Robię habilitację

Wpis

wtorek, 14 listopada 2017

Jeden z pięciu na dwadzieścia

Czytam dyskusję na temat wyższości artykułów nad książkami, a może odwrotnie i przypominam sobie propozycję, żeby ograniczyć liczbę wszystkich publikacji jednej osoby do, powiedzmy, 20 (niestety, nie potrafię znaleźć źródła, z którego się o tym dowiedziałem). Każdy świeżo upieczony doktor dostawałbym 20 oczek na całość kariery. Po opublikowaniu 20. publikacji delikwent nie mógłby dalej publikować. Koniec.

 

Propozycja, rzecz jasna, nie do końca poważna, ale warta uwagi. A to dlatego, że zamiast rozważać, czy warto publikować książkę czy artykuł, ja bym wolał się zastanawiać, czy w ogóle warto opublikować tę książkę czy artykuł.

 

Jakiś czas temu natknąłem się również na stronę Slow science, pochwałę namysłu w nauce. Bardzo podobałoby mi się, gdybym, na przykład, mógł mieć jeden rok na każde pięć (może siedem, nie wiem), w którym mógłbym tylko myśleć. Nie musiałbym pisać wniosków, raportów, artykułów. Mógłbym poczytać, zastanowić się. Wiecie, poszerzyć horyzonty.

 

I mam pytanie do czytelników. Zakładając, że macie do dyspozycji tylko 20 publikacji na całą karierę, ile z Waszych dotychczasowych publikacji weszłoby do tej dwudziestki? Bo jak ja się zastanowiłem, to wyszło mi, że jestem gdzieś w 1/4. Mneij więcej. I że może nie zapełnię moich wszystkich 20 pozycji.

Szczegóły wpisu

Tagi:
Autor(ka):
habilitant2012
Czas publikacji:
wtorek, 14 listopada 2017 17:47

Polecane wpisy

Komentarze

Dodaj komentarz

  • halucinski napisał(a) komentarz datowany na 2017/11/14 18:03:24:

    @Habilitant2012:

    We wtrąconym zdaniu najprawdopodobniej brakuje zaprzeczenia:

    > (niestety, NIE potrafię znaleźć źródła, z którego się o tym dowiedziałem)

  • halucinski napisał(a) komentarz datowany na 2017/11/14 18:11:37:

    > Jakiś czas temu natknąłem się również na stronę Slow science, pochwałę namysłu
    > w nauce. Bardzo podobałoby mi się, gdybym, na przykład, mógł mieć jeden rok
    > na każde pięć (może siedem, nie wiem), w którym mógłbym tylko myśleć.
    > Nie musiałbym pisać wniosków, raportów, artykułów. Mógłbym poczytać,
    > zastanowić się. Wiecie, poszerzyć horyzonty.

    No przecież w kraju mam "permanent slow science". Zajmuje się nią każdy, kto jest N0 lub jest dopisywany do prac mimo braku wkładu autorskiego. To będzie ze połowa populacji akademików.

  • h_hornblower napisał(a) komentarz datowany na 2017/11/14 18:24:24:

    Wystarczy ograniczyć liczbę publikacji, które mogą być brane pod uwagę przy postępowaniu awansowym, do właśnie powiedzmy dziesięciu czy dwudziestu. To pozwoli pracować bez obawy, że dorobek, "aczkolwiek NIEWĄTPLIWIE oryginalny, jest zbyt SKROMNY ILOŚCIOWO, zatem wniosek uważam za przedwczesny" (relata refero).

  • habilitant2012 napisał(a) komentarz datowany na 2017/11/14 18:58:25:

    Halucinski: tak dziękuję, poprawiłem.

  • glass_onion napisał(a) komentarz datowany na 2017/11/14 20:26:23:

    Ekstrapolując myśl Gospodarza: w naszym systemie trzeba by te 20 publikacji podzielić na kawałki (przyrosty) do osiągania kolejnych szczebelków (dr, hab, prof przeplatane ze stanowiskami adiunkt, prof nadzw, prof zw) .
    To po ilu dr a po ilu hab? A prof?

  • trzy.14 napisał(a) komentarz datowany na 2017/11/14 21:41:26:

    Maksymalnie 20 artykułów z całej kariery do wniosku awansowego to ciekawy pomysł, ale maksymalnie 10 to pomysł chyba jeszcze lepszy. Wtedy po kilku latach każdy ścigałby się z nie byle kim, bo z samym sobą. Przecież w wielu przypadkach przekroczyć własny doktorat wcale nie jest łatwo.

  • halucinski napisał(a) komentarz datowany na 2017/11/14 22:43:05:

    @Glass_onion:

    > To po ilu dr a po ilu hab? A prof?

    Do doktoratu dwa. Jeden to za mało, bo nie da się wykluczyć tych przypadków, w których trafiło się ślepej kurze ziarno. Co się tyczy wyższych szczebli naukowych, nie mam pojęcia, zbyt daleko mi do nich.

  • anonimka.7 napisał(a) komentarz datowany na 2017/11/14 22:54:32:

    To ja już mam 3 artykuły, a jeszcze studiów III stopnia nie rozpoczęłam ;)

  • dala.tata napisał(a) komentarz datowany na 2017/11/14 23:03:19:

    Ja bym powiedzal, ze jestem w polowie mojej 20tki.

  • staryzgred2012 napisał(a) komentarz datowany na 2017/11/15 01:36:15:

    Dygresja: lansu "wiecznego reformatora", teflonowego Woźnickiego, ciąg dalszy (link).

  • h_hornblower napisał(a) komentarz datowany na 2017/11/15 07:52:16:

    @trzy.14 też uważam, że 10 to pomysł znacznie lepszy :) A ściganie się RÓWNIEŻ z samym sobą, jak ładnie to ująłeś, daje pewną nadzieję na popchniecie naprzód nauki polskiej (pardonsik za niezamierzony patos), zwłaszcza w dziedzinach takich jak ekonomia, gdzie mamy do czynienia z biegunką publikacyjną.

