady wydzialu, czyli albo komisja senatu przeprowadza sama czynnosci, albo wyznacza specjalna komisje ds. przewodu doktorskiego. Ergo, jezeli w sklad komisji senatu wejdzie po jednej osobie na dyscypline, czlonek tej komisji bedzie mial w sprawach przewodow doktorskich wieksza wladze niz dziekan obecnie.

    Nie bedzie rozporzadzenia o przeprowadzaniu czynnosci w przewodach doktorskich. Wszystkie czynnosci okresli uchwala tejze komisji senatu, jak rowniez dodatkowe wymagania stawiane kandydatom do stopnia doktora, warunki dopuszczania do obrony, sposob powolywania i zmiany promotora, sposob powolywania recenzentow. Ergo, rada wydzialu w sprawie nadania stopnia doktora nie ma nic do powiedzenia.

    Ta sama komisja senatu okresli sposob szczegółowy tryb postępowania w sprawie nadania stopnia doktora habilitowanego, w szczególności sposob powolywania komisji habilitacyjnej. To wszystko, co ustawa ma do powiedzenia na temat roli "podmiotu habilitujacego", czyli moze, ewentualnie, jezeli tak postanowi komisja senatu, czlonkow komisji habilitacyjnej bedzie wyznaczac rada wydzialu, a moze i nie. Uchwale o nadaniu stopnia doktora habilitowanego podejmuje "podmiot habilitujacy", czyli senat, albo komisja senatu ds. szkoly doktorskiej i stopni naukowych.

    Kandydatow do instytucji przedstawicielskich wskazuje senat. To dotyczy rowniez kandydatow na czlonkow RDN - po trzech na dyscypline. Ergo, czlonek senatu ma znow wieksza wladze niz dziekan obecnie i nie ma obowiazku swojej decyzji z nikim konsultowac.

    Postepowania w sprawie nadania tytulu naukowego prowadzi RDN, dla uczelni zadnej roli w tym postepowaniu nie przewidziano.

  • trzy.14 napisał(a) komentarz datowany na 2017/10/07 23:34:16:

    Zgred,
    Oczywiście, że wymóg formalny istnieje. Moja uczelnia posiada prawo "pierwokupu", czyli opublikowania każdego mojego wyniku naukowego w dowolnie wybranym przez siebie miejscu. Prawo to przysługuje jej przez pół roku i zapewne wynika z legislacji wyższego stopnia. Jest to prawo martwe, nieegzekwowane, ale jest.

  • staryzgred2012 napisał(a) komentarz datowany na 2017/10/07 23:47:31:

    @trzy.14
    > Oczywiście, że wymóg formalny istnieje. Moja uczelnia posiada prawo
    > "pierwokupu", czyli opublikowania każdego mojego wyniku naukowego w dowolnie
    > wybranym przez siebie miejscu. Prawo to przysługuje jej przez pół roku i zapewne
    > wynika z legislacji wyższego stopnia. Jest to prawo martwe, nieegzekwowane, ale jest.


    Wyniku, nie artykułu, więc uczelnia musi sobie w takim przypadku ten artykuł sama napisać, czyimiś rękoma. Jeżeli prowadzisz dziennik prac (niektórzy wciąż coś takiego prowadzą), to wystarczy, że odczekasz pół roku od uzyskania wyniku i możesz publikować gdzie chcesz. Ludzie dają się w większości przypadków zastraszać i nie zadają podstawowego pytania i podstawowego żądania:
    a) jaka jest podstawa prawna uroszczenia,
    b) proszę te uroszczenie sformułować na piśmie i podpisać imiennie.
    Jak na razie, w moim przypadku, było to skuteczne zawsze.

  • charioteer1 napisał(a) komentarz datowany na 2017/10/07 23:47:36:

    PS. Nie wiem, czy to jest dostatecznie jasne z ponizszego streszczenia, ale przy takim dookresleniu procedur. z jakim mamy do czynienia w projekcie ustawy istnieja tak duze mozliwosci "schowania" wszystkiego, co dotyczy postepowan o nadanie stopnia, ze do momentu opublikowania recenzji na stronie uczelni nikt poza wtajemniczonymi nie bedzie o niczym wiedzial.

  • staryzgred2012 napisał(a) komentarz datowany na 2017/10/07 23:53:01:

    @charioteer1

    Oligarchia napisała ustawę dla oligarchii w interesie oligarchii. Gowin to tylko polityczna fasada nierozumiejąca do końca ani treści tej ustawy, ani skutków. Słuchałem w trakcie inauguracji roku akademickiego jego wystąpienia na żywo i był to typowy teatrzyk polityczny, gładka przemowa pozbawiona kompletnie istotnej treści. Ot, taka "mowa do chińskiego ludu przez zamknięty lufcik".

  • halucinski napisał(a) komentarz datowany na 2017/10/08 00:12:32:

    @Staryzgred2012 & nobooks:

    > Bo skoro już wchodzą w konflikt nie godząc się na dopisanie kacyka, to dlaczego
    > NIE WYSYŁAJĄ prac?

    > Dołączam się do pytania zgreda (nie wychodząc z szoku): dlaczego po prostu
    > nie wysyłają prac wprost?

    Cytuję (z pamięci) z "Gliny", jednego z niewielu moich ulubionych seriali: "Bo strach jest najlepszym sposobem trzymania za ryj". Boją się wysłać, bo kierownik jeszcze bardziej zasyfi im życie, niż dotąd, bo wystąpi z wnioskiem o karę dyscyplinarną, bo przestanie dopuszczać do zabiegów operacyjnych (to dotyczy połączonych katedr i klinik), bo ześle na amen do poradni przyklinicznej, praca w której jest gwoździem do trumny, jeżeli to jedyne miejsce kontaktu z pacjentem. Itepe, itede.

  • halucinski napisał(a) komentarz datowany na 2017/10/08 00:16:29:

    @Pi:

    > A jeśli u was w zakładzie oprócz kierownika jest jeszcze ktoś habilitowany,
    > czyli formalnie samodzielny naukowo - to on też musi prosić kierownika o zgodę,
    > a przy okazji dopisać go do artykułu?

    Z reguły tak, jeżeli artykuł był choć w nikłym stopniu napisany na podstawie materiału badawczego uzyskanego w katedrze lub klinice (np. analiza iluś tam historii chorób, tzw. case study, dane zebrane przez samego autora podczas zbierania wywiadu od pacjentów kliniki). Są oczywiście chlubne wyjątki, ale w większości jednostek panuje głęboko zakorzeniony feudalizm.

  • halucinski napisał(a) komentarz datowany na 2017/10/08 00:26:31:

    @Staryzgred2012:

    > Być może w uczelniach medycznych dominuje praca indywidualna. W moim
    > otoczeniu, technicznym, standardem jest praca zespołowa, która musi być
    > koordynowana i nadzorowana, bo różne osoby mają odrębne kompetencje
    > i dopiero jako całość tworzą sprawnie działający zespół.