    Wtedy przy wniosku (n) poddajemy ocenie np taki dorobek:
    B, C, D, E, F, G, J, K, M, N,
    A przy wniosku (n+1), czyli na kolejny stopień, np taki:
    B, C, F, K, M, N, Q, R, T, X

    Przy takim założeniu przebijanie (bo tak to w mojej dziedzinie trzeba nazwać) się na JCR nie PRZESZKADZA w awansie habilitacyjnym. Dotąd przeszkadzało, bo dorobek typu 6 w solidnych JCR + 4 w solidnych polskich journalach (Gospodarka Narodowa + jakieś branżowe) byłby w oczywisty sposób zbyt skromny ilościowo, za to 30 publikacji na liście B , z tego 95% w w umieszczonych tam koluskich zeszytach tego i owego, to urobek GWARANTUJĄCY awans.

    Dlatego z punktu widzenia awansowego owo wymagające wielkiego nakładu pracy i czasu publikowanie w JCR jest zwykle nieracjonalne w mojej dziedzinie. Z kolei z każdego innego niż awans punktu widzenia strategia zeszytów koluskich jest zupełnie bezwartościowa. To moim stawia przed tzw. kandydatem znacznie "ciekawsze" dylematy niż "pisać książkę habilitacyjną czy nie pisać" :)

  • h_hornblower napisał(a) komentarz datowany na 2017/11/15 07:55:19:

    PS. W ostatnim zdaniu mojej poniższej przydługiej wypowiedzi winno stać "moim zdaniem" :)

  • p-tau napisał(a) komentarz datowany na 2017/11/15 11:04:20:

    @halucinski
    No przecież w kraju mam "permanent slow science". Zajmuje się nią każdy, kto jest N0 lub jest dopisywany do prac mimo braku wkładu autorskiego. To będzie ze połowa populacji akademików.

    Touche! :D

  • doktorgolgi napisał(a) komentarz datowany na 2017/11/15 11:08:37:

    Aktualnie mam coś 20-kilka artykułów z JCR (u mnie w branży inaczej się nie da - biotech), wliczając te w których nie jestem 1szym, ani ostatnim autorem (osławione "kolaboracje" i właściwie jaki był Pana wkład ;) ). Do moich top-10 weszłoby ich obecnie może 4-5 (1 może 2 mniej jeśli bym wiedział, że wrócę kiedyś do akademii), wszystkie z moim wkładem jako głównym. Jeśli miałbym doliczyć "nie moje", to jeszcze co najmniej 2-3. Fajna zabawa :)

  • trzy.14 napisał(a) komentarz datowany na 2017/11/15 11:45:04:

    Z manifestu:

    l. Science needs time to think. Science needs time to read, and time to fail. Science does not always know what it might be at right now. Science develops unsteadily, with jerky
    moves and unpredictable leaps forwardat the same time, however, it creeps about on a very slow time scale, for which there must be room and to which justice must be done


    To ciekawy manifest zwolenników tezy, że nauka dopiero od niedawna grantami stoi, że większość *odkryć* powstała poza tym systemem i że w tej chwili nie można postawić znaku równości między "granty" a "nauka"; tzn., że poza grantami na uczelniach też musi byc życie.

    Academies had been the exclusive home of science for a very long time---long before game-changing science journals were introduced. Currently, research academies do hardly play a role anymore; where they exist at all, membership is a career goal and incentive for eminent senior scientists (...) rather than a career-accompanying retreat space

    To też jest ciekawa obserwacja. O zupełnie nowej roli czasopism (oraz towarzystw naukowych i samych naukowców). Gdzieś tak do II WŚ o tym, co jest dobrą nauką, decydowały (profesorskie) autorytety, znane z imienia i nazwiska. Wówczas pytanie główne brzmiałoby "co o zagadnieniu lingwistycznym X sądzi profesor dala.tata", dziś - w jakim czasopiśmie opublikowano na ten temat doniesienie. Tę rolę profesury przejęli redaktorzy czasopism - niby wciąż w większości wybitne autorytety, ale zdepersonifikowane. Obok nich na autorytety naukowe wyrośli recenzenci grantów, co wprowadziło do systemu kolejny ferment, z którym Polska jeszcze sobie nie poradziła, tj. po tylu latach funkcjonowania KBN, MNiSW a później NCN, wciąż funkcjonujemy w warunkach nieustabilizowanych ("transient state"), czyli w pewnym sensie rewolucyjnych,

  • misiekc1 napisał(a) komentarz datowany na 2017/11/15 12:09:27:

    Ja tam cały czas mam nadzieję, że tej swojej dwudziestki jeszcze nie zacząłem. I oby ten stan trwał jak najdłużej!

  • h_hornblower napisał(a) komentarz datowany na 2017/11/15 12:18:51:

    Jak najdłużej? W sensie do końca życia? :)

  • trzy.14 napisał(a) komentarz datowany na 2017/11/15 14:12:06:

    A u nas ciekawostka: dodatkowa rekrutacja na udział w projekcie mającym na celu "podniesienie kompetencji kadry dydaktycznej Uniwersytetu na rzecz wzmocnienia jakości kształcenia na uczelni współfinansowanego ze środków Unii Europejskiej w ramach Europejskiego Funduszu Społecznego" ble ble ble.

    Po cholerę podnosić kompetencje *dydaktyczne*, jak chlebek ma się tylko za wyniki naukowe? Więc mnie ta dodatkowa rekrutacja nic a nic nie dziwi.

    Więc gdyby tych "slotów" miałoby być 20, to może 10 z nich przeznaczyć na osiągnięcia naukowe, a 10 na "inne"?