    Nie, dziś i u nas przeważają prace zespołowe. Ale czemu tym koordynującym i nadzorującym musi być kierownik jednostki? Czy zespół akademików, który postanawia coś razem stworzyć (stworzyć, a nie udawać tworzenie), nie może wybrać takiej osoby spośród siebie, a jeśli uzna, że takiej osoby wśród nich nie ma, czy nie może zwrócić się do wybranej osoby spoza katedry? Czy z mocy prawa wewnętrznego uczelni tą osobą naprawdę musi być kierownik?

  • trzy.14 napisał(a) komentarz datowany na 2017/10/08 01:29:48:

    halucinski,

    Znam przypadki samodzielnie publikujących doktorantów, a nawet studentów, którzy sobie użyczali afiliacji jednostki bez niczyjej zgody czy choćby wiedzy. Z tym, że oni nie potrzebowali aparatury, odczynników etc. Samodzielność naukową w sensie swobody wyboru tematyki badawczej daje już doktorat i w sumie właśnie tej samodzielności od adiunktów się oczekuje. Dopisywania się przełożonych nie znam nawet z najczarniejszych snów.

  • h_hornblower napisał(a) komentarz datowany na 2017/10/08 09:47:53:

    @halucinski (o adminstracji uczelnianej)

    Dla mnie ci ludzie są (albo raczej powinni być) istotnym elementem organizacji pt. uczelnia. Oczywiście część ich usług można wyprowadzić na zewnątrz (wyoutsourcować), podobnie jak to się robi na wielu uczelniach choćby ze strażą akademicką czy sprzątaniem. Tutaj można iść nawet dalej - można wyoutsourcować dydaktykę, a badania naukowe robić w Indiach albo z czasem w Korei Północnej.

    Pozbawienie "administracji", czyli znacznej części ludzi zatrudnionych na uczelni jakiegokolwiek na nią wpływu (choćby i iluzorycznego - bo jaki to w końcu wpływ wybieranie elektorów?) będzie moim zdaniem co najmniej :

    1) pogłębiać wyraźny już podział między "Nami-Naukowcami-Uniwersytetem" (koniecznie dużą literą) i "tą-administracją-która" (koniecznie małą);

    2) frustrować lub nawet demoralizować co bardziej świadome Koleżanki i Kolegów (bo ja tak to widzę) pracujących w administracji, a w efekcie powodować ich odpływ z uczelni i zastępowanie przez (pardon my French) biurwy z krwi i kości.

    Analogia ze szpitalem mnie nie przekonuje (np. cześć personelu szpitala może jednak uważać inaczej). Zresztą podam inną - z przedsiębiorstwem. Wtedy studenci są "klientami". A czy ktoś to widział, żeby klient współzarządzał firmą? No właśnie - więc "przez analogię" studenci nie współtworzą uczelni. Trochę absurdalne, nespa?

    Z zainteresowaniem przeczytałem Pana świadectwo z drugiej strony barykady. To nie lapsus językowy, niestety tak to często wygląda. Mógłbym służyć kontrprzykładami, tylko po co? Wszyscy mamy kolegów "naukowców", których poza pensją nie interesuje nic, a gdyby im kazano przychodzić codziennie rano lub zrobić coś "rzetelnie", to by podnieśli larum, które zresztą i tak podnoszą nieustannie (a jednym z jego elementów jest "administracja mnie bije"). Często bije, to prawda - ale my teraz nie o tym :)

    Dla mnie jest to zagadnienie budowania wspólnoty akademickiej. Nie zaczynałbym od wykluczania z niej dużej grupy ludzi.


    @haluciński:

    "Moim zdaniem to, że ktoś pracuje na uczelni, nie oznacza, że ją współtworzy. Uczelnia to dydaktyka i nauka: w tej pierwszej uczestniczą akademicy, doktoranci i studenci, w tej drugiej akademicy i doktoranci (oraz co ambitniejsi studenci). Pracownicy nieakademiccy zapewniają obsługę administracyjną i techniczną akademikom, doktorantom i studentom, aby ci mogli zajmować zajmować się nauką i dydaktyką. Taki jest cel ich zatrudniania.

    Na zasadzie analogii: mało który pacjent powie, że szpital tworzą księgowi, kadrowcy, hydraulicy, elektrycy, woźni, sprzątaczki itd. Owszem, pracują w nim, są potrzebni, ale trudno powiedzieć, że go współtworzą. Bez wahania powie się natomiast, że szpital tworzy personel medyczny, np. lekarze, pielęgniarki, ratownicy medyczni, fizjoterapeuci.

    Prawie przez 10 lat pracowałem jako pracownik techniczny. Mnie i inne osoby na równorzędnych stanowiskach interesowało przede wszystkim, żeby przyjść codziennie na rano, zrobić rzetelnie to, co mi każą przełożeni, wyjść punktualnie i co miesiąc dostać za to wynagrodzenie. Uczelnia po godzinach pracy mnie nie zajmowała. Teraz, będąc akademikiem, interesuje mnie więcej, np. jak uporządkować i opisać księgozbiór katedry, żeby wszyscy mogli z niego efektywnie korzystać w pracy naukowej, jak skatalogować wydane przez katedrę w ostatnich kilku latach ekspertyzy, żeby można było bez większego wysiłku wynajdywać je według określonych kluczy w celu włączenia do badań."

  • staryzgred2012 napisał(a) komentarz datowany na 2017/10/08 10:37:11:

    @halucinski
    > Nie, dziś i u nas przeważają prace zespołowe. Ale czemu tym koordynującym
    > i nadzorującym musi być kierownik jednostki?


    Hm, mam wrażenie, że egzystuję w świecie skrajnie dalekim od Pańskiego. U mnie wynikanie jest dokładnie odwrotne: kierownikiem jednostki zostaje osoba koordynująca i nadzorująca.

    > Czy zespół akademików, który postanawia coś razem stworzyć (stworzyć, a nie
    > udawać tworzenie), nie może wybrać takiej osoby spośród siebie, a jeśli uzna, że
    > takiej osoby wśród nich nie ma, czy nie może zwrócić się do wybranej osoby
    > spoza katedry?


    Zacznijmy od samego początku: jak zespół akademików chce coś razem stworzyć to najpierw musi mieć pomysł, ale zaraz potem musi mieć BUDŻET. Dlaczego? Bez pieniędzy ich pomysł to będą tylko sny o potędze. Aby mieć budżet trzeba mieć minimalną strukturę organizacyjną (co najmniej jeden człowiek), która wystąpi o dofinansowanie mając podpisy osoby odpowiedzialnej za projekt i wydatkowanie. Tu automatycznie pojawia się ten mityczny kierownik, który musi JEDNOOSOBOWO złożyć podpis pod projektem, a potem, po ewentualnym przyznaniu środków, pod umową. To on ponosi odpowiedzialność, zarówno dyscyplinarną, jak i karną, za niewłaściwe wydatkowanie tych środków. No i teraz ten zespół nierzadko musi mieć lokale, sprzęt i obsługę kancelaryjno-biurową.