  • glass_onion napisał(a) komentarz datowany na 2017/11/15 14:47:56:

    Swoją drogą trzeba by rozróżnić świadomość wagi "dzieła" w chwili publikowania i ex post. Czy świat na to czekał, czy został olśniony doniosłością odkrycia? :-P

  • doktorgolgi napisał(a) komentarz datowany na 2017/11/15 15:01:45:

    @trzy.14

    "Tę rolę profesury przejęli redaktorzy czasopism - niby wciąż w większości wybitne autorytety" - parsknąłem śmiechem przy tym. Chyba, że to "niby" było wypowiedziane z bardzo sarkastycznym akcentem?
    Bowiem owszem, redaktorzy to i wybitne autorytety, ale tylko w garstce czasopism i zwykle jako figuranci - bo inaczej ich określić się nie da (np. tzw. "editorial board"). Taka tam fasada dla czasopisma. Bardzo rzadko to właśnie oni pochylają się nad naszymi publikacjami.
    W większości wypadków losami publikacji zajmuje się jakiś "managing editor", którego wiedza na temat zwykle (gorzko, ale prawdziwie; choć na szczęście nie mogę powiedzieć, że zawsze) okazuje się dość powierzchowna. Tacy "failed postdocs" jak o nich mawiamy.
    Brutalne, ale w świecie gdzie jest kilkanaście tysięcy (?) czasopism (w mojej branży), to po prostu brakuje autorytetów, nawet jak są w kilku czasopismach naraz.

  • misiekc1 napisał(a) komentarz datowany na 2017/11/15 19:35:37:

    @h_hornblower
    Do końca życia to niestety "z definicji" się nie da, bo wtedy automatycznie 20-tka się wypełni, przynajmniej u mnie bo już "pobrudziłem" trochę papieru.

    @trzy.14
    to podniesienie kompetencji dydaktycznych to niegłupia sprawa. Z tego co rozmawiam ze znajomymi, to u ściślaków już zaczęły się walki o studentów i doktorantów, bo ktoś te doktoraty musi napisać, żeby oni zostali profesorami. O tak przyziemnej sprawie jak realizacja grantów nawet nie wspominam. A potencjalnego doktoranta najlepiej złapać na dydaktyce. Oczywiście im lepszym dydaktykiem się jest, tym większe szanse powodzenia.

    @doktorgolgi
    W dobrych czasopismach nawet "desk rejection" jest zwykle merytoryczne - niemal jak recenzja. A do innych nie warto słać swoich artykułów. Już lepiej wrzucić je do jakiegoś repozytorium i google (a co za tym idzie osoba zainteresowana) je znajdzie.

  • dala.tata napisał(a) komentarz datowany na 2017/11/15 20:18:46:

    Pi, bardzo mi milo, ale ja sie juz nie lapie. Moi profesorowie jeszcze zaliczali sie do ludzi, ktorzy 'znali lingwistyke'. I oni rzeczywisice mieli zdanie na temat tego, co sie dzieje 'w lingwistyce'. czesc z nich jeszcze ma, jakos... Ja juz nie. i to zupelnie nie.

    To troche dlatego, ze obracam sie gdzies na granicach dyscyplin, ale tez dlatego, ze jak zaczynalem, to ja jeszcze mialem subskrypcje kilku czasopism. Prywatna. dzisiaj nie mam, bo to nie ma zadnego sensu. Jak niedawno napisalem, ja dzisiaj czytam 'przeszukania', a nie czasopisma.

    Wydaje mi sie, ze jestesmy, plus minus, w tym samym wieku. Zaczynalismy w innej galaktyce.

  • halucinski napisał(a) komentarz datowany na 2017/11/15 22:08:51:

    @Doktorgolgi:

    > Brutalne, ale w świecie gdzie jest kilkanaście tysięcy (?) czasopism (w mojej branży),
    > to po prostu brakuje autorytetów, nawet jak są w kilku czasopismach naraz.

    @Dala.tata:

    > Jak niedawno napisalem, ja dzisiaj czytam 'przeszukania', a nie czasopisma.

    No to muszę przyznać, że w tym (i tylko w tym) sensie jestem szczęściarzem. W mojej dziedzinie jest 4-6 liczących się czasopism: 2-3 w Europie, drugie tyle w Ameryce Północnej i okrągłe 0 z pozostałych kontynentów. Część z nich to miesięczniki, część kwartalniki (sic!), więc nie mam najmniejszego problemu z byciem na bieżąco z doniesieniami. Wszystkich branżowych czasopism, tzn. tych indeksowanych w dużych bazach, jest kilkadziesiąt, ale te spoza wymienionej czwórki (szóstki) można sobie podarować, bo ryzyko pominięcia dobrej, tj. wnoszącej coś pracy, jest znikome. To zdecydowanie najbardziej niszowa działka w naukach medycznych, a żeby było jeszcze dowcipniej, taka, której metoda badawcza i używane instrumentarium nie zmieniły się od jakichś... stu lat.

  • charioteer1 napisał(a) komentarz datowany na 2017/11/15 22:54:07:

    @3.14

    Kopiuje po calosci, bo z pewnymi rzeczami sie zgadzam, z innymi zupelnie nie:

    O zupełnie nowej roli czasopism (oraz towarzystw naukowych i samych naukowców). Gdzieś tak do II WŚ o tym, co jest dobrą nauką, decydowały (profesorskie) autorytety, znane z imienia i nazwiska. Wówczas pytanie główne brzmiałoby "co o zagadnieniu lingwistycznym X sądzi profesor dala.tata", dziś - w jakim czasopiśmie opublikowano na ten temat doniesienie. Tę rolę profesury przejęli redaktorzy czasopism - niby wciąż w większości wybitne autorytety, ale zdepersonifikowane. Obok nich na autorytety naukowe wyrośli recenzenci grantów, co wprowadziło do systemu kolejny ferment, z którym Polska jeszcze sobie nie poradziła, tj. po tylu latach funkcjonowania KBN, MNiSW a później NCN, wciąż funkcjonujemy w warunkach nieustabilizowanych ("transient state"), czyli w pewnym sensie rewolucyjnych,

    Jezeli dzisiaj jakis profesor twierdzi, ze zna sie na swojej dyscyplinie i potrafi stwierdzic, co jest "dobra nauka" przynajmniej w tej dyscyplinie, to nalezy taka osobe w trybie natychmiastowym pozbawic wszelkich funkcji i najlepiej odizolowac od spoleczenstwa ze skutkiem natychmiastowym. Przy takim stopniu globalizacji i specjalizacji, z jakim mamy obecnie do czynienia, ktos kto twierdzi, ze w swojej dyscyplinie jest kompetentny, by oceniac wszystko, jak leci, ewidentnie jest niespelna rozumu.