    Dochodzimy do punktu, w którym trzeba się zdecydować: zostajemy w starej strukturze na etatach naukowo-DYDAKTYCZNYCH jako zespół grantowy i płacimy za lokale, dostępny sprzęt i obsługę w tzw. narzutach, czy też wychodzimy ze struktury na etaty naukowe płatne z grantu (duuużo drożej) i "sami sobie sterem, żeglarzem, okrętem". Chętnych na to drugie rozwiązanie zbytnio wokół siebie nie widzę. Dowodem na to, że jest to bardzo ryzykowne są losy kadry skupionej wokół Karpińskiego: dopóki miał grant to ich utrzymywał, jak grant się skończył to miejsc n-d dla nich nie było.

    Skądinąd nie dziwię się: tacy ludzie często są postrzegani w kategoriach skoczków "dziś tu, jutro tam, cała kasa tylko dla mnie", którzy bardzo asertywnie wyciągają wszelkie korzyści, ale nie chcą partycypować w kosztach, także tych organizacyjnych. Inaczej mówiąc: całe otoczenie postrzega ich jako czasem użyteczne narzędzia, ale niespecjalnie chce ich mieć za kolegów. Poziom egotyzmu, megalomanii i pazerności tych ludzi najlepiej widać w wypowiedziach na blogu Żmihorskiego.

    Kończąc: u mnie nie ma problemu z wchodzeniem/wychodzeniem ze struktury, o ile tylko ma się pieniądze, a kierownikami zostają zazwyczaj ci, którzy są właśnie koordynatorami i nadzorcami ściąganych przez siebie projektów. Jeden wyjątek: martwy naukowo belweder - ludzie od niego uciekają masowo, za chwilę nie będzie kierownikiem, bo prócz niego nikogo już tam nie będzie.

  • trzy.14 napisał(a) komentarz datowany na 2017/10/08 12:06:23:

    Zgred,
    Ale granty NCN "dla młodych" zaburzają ten schemat. Co prawda u nas żaden "młody" się nie załapał, ale usiłuję sobie wyobrazić, co się dzieje w jednostce, w której "młody" adiunkt dostaje bodaj sonatinę bis ("konkurs na projekty badawcze mające na celu powołanie nowego zespołu naukowego, realizowane przez osoby posiadające stopień naukowy lub tytuł naukowy, które uzyskały stopień naukowy doktora w okresie od 5 do 12 lat przed rokiem wystąpienia z wnioskiem.)

    Jak młody doktor może powołać nowy zespół naukowy? Kto ten zespół mu zatrudni po zakończeniu projektu?
    Jak młody adiunkt może tworzyć nowy zespół, nie mając uprawnień habilitacyjnych? Dlaczego on ma pracować, a jakiś habilitowany słup spijać całą śmietankę, w tym obniżkę pensum za formalną opiekę?

    Ktoś widział takiego doktora z własnym projektem i "własną" grupą? Jak to się skończyło?

    Bo ja widzę, że nawet projekty "starych wyjadaczy" kończą się wraz z końcem umowy, bye-bye, dziękujemy za wkład do kategoryzacji jednostki, ale nie ma Pan/Pani potrzebnych nam kompetencji dydaktycznych, a jedyne etaty, jakie mamy, to te zwalniane przez odchodzących na emeryturę lub rotowanych pracowników z etetów naukowo-dydaktycznych lub dydaktycznych.

  • halucinski napisał(a) komentarz datowany na 2017/10/08 12:14:17:

    @Staryzgred2012:

    > Hm, mam wrażenie, że egzystuję w świecie skrajnie dalekim od Pańskiego.

    Bo to jest prawda i nie piszę tego ironicznie. Miałem przyjemność dość dobrze poznać od podszewki jeden z tzw. lepszych wydziałów prawa w kraju. Ze smutkiem przekonałem się, że to, co u akademików-prawników jest zasadą, u akademików-lekarzy jest rzadkością. Okazało się, że da się być kierownikiem katedry i jednocześnie nie wyzyskiwać swoich podwładnych. U nich to jest zasada, u nas rzadkość. Nie mówię, że u prawników był Eden, nie był, ale było normalnie. Ja osobiście nie narzekam, mam w porządku kierownika. Owszem, czasami ma swoje humory, ale w ogólnym rozrachunku to jest porządny facet. Na wielu innych katedrach asystenci są jednak trzymani pod obcasem.

    Pytał się Pan (i Nobooks też), dlaczego ci akademicy, którzy nie chcą dopisywać swoich kierowników do listy autorów, i tak nie wysyłają prac do publikacji. Otóż nie zawsze wysyła się prace do publikacji w zagranicznych czasopismach medycznych. Czasami chce się wysłać (lub nie ma się wyjścia) do jakiegoś krajowego czasopisma medycznego. Niestety, w części z nich wciąż są w regulaminach publikacji prac tak anachroniczne zapisy jak konieczność nadesłania zgody kierownika.

    Nie chcę demonizować, ale z moich obserwacji wynika, że na wydziałach nielekarskich tzw. niesamodzielni pracownicy nauki z reguły mają dużo większą swobodę decyzyjną niż na wydziałach lekarskich.

  • halucinski napisał(a) komentarz datowany na 2017/10/08 12:22:48:

    @Pi:

    > Samodzielność naukową w sensie swobody wyboru tematyki badawczej daje już
    > doktorat i w sumie właśnie tej samodzielności od adiunktów się oczekuje.

    Ja też uważam, że przeprowadzenie rzetelnych badań, opracowanie wyników, napisanie na tej podstawie porządnej rozprawy doktorskiej i obronienie jej pokazuje, że doktor jest w stanie samodzielnie pracować naukowo (samodzielnie nie oznacza samotnie, rzecz jasna). Na wydziałach lekarskich doktor częściej tej swobody nie ma, niż ją ma. Jak już mówiłem, wynika to z głęboko zakorzenionej struktury feudalnej.

    > Dopisywania się przełożonych nie znam nawet z najczarniejszych snów.

    Mogę tylko zazdrościć.

  • halucinski napisał(a) komentarz datowany na 2017/10/08 12:52:51:

    @H_hornblower:

    Wątpię, czy akademicy mogą tworzyć z administracją wspólnotę uczelnianą. Z mojego punktu widzenia wygląda to tak, że pracownicy administracyjni mają mentalność typowych urzędników. Nagminnym zwyczajem jest żądanie dwu- czy trzykrotnego przesyłania tych samych danych, tylko w różnych formatach. Nie byłoby to pewnie problemem, gdyby to miałby być dane tylko w postaci elektronicznej, bo ich konwersja zwykle nie zajmuje wiele czasu. Niestety, u mnie, choć jest już XXI wiek, uczelnia wciąż nie ma elektronicznego systemu obsługi studiów, toteż wpierw trzeba odręcznie wypełniać papierowe formularze, a następnie wysłać tę samą informację w formacie cyfrowym, gotowym do eksportowania do arkusza kalkulacyjnego. Zwykle administracja żąda tych danych z dnia na dzień, czyli człowiek musi wszystko rzucić i zając się papierkologią, bo w przeciwnym razie będzie draka. Z drugiej strony administracja sama nie respektuje wewnętrznie obowiązujących terminów, np. nadgodziny czy dodatki za prowadzenie zajęć po angielsku wypłaca po 6-9 miesiącach od zakończenia zajęć, choć wewnętrzne terminy są dużo krótsze. Gdy napisaliśmy skargę, po miesiącu przyszła piękna odpowiedź, podpisana przez kanclerza czy kwestora oraz kierowników 2-3 działów administracyjnych, że to ich nie wina. To czyja, zapytam, skoro my składamy wszystkie rozliczenia z dydaktyki w terminie? Nie, ci ludzie, ze względu na swoją urzędniczą mentalność, nie tworzą z akademikami wspólnoty uczelnianej.

  • trzy.14 napisał(a) komentarz datowany na 2017/10/08 12:56:13:

    haluciński,
    Ale już w pierwszej mojej pracy dopisałem osobę, która jej palcem nie tknęła! Nie był to szef, ale prośba była szefa, a młody patrzy w szefa jak w święty obrazek.

    Było też dopisywanie sponsora, ale dopiero jak się pojawiły pieniądze, czyli granty.

    Było też zapraszanie do współautorstwa niemal gotowej pracy osoby zagranicznej z nadzieją, że (a) to będzie lepiej wyglądać w papierach i (b) może z tego wyniknie jakaś współpraca. Oba cele zostały zrealizowane. Słyszałem o kilku takich przypadkach.

    Było też wpuszczanie na listę współautorów doktorantów, bo wypromowany doktor to ważna sprawa (tzn. moim zdaniem próg dopuszczenia doktoranta do współautorstwa uległ w ostatnich latach powszechnemu, *znacznemu* obniżeniu i jest kwestią osobną, czy to źle czy dobrze, bo widać i minusy, i plusy).

    Było dopisywanie doktoranta współpracownika zagranicznego z całkowitym zaufaniem, że ten doktorant miał swój jakiś wkład, ale skoro nie współpracował przy redakcji tekstu, a został wpisany na listę współautorów dość późno, to...

    Żyjemy w dżungli i nie jest łatwo przetrwać w niej niepokąsanym.

  • trzy.14 napisał(a) komentarz datowany na 2017/10/08 13:00:26:

    haluciński,
    Nasz dziekanat to nasz wydział. Te panie niewątpliwie tworzą wspólnotę akademicką. Podobnie znani mi pracownicy techniczni. Jedną z pań pracujących w dziekanacie pamiętam jeszcze jako nieziemską laskę pracującą w tymże dziekanacie, gdy byłem jeszcze studentem. Nikt nie ma takiej wiedzy o wydziale, jak ona, bo dziekani się zmieniają, a administracja trwa i tylko dzięki temu trwaniu to wszystko funkcjonuje, jest ciągłość.

    Wspólnotę tworzą albo wszyscy, albo nikt.

  • anitusiak2 napisał(a) komentarz datowany na 2017/10/08 14:59:23:

    Nauka- medycyna do wszystkich

    Medyna rządzi się odmiennymi prawami. Zgadzam się z haluciński. Dopisywanie kierownika jest praktykowane myślę w 90-95 % klinik. U mnie jak zacząłem pracę było to tak naturalne jak oddychanie. Ponadto kierownik dopisywał się u nas zawsze na 1 miejscu .Pod koniec kariery tylko na końcu. Częstym było dopisywanie grzecznościowe innych osób bo tak kierownik kazał. Nawet jeśli nie pisali pracy ba nie pracowali u nas i nie wiedzieli o niej. Śmieszą mnie dyskusje że można było inaczej. To tak jakby w latach 50 powiedzieć że słucha się radia Wolna Europa. Sposobów niszczenia było i jest wiele ( teraz znacznie mniej) . Choćby zła opinia okresowa, zesłanie do przychodni , zakaz operacji , zakaz publikacji itd.Kto w latach 90 czy 2000 słyszał o mobbingu etc. Kto by za takim kimś stanął. W najlepszym razie by był posądzony o chorobę psychiczną. Trochę się teraz zmieniło, trochę młodzi są agresywnie asertywni( to mi się podoba) jest więcej możliwości pracy prywatnej, jeśli kierownik nie daje im iść na staż pokazują regulamin -rzucają że to się należy bo jak nie na staż to rzucają papierami i skarga do ministerstwa., jest ciągły problem dyżurów, można jechać na zachód tak więc obecni szefowie raczej dostają po ja ...ach ale jeszcze 10-15 lat temu?? A już o ustawkach doktoratów, habilitacji, ech..... Mnie zdziwiło właśnie w latach 90 że musi być zgoda kierownika na wysłanie pracy to było wpisane w każdy regulamin polskiego pisma a w zagranicznych nie jaki to był szok dla mnie.

  • trzy.14 napisał(a) komentarz datowany na 2017/10/08 15:04:40:

    antusiak,
    Dla mnie szokiem była sytuacja, gdy na krajowej konferencji pani profesor referowała wyniki siedzącej na sali doktorantki. Bo doktorantka nie potrafi? Od tej pory medyków uważam za inny rodzaj naukowców.

  • halucinski napisał(a) komentarz datowany na 2017/10/08 16:12:16:

    @Pi:

    > Dla mnie szokiem była sytuacja, gdy na krajowej konferencji pani profesor
    > referowała wyniki siedzącej na sali doktorantki. Bo doktorantka nie potrafi?

    Albo nie potrafiła, więc wygłosiła je promotor, albo potrafiła, ale promotor nie pozwoliła jej ich wygłosić. Drugi człon alternatywy musi Pan zawsze brać pod uwagę w takich sytuacjach.

    > Od tej pory medyków uważam za inny rodzaj naukowców.

    Będę pamiętał, pisząc odpowiedzi na Pańskie posty. Żartuję, rzecz jasna. Rozumiem Pana.

  • pan.toranaga napisał(a) komentarz datowany na 2017/10/08 17:52:52:

    Mnie się też wydaje, że medycyna to całkiem inny świat. W sumie jednak wszyscy jesteśmy innym rodzajem naukowców, każda dziedzina, ba poddziedzina, ma swój lokalny folklor i nie ma obyczajów nauki jako takiej. Kiedy się choćby na tym forum dowiadujemy, że u innych jest inaczej niż u nas to każdy przezywa szok kulturowy. No bo przecież je się nożem i widelcem, kto to widział jeść pałeczkami albo palcami.

  • wpisz_longin napisał(a) komentarz datowany na 2017/10/08 18:17:34:

    @3.14 i staryzgred2012

    Odnośnie "pierwokupu" artykułów/wyników badań.

    Do rozważenia są dwa warianty:

    Art. 12 ust. 1 Prawa autorskiego
    Jeżeli ustawa lub umowa o pracę nie stanowią inaczej, pracodawca, którego pracownik stworzył utwór w wyniku wykonywania obowiązków ze stosunku pracy, nabywa z chwilą przyjęcia utworu autorskie prawa majątkowe w granicach wynikających z celu umowy o pracę i zgodnego zamiaru stron.