    Nie tak dawno temu zwrocilo sie do mnie z prosba o recenzje pewne czasopismo wydawane w UK. Recenzja oczywiscie anonimowa, ale artykul juz opublikowany, wiec wiem, kto jest autorem. Krotko potem instytucja grantowa z Niemiec przyslala mi do oceny wniosek grantowy tej samej osoby. Zeby bylo jeszcze smieszniej, niedlugo potem abstrakt autorstwa tej samej osoby znalazl sie w mojej puli abstraktow do oceny przyslanych przez organizatorow miedzynarodowej konferencji. Za kazdym razem inne grono osob gdzies tam w swiecie, nawet nie zawsze mi znanych, decydowalo o tym, ze pewnie ja jestem najbardziej kompetentna osoba, by artykul, projekt, czy abstrakt o takiej tematyce oceniac.

    Nawet brakuje mi slow, zeby to opisac nie popadajac w przesade. Dzisiejsza nauka wyszla poza ramy instytucjonalne ograniczone granicami krajow. Jest systemem dynamicznym, w ktorym autorytet dotyczy waskiej specjalizacji, a konstelacje autorytetow sa plynne i dynamicznie zmienne. W tym swiecie CK, czy gowinowska RDN z trzema specjalistami na dyscypline, ktorzy maja powolywac recenzentow do oceny dorobku, to jakis koszmarny anachronizm z alternatywnej rzeczywistosci.

  • trzy.14 napisał(a) komentarz datowany na 2017/11/16 01:56:11:

    Jezeli dzisiaj jakis profesor twierdzi, ze zna sie na swojej dyscyplinie i potrafi stwierdzic, co jest "dobra nauka" przynajmniej w tej dyscyplinie, to nalezy taka osobe w trybie natychmiastowym pozbawic wszelkich funkcji i najlepiej odizolowac od spoleczenstwa ze skutkiem natychmiastowym.

    Ulżyło mi. Wg powyższego kryterium nie ma podstaw, by mnie izolować :-)

    Przy takim stopniu globalizacji i specjalizacji

    I tu mamy kolejny ciekawy punkt. System recenzencki, z którego jesli jesteśmy zadowoleni (a ja generalnie jestem) to ten globalny, który kształtował się przez kilka pokoleń i zdążył okrzepnąć. Jest też oparty na tak wielkiej puli potencjalnych recenzentów, że można mieć nadzieję, że dla każdego artykułu czy książki istnieją w niej osoby zarówno kompetentne, jak i całkowicie niezwiązane z autorami tej pracy.

    Tego nie da się już powiedzieć o recenzjach w skali naszego kraju. Być może problem wszelakich naszych recenzji wewnątrzkrajowych polega nawet nie na tym, że to recenzje "skażone polskością"/"duchem PRL-u", tylko że jest nas zwyczajnie za mało: albo się nie znamy (merytorycznie), albo się znamy (więc jesteśmy uwikłani w potencjalne konflikty interesów, które w dodatku mogą się materializować dopiero po kilku latach). Tymczasem dobry recenzent powinien się jednocześnie znać i nie znać.

    No i drugi punkt. A gdyby tak - czysto teoretycznie - zanurzyć nasze recenzje grantowe w oceanie światowym? Jak by one wtedy wyglądały? No choćby europejskim - gdyby takie NCN Opus było ECN ("Eurepejskie Centrum Nauki) Opusem, w którym startują naukowcy z UE? Chodzi mi o same procedury. Bo tym razem nie ilość byłaby główną barierą, skoro w USA dają sobie radę z taką skalą, a jednocześnie (chyba) nie organizują NSC (Nevada Science Center) Opusów, czyli konkursów stanowych.

  • trzy.14 napisał(a) komentarz datowany na 2017/11/16 08:57:26:

    Uff! Ale artykuł! Spróbujmy, może jakaś wyszukiwarka zindeksuje ten blog jako źródło wiedzy naukowej,

    J. Van Der Geer, J.A.J. Hanraads, R.A. Lupton, The art of writing a scientific article
    Article,Journal of Personality and Social Psychology 83:1456-1468, January 2000

    www.researchgate.net/publication/285740962_The_art_of_writing_a_scientific_article

    Po wejściu na RG można ujrzeć, a jakich kontekstach i gdzie 328 razy cytowano ten artykuł z, podkreślmy, Journal of Personality and Social Psychology. Na przykład:

    they prefer to use energy-efficient construction technologies and adhere to the policy of sustainable development. Buildings consume 30% to 40% of all primary energy [1]. In a modern urbanized society, the role of nature is extremely important.

    Co ukazało się drukiem w Procedia Engineering

    Sam artykuł doczekał się wzmianki na Retraction Watch: retractionwatch.com/2017/11/14/phantom-reference-made-article-got-almost-400-citations/
    Tyle że jako artykuł opublikowany w nieistniejącym czasopiśmie Journal of Science Communications.

    Przykładowy artykuł cytujący opublikował Elsevier; seria Procedia XXX publikuje artykuły po-konferencyjne w systemie OpenAccess z "disclaimerem" w formie podobnej do "Peer-review under responsibility of the organizing committee of WMCAUS 2016".

    Reasumując, Elsevier dostrzegł kolejny ogromny rynek wydawniczy: grube tysiące naukowców, którzy gdzieś muszą się pokazywać i coś opublikować, żeby utrzymać się w pracy, i Elsevier tę potrzebę zaspokoił na całego, przenosząc na komitety organizacyjne konferencji nie tylko całą odpowiedzialność za recenzowanie artykułów, ale nawet *prace redakcyjne* (redaktor czasopisma na pewno wyłapałby referencję do nieistniejącego czasopisma), ograniczając się prawdopodobnie do outsourcingu ostatecznego składu do Indii i pobrania kasy od Autora w Potrzebie.