    Art. 14 ust. 1 Prawa autorskiego
    Jeżeli w umowie o pracę nie postanowiono inaczej, instytucji naukowej przysługuje pierwszeństwo opublikowania utworu naukowego pracownika, który stworzył ten utwór w wyniku wykonywania obowiązków ze stosunku pracy. Twórcy przysługuje prawo do wynagrodzenia. Pierwszeństwo opublikowania wygasa, jeżeli w ciągu sześciu miesięcy od dostarczenia utworu nie zawarto z twórcą umowy o wydanie utworu albo jeżeli w okresie dwóch lat od daty jego przyjęcia utwór nie został opublikowany.

  • staryzgred2012 napisał(a) komentarz datowany na 2017/10/08 19:05:03:

    @wpisz_longin
    > Art. 14 ust. 1 Prawa autorskiego

    O rany! Ależ tu jest pole do zmanipulowania oceny okresowej. Jak? Na mniej niż pół roku przed końcem dwulecia puszczam artykuł/artykuły, które zgłaszam do dyspozycji uczelni w ramach wspomnianego art.14.1. Biorąc pod uwagę całkowitą nieruchawość administracji, odpowiedzi w terminie krótszym najprawdopodobniej nie uzyskam. Artykuły nie zostają opublikowane, ale w ocenie okresowej zgłaszam, że były szanse na 35...40 punktów od sztuki, lecz uczelnia blokowała publikację. Ciekawe, jak wtedy uczelnia wybrnie z impasu.

  • trzy.14 napisał(a) komentarz datowany na 2017/10/08 19:08:29:

    W założeniach reform ten fragment wydaje się bardzo ważny:

    uczelnia publiczna będzie mogła zostać utworzona w wyniku połączenia uczelni publicznych, instytutów badawczych lub instytutów naukowych Polskiej Akademii Nauk. Jednocześnie do uczelni publicznej będzie mogła zostać włączona inna uczelnia publiczna, instytut badawczy lub instytut naukowy PAN - w drodze rozporządzenia ministra właściwego do spraw szkolnictwa wyższego i nauki.

    Generalnie ministerstwo zdaje się przygotowywac przedpole do łączenia i wchłaniania. Generalnie kierunek dobry, tylko nie jestem pewien co do implementacji.

  • nobooks napisał(a) komentarz datowany na 2017/10/08 19:51:19:

    @longin
    Absolutnie martwy przepis z zupełnie niedzisiejszych realiów publikacyjnych.
    @zgred
    Interesujące zagranie, aczkolwiek nie liczyłbym, że w ciągu 6 miesięcy nie uzyskasz zgody na publikację gdzie indziej, nawet przy całym marazmie administracji (zwłaszcza, że powinieneś chyba zachować drogę służbową, a więc najpierw do dziekana).

  • halucinski napisał(a) komentarz datowany na 2017/10/08 20:43:40:

    @Wpisz_longin, Staryzgred2012 & Pi:

    Festina lente.

    Wykładni art. 12 ust. 1 i art. 14 ust. prawa autorskiego należy dokonać przy uwzględnieniu obowiązującego na danej uczelni, a uchwalonego przez senat regulaminu zarządzania prawami autorskimi i prawami pokrewnymi oraz prawami własności przemysłowej oraz zasad komercjalizacji (art. 86c prawa o szkolnictwie wyższym). Zasada (nie twierdzę, że bezwyjątkowa) jest taka, że przepisy prawa o szkolnictwie wyższym mają charakter przepisów szczególnych, jeżeli chodzi o unormowania dotyczące uczelni i jej stosunków ze studentami, doktorantami i pracownikami.

  • trzy.14 napisał(a) komentarz datowany na 2017/10/09 00:04:03:

    Rozsądny głos prof. Czaplińskiego z UAM:
    wyborcza.pl/magazyn/7,124059,22479935,przemyslaw-czaplinski-o-ustawie-gowina-uczelnie-pod-specjalnym.html

    Uczelnie staną się luźnymi strukturami zajmowanymi przez instytuty. W szkielecie uniwersytetu powstanie dużo wolnego miejsca: instytuty i kierunki, pozbawione umocowania w wydziałach, będą mogły tworzyć nowe przedmioty, prowadzić wspólne zajęcia. A także i myślę, że o to chodzi będą zmuszone do poszukiwania sojuszników w walce o granty. Taka uczelnia będzie więc wypełniana doraźnymi kooperacjami między bliskimi i dalekimi instytutami. Kiedy grant dobiegnie końca, współpracownicy zaczną szukać nowych aliansów.

    Oczywiście autor miał na myśli doraźne kooperacje między pracownikami różnych instytutów a nie samymi instytutami. Taka doraźna kooperatywność JUZ SIĘ DZIEJE wszędzie tam, gdzie badania prowadzi się tam, gdzie są pieniądze. Czyli w grantach. Dziś mogę współpracować z filologami, jutro z astronomami, byle tylko jedni i drudzy płacili.

    Ktoś mógłby jednak zauważyć, że w aktualnej strukturze uczelni nic nie stoi na przeszkodzie, by takie formy współpracy choćby między chemią i filologią polską zawiązywać. Odpowiedź brzmi: nic nie stoi na przeszkodzie, ale też nic do tego nie zmusza. Sądzić można, że w ustawie chodzi właśnie o presję, o popchnięcie do współpracy z innymi kierunkami, innymi uczelniami bądź przemysłem czy biznesem.

    Nie widzę  żadnego mechanizmu "popychającego" do współpracy w nowych przepisach.

    Podsumujmy. Z jednej strony ustawa wymusza na uniwersytetach większą otwartość wobec przemysłu, wobec zmiennych fluktuacji rynku czy wobec potrzeb zgłaszanych przez biznes. Z drugiej wprowadza do samego serca demokracji uniwersyteckiej nowe ciało, które stanowić może podkreślam: może agendę partii politycznej czy rządu. W wyniku mocnych zmian (rada uczelni, likwidacja wydziałów) oraz mocnych kontynuacji (punkty, rankingi) uczelnie zostaną wzięte w dwa ognie.

    W tej grze uczelnia nie zwiększy autonomii, lecz w podwójnym wymiarze zacznie ją tracić. Przymuszana do większej elastyczności rynkowej i zarazem do większego posłuszeństwa wobec polityków nie będzie miała ani prawa, ani narzędzi, by przed jednym i drugim się bronić.

  • nobooks napisał(a) komentarz datowany na 2017/10/09 12:45:36:

    Nie mam dostępu do całego artykułu, ale widzę hasło "nasilenie punktozy". Gdzie on tam widzi tę nasilającą się punktozę? Akurat w tym aspekcie jest wręcz przeciwnie: ciułanie punkcików ma się przestać opłacać, z premiowaniem publikacji w renomowanych czasopismach i wydawnictwach. Aczkolwiek jeśli ewaluacja będzie dyscyplinami a na danym uniwersytecie dyscyplina jest rozproszona między 3 wydziały, jak właśnie u Czaplińskiego, to już w ogóle żadnej punktozy nie będzie, bo punkty będą "niczyje".

  • halucinski napisał(a) komentarz datowany na 2017/10/09 16:04:27:

    Mężczyźni do towarzystwa zarabiają coraz lepiej.

    Naszła mnie jakaś taka smutna konstatacja, że uczelnie wyceniają (w skali miesiąca) naszą pracę, w zależności od stanowiska i tytułu lub stopnia naukowego, na równowartość 2-5 nocy...

  • kragon napisał(a) komentarz datowany na 2017/10/09 17:38:42:

    ale za to mozemy pracowac w dzień :-)

  • charioteer1 napisał(a) komentarz datowany na 2017/10/09 18:11:51:

    @nobooks
    jeśli ewaluacja będzie dyscyplinami a na danym uniwersytecie dyscyplina jest rozproszona między 3 wydziały, jak właśnie u Czaplińskiego, to już w ogóle żadnej punktozy nie będzie, bo punkty będą "niczyje".

    Z tego wlasnie powodu podzial uczelni na wydzialy traci sens.

  • trzy.14 napisał(a) komentarz datowany na 2017/10/09 18:44:58:

    Punkty i granty

    W projekcie jest wiele dobrych propozycji. Należy do nich ujednolicenie zasad finansowania uczelni, utworzenie regionalnych inicjatyw doskonałości (zwiększających szanse mniejszych ośrodków), a także unormowanie sytuacji doktorantów, dla których przewidziano sensowniejsze stypendia (od 110 do 170 proc. minimalnego wynagrodzenia).

    Trudno się jednak oprzeć wrażeniu, że całość wyostrza dotychczasowe regulacje. Zamiast wszystko inaczej otrzymujemy to samo, ale bardziej. Podstawową identyczność dostrzec można w powiększeniu liczby komisji oceniających wszystko i wszystkich. Coroczne kontrole w postępach prac doktorskich, ewaluacje jednostek uczelnianych i kierunków, oceny pracowników wszystko sumuje się w obraz uniwersytetów, które będą pracowały dla ocen.

    Nie kwestionuję sensowności samego oceniania. Każdy pracownik i każda jednostka powinny taką procedurę przechodzić. Jeśli jednak społeczności uniwersyteckie wiązały jakieś nadzieje z nową ustawą, to nie dlatego, że uczelnie były pozbawione kontroli, lecz dlatego, że były przesterowane i przeregulowane.

    Czy nowe komisje uzdrowią system permanentnej kontroli dzięki sensowniejszym regułom? Raczej nie. Projekt trzyma się wcześniej wypracowanych kryteriów. Dotyczą one miejsca danej uczelni w międzynarodowych rankingach oraz udziału pracowników w grantach, zwłaszcza międzynarodowych. A zatem największe choroby punktoza i grantoza, rankingi i oceny tylko zyskały nowe uzasadnienie.

    Co więcej, do ustawy wpisano zasadę dziedziczenia prestiżu w ocenie publikacji naukowych. Innymi słowy, wartość książki będzie oceniana przede wszystkim ze względu na renomę wydawnictwa. Autorzy ustawy mówią: czas akumulacji minął. Wydawnictwa, które zdołały osiągnąć prestiż, zyskają szansę na powiększenie kapitału, bo ustawa zachęci dobrych naukowców, by kierowali maszynopisy do uznanych firm. Wydawnictwa, które nie zdążyły zakumulować prestiżu, zostaną tam, gdzie są. Ekonomia Mateusza kto ma, temu będzie dodane, i nadmiar mieć będzie; kto zaś nie ma, temu zabiorą również to, co ma obowiązywać będzie zatem również w życiu uniwersyteckim.

    Dwa ognie

    Podsumujmy. Z jednej strony ustawa wymusza na uniwersytetach większą otwartość wobec przemysłu, wobec zmiennych fluktuacji rynku czy wobec potrzeb zgłaszanych przez biznes. Z drugiej wprowadza do samego serca demokracji uniwersyteckiej nowe ciało, które stanowić może podkreślam: może agendę partii politycznej czy rządu. W wyniku mocnych zmian (rada uczelni, likwidacja wydziałów) oraz mocnych kontynuacji (punkty, rankingi) uczelnie zostaną wzięte w dwa ognie.

    W tej grze uczelnia nie zwiększy autonomii, lecz w podwójnym wymiarze zacznie ją tracić. Przymuszana do większej elastyczności rynkowej i zarazem do większego posłuszeństwa wobec polityków nie będzie miała ani prawa, ani narzędzi, by przed jednym i drugim się bronić.

  • trzy.14 napisał(a) komentarz datowany na 2017/10/09 18:49:39:

    Wzrost wartości dotacji na działalność dydaktyczną uczelni publicznych w okresie 2012-2017; Edytor pozamianiał mi duże litery na małe; UP = uniw. pedag; UE = uniw. ekon.; P = Politechn; U = Uniw.


    UW 54%
    AGH 52%
    UJ 51%
    Ak. Ped. Spec. 47%
    Plub 47%
    Urz 46%
    UAM 45%
    SGH 43%
    Prz 39%
    PW 39%
    Pkiel 38%
    UŚ 38%
    UP-Kr 37%
    UE-Po 37%
    PK 36%
    UE-Kr 36%
    UWr 36%
    UŁ 36%
    PP 36%
    UG 35%
    UMK 34%
    UP-Wr 34%
    P Łódz 34%
    PG 33%
    UB 33%
    Pwr 32%
    Ukiel 31%
    UE-Kat 31%
    Ulub 31%
    UKSW 30%
    PO 30%
    UR-kK 28%
    AWF-Kat. 27%
    UWM 27%
    PB 26%
    UP- P 26%
    UTH-Byd 25%
    ATH Bielsko-Biała 25%
    UKW 25%
    PŚ 24%
    SGGW 24%
    AD Częst. 24%
    UE-Wr 24%
    UP-Lub 24%
    UZ 24%
    Usz 23%
    Pcz 22%
    UO 22%
    AWF-W 18%
    AP Słupsk 17%
    AWF- Kr 15%
    UT-Szcz 14%
    AWFiS-Gda 14%
    Pkosz 13%
    AWF- Wr 12%
    UPH-Siedl 11%
    AWF-Po 5%
    UTH-Radom 3%
    Ch. AT -6%

  • trzy.14 napisał(a) komentarz datowany na 2017/10/09 19:27:17:

    teraz zmiana udziału uczelni w krajowej puli środków na dotację dydaktyczną.
    Na przykład w 2012 udział UW wynosił 5,63%, a w 2017 6,47%, co daje wzrost 14.9%.