    Jedyne, co Elsevier wkłada do biznesu, to swoja reputacja, oparta na reputacji wydawanych przez siebie od dziesiątek lat czasopism naukowych. Jest tylko kwestią czasu, gdy w takich Procediach zaczną się ukazywać chemitrailsy albo trotyle smoleńskie.


  • charioteer1 napisał(a) komentarz datowany na 2017/11/16 14:56:57:

    @3.14
    Jezeli chodzi o najwieksze polskie instytucje grantowe, to chyba ten system recenzencki nie dziala u nas najgorzej. Pisze "chyba", poniewaz sadze jedynie po tym, co dostaje do recenzji i to sa projekty dosc dobrze dobrane pod katem mojego profilu badawczego. Choc z drugiej strony byl jeden projekt idealnie wstrzelony w moj profil ekspercki, ktory byl przygotowany naprawde na niezlym poziomie swiatowym, a mimo mojej maksymalnej oceny przepadl, wiec zakladajac uczciwosc postepowania, pozostaje kwestia, kim byl ten drugi recenzent, ktory projekt uwalil.

    Lokalnosc ocen najlepiej widac w postepowaniach awansowych. Tutaj ograniczenia formalne - ma byc co najmniej habilitowany i bez konfliktu interesow, ograniczona pula potencjalnych recenzentow, spelniajacych te wymogi formalne, mieszaja sie ze zwykla niekompetencja, lenistwem i oportunizmem grona powolujacego recenzentow, wiec w efekcie otrzymujemy mieszanine piorunujaca i powolanie kompetentnego merytorycznie recenzenta jest wyjatkiem raczej niz regula. Jezeli do tego jeszcze dojdzie efekt losowania z trzykrotnosci wymaganej liczby zapisany w projekcie 2.0, polaczony z efektem przetrzebienia grona powolujacego recenzentow poprzez laczenie dyscyplin, to prawdopodobienstwo powolania merytorycznie kompetentnego recenzenta bedzie rowne prawdopodobienstwu trafienia szostki w totka.

  • charioteer1 napisał(a) komentarz datowany na 2017/11/16 15:23:56:

    Tekst w Procedia Engineering ma w ogole fantastyczna bibliografie - pozycje 1,3,6.

  • staryzgred2012 napisał(a) komentarz datowany na 2017/11/16 15:40:42:

    @trzy.14, , @charioteer1

    To niechlujstwo w cytowaniu szablonu bibliograficznego to nie tylko pośpiech, ale i nieznajomość narzędzi. Wystarczy wziąć EndNote'a lub Menedeleya i problem w zasadzie znika: nie ma pozycji bez cytowania i nie ma cytowań do nieistniejących pozycji. A jak przyjdzie, po reject'ie, przerobić artykuł przygotowany z bibliografią kolejnościową na kolejność alfabetyczną to wystarczy jeden ruch i mam GWARANCJĘ, że nic się nie pomiesza i nic się nie zgubi.

  • doktorgolgi napisał(a) komentarz datowany na 2017/11/16 16:39:58:

    @staryzgred2012
    To taka oczywista, oczywistość co mówisz (a jest jeszcze super fajny Zotero, MacOSowe Papers i tona innych), ale są ludzie którzy przypisy wstawiają i administrują ręcznie. I to sporo, i to na wyższych stanowiskach.
    Mnie w tej kwestii mało co może zaskoczyć.
    A na to się nakłada całkowite niedablstwo omawianych niżej redaktorów, którzy (w moim przypadku) nigdy sobie nie zadali trudu by sprawdzić przypisy (jedynie ich techniczny aspekt - tj. format, a i to nie oni, a personel od składu).
    Za to w kilku czasopismach widziałem fajny patent, że o ile w artykule (normalnie jeszcze w pliku word, tego co wysyłamy) poprawnie zastosowaliśmy ich szablony (czy jak kto woli style - za pośrednictwem ww. narzędzi), to system kreował nam z tego bibliografię i automatycznie sparwdzał czy uda się odnaleźć te pozycje i dopasować do nich doi/PMID. I ładnie oznaczał te, co do których się nie dało, i wtedy każdy mógł szybko sparwdzić, czy gdzieś nie ma babola. Czyli w sumie da się.

  • trzy.14 napisał(a) komentarz datowany na 2017/11/16 22:50:20:

    Zgred,
    Ale chyba zanim wyślemy, najpierw czytamy to, co wysyłamy?
    Jakim narzędziem zastąpić zwykłą, staranną lekturę własnego tekstu?

  • trzy.14 napisał(a) komentarz datowany na 2017/11/17 00:06:26:

    chario miała na myśli pozycje 1,3 i 6 w spisie cytowanej literatury w tym dziele:
    www.researchgate.net/publication/317826527_Influence_of_Normal_Vectors_on_the_Accuracy_of_Product%27s_Geometrical_Specification

    Pocieszające jest, że w Słowacji też muszą rozliczać granty, że braciom Słowianom pomagają w tym Polacy, że nie tylko u nas w proceedingasach pokonferencyjnych można opublikować artykuł tematycznie niezwiązany z tematem konferencji i że moi licencjusze, jeśli zdecydują się pisać licencjat po angielsku, robią to na wyższym poziomie językowym. No i przede wszystkim - licencjaty naszych studentów poza autorem czytają przynajmniej dwie osoby - opiekun i recenzent.

  • staryzgred2012 napisał(a) komentarz datowany na 2017/11/17 00:11:54:

    @trzy.14
    > No i przede wszystkim - licencjaty naszych studentów poza autorem
    > czytają przynajmniej dwie osoby - opiekun i recenzent.


    No, teraz pojechałeś po bandzie.
    Dawno się tak nie uśmiałem z Twojego poziomu OPTYMIZMU.

  • staryzgred2012 napisał(a) komentarz datowany na 2017/11/17 00:15:54:

    @trzy.14
    > chario miała na myśli pozycje 1,3 i 6 w spisie cytowanej literatury w tym dziele:

    Pal sześć bibliografię: tam w ogóle nie ma do niej odsyłaczy.
    Chyba, że coś przegapiłem.

  • trzy.14 napisał(a) komentarz datowany na 2017/11/17 01:52:43:

    Zgred,
    Jeśli takich licencjatów jako opiekun/recenzent mam od 0 do 5 rocznie, to naprawdę mogę je przeczytać (i to wielokrotnie, gdy jestem opiekunem). Gdyby ich było choćby 10, a to pewnie byłaby inna rozmowa. Skoro wciąż są miejsca, gdzie przerabia się ok. 100 prac dyplomowych rocznie jako opiekun i zapewne drugie 100 jako recenzent, mogę sobie wyobrazić, że zaprawiony w boju recenzent czyta nie więcej niż streszczenie i może wnioski i może przejrzy obrazki i w 10 minut wypełnia formularz recenzencki. Nie wiem tylko, jak można być opiekunem 100 prac naraz, bo w to, że ktoś tyle licencjatów choćby raz przeczyta, to nie uwierzę, a przecież na każdym z nich widnieje później nazwisko opiekuna.

  • anonimka.7 napisał(a) komentarz datowany na 2017/11/17 20:11:57:

    @trzy.14

    Aż postanowiłam sprawdzić niektórych promotorów. Niektórzy mają, np. 5 czy 10 seminarzystów, ale są też tacy po 40, 50, 60, a nawet 110 studentów w samym tylko 2017 roku. I pewne jest to, że ci z 40 i więcej nie czytają tych prac. Sprawdzić promotora może przez to czy przyjmuje wersje papierowe czy tylko elektroniczne. W wersji papierowej widać podkreślenia i poprawione błędy, a w elektronicznej nie.

  • rudamaruda1949 napisał(a) komentarz datowany na 2017/11/17 23:05:06:

    @anon
    jakie błędy chcesz aby poprawiał ktoś na papierowej wersji?

    W elektronicznej wersji zaznaczam komentarze - ale - nigdy nie poprawiam błędów - jak są błędy - to po sprawdzeniu informuję studenta, że praca jest niegotowa i niech ją poprawi - da do polonisty do sprawdzenia jak nie zna polskiego lub do anglisty jak nie zna angielskiego a wybrał angielski.

    Co do zasady nie chce mi sie promowac bo sie nie oplaca - a są tacy, co się w tym specjalizują i biorą każdą ilość i studenci też do nich oknami i drzwiami walą - i płaczą, jak nie załapią się na 111 bo profesor tylko 110 bierze i już ani jednego.
    Dobrze, że jeszcze tacy są co biorą - bo inni nie chcą brać. A niektórzy wręcz nie dadzą się nijak zmusić do wzięcia nawet jak ktoś błaga.

  • trzy.14 napisał(a) komentarz datowany na 2017/11/17 23:05:57:

    anonimka.7,
    Dlaczego ktoś sobie bierze na kark 110 dyplomantow? Dla... kasy? Nie widzę innego wyjaśnienia. Jeśli tak, to Hartman w jednym chociaż się przydał - we wprowadzeniu do słownika języka polskiego terminu profestytutka.

  • trzy.14 napisał(a) komentarz datowany na 2017/11/17 23:52:12:

    rudamaruda1949,
    Zawsze poprawiam błędy, zawsze na papierze, bo dużo szybciej, zdarza mi się to potem skanować i wysłać studentowi e-mailem. Do skutku, czyli nawet 5 rund. Ale to jest możliwe tylko wtedy, gdy jednocześnie ma się na karku nie więcej niż 2-3 studentów.

  • rudamaruda1949 napisał(a) komentarz datowany na 2017/11/18 00:03:36:

    @trzy
    masz prawo robić rzeczy niepotrzebne
    to Twój czas i Twoje życie
    Mnie, jeszcze przed moją habilitacją - mój Mistrz uczył, że nie mam poprawiać błędów. I tak juz mam. Nie poprawiam.
    I wiem, że na wydziale nikt tego nie robi z tych osób, o których wiem.
    Celem licencjatu czy magisterki czy doktoratu nie jest wykazanie się znajomością polskiej ortografii. Cele tych rygorowych prac są określone przepisami i nigdzie nie kojarzę aby wymagano ode mnie poprawiania błędów - to nie podstawówka i nie język polski.
    Jak jest błąd - to jest to objaw braku szacunku do promotora i zwrócenie pracy bez wskazania gdzie jest błąd jest dotkliwą sankcją. A dla mnie jest pewnością, że student coś z pracą zrobił. Sprawdzam wpierw tam, gdzie były błędy. I jak nie są poprawione - informuję, że jeśli po raz kolejny przyniesie pracę okazującą pogardę Uczelni i mnie jako uczelni przedstawicielowi - to kończymy współpracę. Wolę poświęceć mój czas osobom, które poważnie i uczciwie podchodzą do sprawy a nie jakimś lekkoduchom, którzy nie szanują nikogo - ani siebie ani innych. Takim osobom dyplom mojej uczelni nie jest potrzebny.
    Daj spokój - Tobie chyba chodzi o sprowokowanie i bycie kontrowersyjnym. Nie wierzę, że jesteś gotów dać licencjat komuś kto udowodnił, że wyłudził maturę.

  • zitterbewegung napisał(a) komentarz datowany na 2017/11/18 00:20:04:

    Mnie sie zdarza czytac prace np dlatego ze są częścią skromnego dorobku kogos kto wlasnie opublikowal cos świetnego, albo dlatego że porusza rzadką a interesująca mnie tematykę więc niejako wchodzi w moje pole widzenia (tak, nawet monitoruję listy składanych prac, trochę bez sensu, otoh normalni ludzie marnują czas na gazety). Gdy zawierają one błędy to źle myślę przede wszystkim o promotorze, a najczęściej dlatego, ze już wcześniej znałem ją/go od złej strony.