    14,9% Uniwersytet Warszawski
    13,0% Akademia Górniczo-Hutnicza w Krakowie
    12,2% Uniwersytet Jagielloński w Krakowie
    9,5% Politechnika Lubelska
    8,8% Akademia Pedagogiki Specjalnej w Warszawie
    8,3% Uniwersytet Rzeszowski
    8,1% Uniwersytet im. Adama Mickiewicza w Poznaniu
    6,1% Szkoła Główna Handlowa w Warszawie
    3,6% Politechnika Warszawska
    3,1% Politechnika Rzeszowska
    2,7% Politechnika Świętokrzyska w Kielcach
    2,5% Uniwersytet Śląski w Katowicach
    1,8% Uniwersytet Pedagogiczny im. KEN w Krakowie
    1,8% Politechnika Poznańska
    1,6% Uniwersytet Wrocławski
    1,6% Politechnika Krakowska
    1,2% Uniwersytet Łódzki
    1,1% Uniwersytet Ekonomiczny w Poznaniu
    0,9% Uniwersytet Ekonomiczny w Krakowie
    0,8% Uniwersytet Gdański
    0,4% Uniwersytet Mikołaja Kopernika w Toruniu
    0,0% Uniwersytet Przyrodniczy we Wrocławiu
    -0,4% Politechnika Łódzka
    -0,8% Politechnika Gdańska
    -1,0% Uniwersytet w Białymstoku
    -1,7% Politechnika Wrocławska
    -2,4% Uniwersytet Jana Kochanowskiego w Kielcach
    -2,4% Uniwersytet Ekonomiczny w Katowicach
    -2,9% Uniwersytet Marii Curie-Skłodowskiej w Lublinie
    -3,4% Politechnika Opolska
    -3,6% Uniwersytet Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie
    -4,9% Uniwersytet Rolniczy w Krakowie
    -5,9% Uniwersytet Warmińsko-Mazurski w Olsztynie
    -5,9% Politechnika Białostocka
    -6,1% Uniwersytet Przyrodniczy w Poznaniu
    -6,8% Uniwersytet Technologiczno-Przyrodniczy w Bydgoszczy
    -7,5% Szkoła Główna Gospodarstwa Wiejskiego w Warszawie
    -7,5% Akademia Techniczno-Humanistyczna w Bielsku-Białej
    -7,6% Uniwersytet Zielonogórski w Zielonej Górze
    -7,6% Politechnika Śląska
    -7,8% Uniwersytet Przyrodniczy w Lublinie
    -7,8% Uniwersytet Ekonomiczny we Wrocławiu
    -7,8% Uniwersytet Kazimierza Wielkiego w Bydgoszczy
    -8,1% Akademia im. Jana Długosza w Częstochowie
    -8,1% Akademia Wychowania Fizycznego w Katowicach
    -8,3% Uniwersytet Szczeciński
    -9,0% Politechnika Częstochowska
    -9,3% Uniwersytet Opolski
    -12,1% Akademia Wychowania Fizycznego w Warszawie
    -13,3% Akademia Pomorska w Słupsku
    -13,8% Akademia Wychowania Fizycznego i Sportu w Gdańsku
    -15,0% Zachodniopomorski Uniwersytet Technologiczny w Szczecinie
    -15,6% Akademia Wychowania Fizycznego w Krakowie
    -15,6% Politechnika Koszalińska
    -16,3% Akademia Wychowania Fizycznego we Wrocławiu
    -18,2% Uniwersytet Przyrodniczo-Humanistyczny w Siedlcach
    -21,2% Akademia Wychowania Fizycznego w Poznaniu
    -23,3% Uniwersytet Technologiczno-Humanistyczny w Radomiu
    -30,0% Chrześcijańska Akademia Teologiczna w Warszawie

  • halucinski napisał(a) komentarz datowany na 2017/10/09 20:02:27:

    @Pi:

    Czyżby te rankingi pomijały uniwersytety medyczne?

  • halucinski napisał(a) komentarz datowany na 2017/10/09 20:15:58:

    Pytam, bo jeżeli tak jest, to w przypadku tzw. ogólnych uczelni, w ramach których funkcjonują np. wydziały lekarskie, trzeba pamiętać, że ranking nie uwzględnia finansowania dydaktyki przyszłych kadr medycznych (płaci MZ). Dotyczy to na pewno UJ, UMK, UO, URz i chyba też UJK.

  • adam_beast napisał(a) komentarz datowany na 2017/10/09 20:22:59:

    Na forum ciekawy link

  • trzy.14 napisał(a) komentarz datowany na 2017/10/09 20:27:30:

    Faktycznie - nie ma. Podobnie jak szkół artystycznych.

  • trzy.14 napisał(a) komentarz datowany na 2017/10/09 21:50:29:

    obywatelenauki.pl/2017/10/opinia-o-projekcie-nowej-ustawy-material-nadeslany/

    piotr-stec.pl/2017/10/08/czy-mozna-zreformowac-politechnike-pcimska/

    Prof. Stec przytomnie pyta: Dlaczego zatem Politechnika Pcimska nie jest równie konkurencyjna, jak EFPL? A ja odpowiadam: budżet, głupcze!

    (i nie jest to prztyczek do prof. Steca, tylko do naszych władz).

  • nobbynooby napisał(a) komentarz datowany na 2017/10/10 12:49:36:

    Niby to nauczyciele, ale kto mi zagwarantuje, ze sie nie rozciagnie i na reforme 2.1?

  • kragon napisał(a) komentarz datowany na 2017/10/10 14:25:35:

    @nobby
    utrwalanie wladzy ludowej czas zaczac...

  • zitterbewegung napisał(a) komentarz datowany na 2017/10/10 14:37:52:

    Pi, jak obliczyles te wzrosty? I gdzie moja podwyzka

  • trzy.14 napisał(a) komentarz datowany na 2017/10/10 15:28:20:

    Zitt,
    W tym artykule wyborcza.pl/magazyn/7,124059,22479935,przemyslaw-czaplinski-o-ustawie-gowina-uczelnie-pod-specjalnym.html
    jest infografika. Jak się w nią poklika, to uzyskuje się opcje importu danych, nawet takich niewyświetlanych, jak te procenty całości.

  • trzy.14 napisał(a) komentarz datowany na 2017/10/10 15:33:16:

    A podwyżki były w latach 2013-15, podobno 30% i podobno wszyscy dostali na nie środki.

    A co Twój rektor robi z dodatkowymi 20% to już nie do mnie pytanie. Podobnie jak to, z czego wypłaciły ustawowe podwyżki, jeśli jakiekolwiek podwyżki tam były, takie uczelnie, jak UO, większość AWF-ów czy Uni T-H Radom.

  • trzy.14 napisał(a) komentarz datowany na 2017/10/10 15:37:38:

    Przypomnę jednak, bo mnie krew zaleje, że te 30% nie było podwyżką żadną, tylko wyrównaniem, czyli indeksacją, bo przedtem przez kilka lat płace były praktycznie zamrożone. Punktem odniesienia powinien więc być nie rok 2012, tylko wcześniejszy, np. 2007 (Zgred będzie to wiedział lepiej).

    Jedyne prawdziwe podwyżki dostali nauczyciele (50%), ale wcześniej od nas, potem wstawili ich do zamrażarki na dłuższy czas i w zasadzie teraz pensje młodych nauczycieli znowu przestają być konkurencyjne nawet względem Biedronki.

    Ruchy Browna to, jak widać, nasza narodowa specjalność.