    Używanie słów nacechowanych emocjonalnie natomiast uznałbym za objaw jakiegoś schorzenia.

  • rudamaruda1949 napisał(a) komentarz datowany na 2017/11/18 00:54:22:

    @zitt
    Praca rygorowa, to najistotniejsza co do rangi praca - mogę zrozumieć, że ktoś w liście do mnie pisanym w USOS-ie pisze niezręcznie. Także zdaża się, że studenci piszą w esejach nieprecyzyjnie i tam też błąd może się zakraść. Jednak praca doktorska, magisterska czy licencjacka to nie wpisy na forum, to nie kolokwia pisane w pośpiechu, a tekst, przynajmniej z założenia, przygotowany rozważnie i w spokoju. Do tego w edytorze tekstu, który ma słownik ortograficzny i dość często wyłapujący również gramatyczne i stylistyczne potknięcia. To jest minimum. Jednak są też doktoranci, którzy konsultują ich prace nawet z medialnymi polonistami pokroju Jana Miodka byle uniknąć lub zmniejszyć ryzyko wpadki. I to jest godne pochwały. Nie mówiąc już o prostym sprawdzeniu pracy przez zaprzyjaźnionego polonistę. To zwyczajnie minimum - aby, skoro nie da się uniknąć niedoskonałości merytorycznych, przynajmniej nie było błędów (ortograficznych, faktograficznych, stylistycznych czy gramatycznych).
    Należy unikać wysiłku, za który nam nie płacą.

  • zitterbewegung napisał(a) komentarz datowany na 2017/11/18 01:32:36:

    A co to jest wyłudzenie matury i inne inwektywy? Jeśli ja oceniam że się nie nadaję a mimo to robię, to wyłudzam? Nie, ocena to jest kompetencja komisji i komisja ocenia a nie ja siebie oceniam czy jestem godzien poddać się ocenie. Promotor dba o estetykę pracy, prawdę mówiąc nie widzę innej roli promotora (jeszcze higienę pracy, zarządzanie czasem), wszystkie wypunktowane elementy zaliczają się do estetyki: formalna poprawność, formalne wymogi i takie rzeczy. Jak w pracy jest naprawdę ciężki język to ja to naprawdę mam za złe promotorowi. Zdarzyło mi się nawet napisać o tym, że pozwalanie studentowi się mordować w ten sposób męcząc z terminologią wskazuje na niekompetencję promotora. Ortografię chyba ignoruję, bo nie przypominam sobie, żebym komuś wyraził oburzenie na ten temat, rozumiem, że jak się pracuje w innej działce to to może być problem.

  • glass_onion napisał(a) komentarz datowany na 2017/11/18 07:59:37:

    @zitterbewegung
    >Promotor dba o estetykę pracy, prawdę mówiąc nie widzę innej roli promotora

    To ciekawe. W mojej działce promotor odpowiada przede wszystkim za merytorykę:
    1) wymyśla temat (wskazuje problem do rozwiązania, bądź zadanie projektowe)
    2) uczy warsztatu (np. obsługi sprzętu pomiarowego)
    3) nadzoruje prace/badania dyskutując wnioski pośrednie, wskazując, które kierunki należy rozwijać, a które są ślepymi uliczkami
    4) dyskutuje ze studentem wnioski
    5) sprawdza stronę merytoryczną pracy, co najwyżej sygnalizując, że istnieją niedostatki redakcyjne, które należy usunąć przed dopuszczeniem pracy do obrony.
    Może dlatego niektórzy kandydaci na doktorantów mają już całkiem niezłe publikacje.
    A strona redakcyjna pracy (u mnie) jest elementem oceny przez promotora, a nie promotora.

  • ejczbibi napisał(a) komentarz datowany na 2017/11/18 10:13:04:

    Kiedyś bawiłem się w korektora tekstu, teraz uważam to za stratę czasu. Absolwent kierunku filologicznego musi umieć posługiwać się językiem kierunkowym w stopniu pozwalającym na napisanie pracy poprawnie. Teraz komentuję tylko zawartość, nie formę, a pracę przyjmuję dopiero wtedy, gdy student doprowadzi ją do porządku formalnie.

  • trzy.14 napisał(a) komentarz datowany na 2017/11/18 10:29:40:

    Mocne: pau za.kra kow.pl/402_1_2017.pdf (trzeba usunąć spacje - poprawne linki linki zatrzymuje filtr antyspamowy)
    (ANDRZEJ M. BRANDT, "Jeszcze o habilitacji")

  • anonimka.7 napisał(a) komentarz datowany na 2017/11/18 14:09:06:

    @rudamaruda1949

    Głównie chodzi mi o to, aby promotor w pracy licencjackiej czy magisterskiej poprawiał błędy merytoryczne oraz przeczytał pracę od początku do końca. Zdarzają się czasami takie osoby, które poprawiają też inne błędy (przecinki, szyk zdania, skreślenia zbędnych wyrazów, itp.), ale to już zależy wyłącznie od danej osoby.

  • anonimka.7 napisał(a) komentarz datowany na 2017/11/18 14:11:23:

    @trzy.14

    Pewnie dla pieniędzy, ale jakie stawki za 1 obronę są na uczelni to nie wiem.

  • anonimka.7 napisał(a) komentarz datowany na 2017/11/18 14:51:35:

    A co do sprawdzania prac przez promotora podczas doktoratu.

    Podczas pisania pracy na studiach III stopnia, oczekiwania są zupełnie inne, zarówno ze strony promotora, jak i doktoranta. Coraz częściej, spotykane są w dokumentach uczelni szczegółowe oczekiwania promotorów co do tematyki, ale tez innych kwestii. A wiadomo, jak wymagania jednej strony rosną, to ze strony doktoranta oczekiwania również rosną.