  • trzy.14 napisał(a) komentarz datowany na 2017/10/10 15:42:03:

    Wykrakałem, czyli statystyki nie kłamią:
    (stary tekst z 2016 r.)
    serwisy.gazetaprawna.pl/edukacja/artykuly/955947,wynagrodzenia-nauczycieli-akademickich-minimalne-wynagrodzenie.html
    Prawdą jest, że poprzedni rząd przeznaczył kilka miliardów na wzrost pensji na uczelniach, jednak plan nie został zrealizowany. Miały one bowiem średnio wzrosnąć od 30 proc. i to trwale. Tymczasem część uczelni przyznawała podwyżki na czas określony, np. na rok, zatem element trwałości nie został dotrzymany mówi Janusz Rak, prezes Rady Szkolnictwa Wyższego i Nauki Związku Nauczycielstwa Polskiego. Dlatego związkowcy uważają, że resort powinien przeprowadzić gruntowną analizę wynagrodzeń w szkolnictwie wyższym. Warto też zauważyć, że ministerstwo nie zmienia minimalnych stawek, nawet dla tych stanowisk, gdzie wynagrodzenie wskazane w proponowanych przepisach nie osiąga wymaganych 2 tys. zł, które mają obowiązywać w 2017 r.

    Z mojej tabelki można wywnioskować, które to uczelnie tak niecnie postąpiły i dlaczego.

  • zitterbewegung napisał(a) komentarz datowany na 2017/10/10 16:26:07:

    Ja jednak nie jadę na minimalnej, w zasadzie to nie zgłaszam pretensji, ale nie widzę żadnego przełożenia tych gigantycznych wzrostów do 50% na proces dydaktyczny. One co prawda przypadają na okres oddawania do użytku nowych budynków, może wprzęgnięcie kosztów utrzymania coś tłumaczy, dla niektórych to było brutalne, ale dla większości nie aż tak żeby wchłonąć takie podwyżki.

  • halucinski napisał(a) komentarz datowany na 2017/10/10 17:21:39:

    Nie jestem apologetą państwa polskiego w aspekcie jego funkcjonowania, bo jest ułomne, ale wychodzi na to, że tym razem to nie państwo, lecz ludzie z naszego środowiska zrobili nas w kwestii podwyżek ordynarnie w bambuko.

  • trzy.14 napisał(a) komentarz datowany na 2017/10/10 21:51:03:

    "Ludzie z naszego środowiska" dokonują transferu w swoją stronę.

    Żeby mieć pełniejszy obraz sytuacji, trzeba by wiedzieć
    - jak zmieniła się liczba studentów na poszczególnych uczelniach od 2012 r.
    - bo większych ruchów kadry raczej nie było?
    - jakie były średnie i mediana pensji na poszczególnych uczelniach w 2012, a jakie są teraz; albowiem słuchy chodziły i chodzą, że im słabsza uczelnia, tym lepiej płaciła i płaci, bo np. sam fakt zatrudnienia w UJ powinien być powodem do dumy i o większych pieniądzach nie ma co marzyć.

  • halucinski napisał(a) komentarz datowany na 2017/10/10 22:40:28:

    Kiedyś rozmawialiśmy tu o katastrofie smoleńskiej w kontekście różnych postaw naukowców wobec jej przyczyny, więc pozwalam sobie coś wkleić:

    - I będzie prawda, prawda, której jeszcze dzisiaj nie znamy. Ja jej nie znam. Ale prawda. Albo stwierdzenie dzisiaj w tych okolicznościach, które mamy, tej prawdy do końca ustalić się nie da. Ale zostanie to powiedziane uczciwie. Bo to się Polakom po prostu należy powiedział..

    Czy ujęty w znaki cudzysłowu fragment zdania jest przygotowywaniem przedpola rządowej komisji badającej katastrofę do wydania raportu zwieńczonego konkluzją, że analiza materiału nie wykazała dowodów na zamach, choć luki w materiale nie pozwalają kategorycznie wykluczyć tej ewentualności? Czy ten komunikat należy rozumieć tak, że członkowie komisji nie odważą się podpisać raportu, który zawierałby wniosek o zamachu?

  • trzy.14 napisał(a) komentarz datowany na 2017/10/11 07:13:22:

    haluciński,
    Te wypowiedzi trzeba czytać w kontekście, jak niegdyś wydania dziennika telewizyjnego. Dla mnie prawdopodobnie najwłaściwszym kontekstem jest
    apps.who.int/classifications/icd10/browse/2010/en#/F60.0

    W szczególności zwraca uwagę notoryczne używanie słowa Polacy w znaczeniu "ja".

    Stawiam gruszki przeciw jabłkom, że komisja nie zakończy postępowania, bo jak może zakończyć, skoro "w tych okolicznościach, które mamy, tej prawdy do końca ustalić się nie da"? To byłoby przyznanie się do porażki i do błędnej oceny sytuacji po 2010 roku. Komisja zostanie schowana jeszcze głębiej, a wyobraźnię ludzisk Kurski zajmie czymś nowym.

    Swoją drogą - czy komisję parlamentarną Macierewicza rozwiązano czy tylko schowano?

  • flamengista napisał(a) komentarz datowany na 2017/10/11 08:31:49:

    @3,14: " sam fakt zatrudnienia w UJ powinien być powodem do dumy i o większych pieniądzach nie ma co marzyć" - to oczywiście prawda a i transfer do UJ czy UW jest faktem. Tylko co z tego, nic z tego nie wynika dla wynagrodzeń. Bo na UJ jest autonomia finansowa wydziałów, więc dodatkowe 20 milionów (chyba tyle dostał UJ w wyniku wprowadzenia przelicznika Górniaka, pardon - Gowina) nie zostało wydane na podwyżki.

    Wręcz przeciwnie, teraz wydziały w których jest gorzej niż 1/13 mają zabierane pieniądze, a te w których jest ok dostają dodatkowe. Czyli ci, co musieli się użerać ze słabymi studentami przynosząc uczelni pieniądze i w cichości ducha marzyli, że to się zmieni (bo studentów będzie mniej i będzie można więcej czasu poświęcić na badania) - poniekąd się doczekali. To znaczy: dostaną dodatkowo po d.pie.

    A morał taki, że w ramach największych uczelni narastać będą nierówności międzydyscyplinarne. Ta cała reforma jest popychana głównie przez przedstawicieli nauk ścisłych i przyrodniczych, którzy faktycznie przez lata całe nie mogli sobie dorobić podczas wyżu, bo kto chciał się uczyć fizykochemii w Wyższej Szkole Gotowania na Gazie? No więc oni będą mieli lepiej.

    Problem w tym, że największe zapóźnienia w poziomie badań naukowych są w naukach humanistycznych i społecznych. Jeśli tych ludzi będzie się jedynie gonić batem bez dawania marchewki, zostanie po staremu. I co dadzą nawet świetne badania z fizyki czy biologii, jeśli ekonomia, psychologia czy historia będą dołować? W rankingach światowych na pewno to nie da upragnionego awansu.

    Co więcej, obawiam się że sama reforma (tzn. ustawa) padnie, ale przelicznik dotacji (najbardziej jej kontrowersyjny i głupi element) zostanie.

Dodaj komentarz

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny

Czytam

Warsztat badacza

Dariusz Galasiński - Blog

Graham Scambler - Blog

LSE - Blogs

Piotr Stec

language: a feminist guide