    Pewnie, że można zlecić komuś z sektora prywatnego sprawdzenie błędów, wykonanie badań w jakimś programie statystycznym, itp. Można nawet zatrudnić zewnętrznych specjalistów, którzy znają się na danym temacie znacznie lepiej niż osoby pracujące na uczelni, ponieważ wiedza praktyczna przy niektórych tematach prac jest bardziej przydatna niż teoretyczna z książek. W takim razie pojawia się pytanie: Po co doktorantowi promotor? Promotor, który nie za bardzo pomoże w części merytorycznej (bo się nie zna na danym temacie tak dobrze jak doktorant), a w innych częściach też nie za bardzo pomoże, bo to nie jest wśród jego obowiązków.

    Nie można porównywać sprawdzania prac podczas studiów I czy II stopnia, ze sprawdzaniem prac na studiach III stopnia. Przeciętny promotor będzie miał kilkadziesiąt/kilkaset (niektórzy nawet kilka tysięcy) seminarzystów w ciągu życia. A takich doktorantów tylko kilku (ewentualnie kilkunastu), więc wypadałoby się postarać. Oczywiście zdarzą się wyjątki z kilkudziesięcioma wypromowanymi doktorantami, ale bardzo rzadko.

    Większe pole wyboru, ma tu potencjalny doktorant, ponieważ gdy jego temat jest dosyć specyficzny i niszowy oraz w danej jednostce nie ma jednego pasującego promotora do tego tematu całościowo, to student może wybierać spośród tych, którzy się chociaż trochę znają na niektórych elementach. Wtedy, student będzie musiał rozważyć inne czynniki niż znajomość tematu przez promotora.

    Poza tym, uważam, że przeczytanie pracy doktorskiej od początku do końca, pomoc w pewnych kwestiach merytorycznych oraz ogólne sprawdzenie pracy (także różnego typu błędów) nie jest wysoką ceną za pomoc w awansie dla promotora. Promotor musi mieć co najmniej 3 obronione prace, aby składać wniosek o tytuł naukowy profesora. No i najważniejsza kwestia, jeśli dostęp do studiów III stopnia zostanie jeszcze bardziej ograniczony (wiele wydziałów potraciło kategorię pozwalające na szkoły doktorskie) to nowi doktoranci staną się jeszcze rzadszym okazem, a awans dla niektórych (oczywiście dla tych, którzy chcą awansować) niemożliwy. Dodatkowo, rządzący mają utrudnić promotorowi życie, jeśli jego doktorant się nie obroni.

  • zitterbewegung napisał(a) komentarz datowany na 2017/11/19 01:18:48:

    No sorry, promotor który wymyśla temat to jest dopiero porażka i pomyłka i jakas inna galaktyka, sorry.

    Ważną rolą promotora jest na pewno kierowanie tematem tak żeby był realnie wykonalny, w szczególności względem możliwości studenta. Merytorycznie promotor nie pisze pracy, to czym się zajmuje dbając o meritum jest głównie dbaniem o estetykę, kryteria warsztatowe są estetyczne.

    Moim zdaniem promotor uczy pisania i to bardzo.

  • glass_onion napisał(a) komentarz datowany na 2017/11/19 08:11:49:

    W ST promotor jest kreatorem tematyki badawczej zespołu i wie, jakie problemy mieszczą się w tej tematyce i jakie są białe plamy. Magistrant ani doktorant nie ma (zwykle) wystarczającej wiedzy, żeby takie nierozwiązane problemy zidentyfikować. Dlatego zresztą promotor jest najczęściej współautorem artykułów, które powstają podczas/po realizacji pracy. I tak jest we wszystkich znanych mi zespołach badawczych z mojej działki, z uczelni z pierwszej setki rankingów - a widać, że to rzeczywiście inna galaktyka.

  • glass_onion napisał(a) komentarz datowany na 2017/11/19 08:35:11:

    P.S. Rozumiem, że w innych dziedzinach może być inaczej. Jednak, nie wchodząc w dyskusję o sensowności habilitacji, czy "samodzielność" bądź "niesamodzielność" naukowa to różnica co do osoby, która dba o estetykę tekstu?

  • zitterbewegung napisał(a) komentarz datowany na 2017/11/19 14:12:47:

    Jest kreatorem, ale student ma wiedzieć co go interesuje. Jak promotor potrzebuje kogoś do pracy, to zatrudnia. Jak promotor czegoś nie zna to nie wymyśla tematu dla studenta żeby on mu to zreferował, bo nie może wtedy sprawdzić merytorycznie. Ja po prostu nie robię tematów z rozdzielnika i tu u mnie jest selekcja. Inni jak widać mają więcej czasu na pierdoły to sobie selekcję zostawiają na etap ortograficzny.

  • glass_onion napisał(a) komentarz datowany na 2017/11/19 14:48:47:

    Wspomniane przeze mnie "białe plamy" to problemy nierozwiązane w nauce, a nie to, czego "promotor nie zna" - założyłem, że mówimy o promotorach kompetentnych. Student/doktorant wybierając promotora (i temat) wybiera to, co go interesuje. Nie wyklucza to w żadnym razie adepta z własnym tematem spoza głównego nurtu zainteresowań promotora. - wtedy rola promotora jest nawet trudniejsza, bo musi się douczyć, żeby nabrać potrzebnych kompetencji.

  • szary.doktor napisał(a) komentarz datowany na 2017/11/22 00:08:39:

    Zastanawiam się, gdzie ci promotorzy, co to nie wskazują tematyki pracy, tylko ją przyjmują, się jeszcze uchowali. Raz - studenci mają raczej nędzne rozeznanie nawet w swojej tematyce. Dwa - badania kosztują, rzadko można sobie pozwolić na szukanie finansowania tylko po to, żeby magistrant wcielił w życie swoje pomysły. W ostatnich latach zdarzyła mi się jedna praca w temacie zaproponowanym przez magistrantów. Przemyślana, sensowna, z potężnym researchem na poziomie planowania. Wyszła fajnie, z podsumowaniem pracą w piśmie z IF ok. 2,5. Ale to wyjątek, nie oszukujmy się.

Dodaj komentarz

Kanał informacyjny

Czytam

Warsztat badacza

Dariusz Galasiński - Blog

Graham Scambler - Blog

LSE - Blogs

Piotr Stec

language: a feminist guide