Robię habilitację

Wpis

poniedziałek, 11 grudnia 2017

Co by tu jeszcze spieprzyć, panowie?

Już jakiś czas temu dostałem kolejnego maila od p. Tomasza Burdzika, który pisze mi o kolejnych plagiatach dokonanych na jego tekstach. Trochę mi zajęło napisanie o tym, za co mojego korespondenta przepraszam,  i pojawił się już post na blogu prof. Pluskiewicza, który omawia tę sprawę. Żeby było śmieszniej, o plagiatach tekstów Burdzika pisałem już na początku 2016 roku. Odnotowuję sprawę z obowiązku pręgierzowego, ale mam też dwie refleksje. 

 

Po pierwsze, z całym szacunkiem dla p. Tomasza Burdzika, jego dorobek, jak mi się wydaje, nie jest szczytem możliwości naukowych w jego dyscyplinie czy specjalności (to zdanie to konstatacja trajektorii rozwoju naukowego, a nie ocena możliwości intelektualnych autora). Co takiego zatem powoduje, że  odkrywamy kolejne plagiaty jego tekstów. Czy plagiatorzy uważają, że on nie zauważy tych plagiatów? Czy liczą na to, że nawet jeśli ktoś zauważy, to nikt palcem nie kiwnie?

 

Po drugie, jest również coś tragicznego w tym, ze p. Burdzik pisze do akademickich blogerów z prośbą o to, by upublicznili jego sprawę. Ma jednak rację, prawda? Pamiętacie sprawę habilitacji p. Andrzejaka? Tak, tak, on robił habilitację, jak jeszcze bramy na guziki zamykano! I co? Sprawa jeszcze trwa, jak donosi prof. Wroński w Archiwum nieuczciwości. Mam wrażenie, że gdyby habilitacja była dziedziczna, to jeszcze wnuki Andrzejaka mogłyby sie nią legitymować, bo ktoś znowu coś spier...

 

I na koniec, chciałbym zwrócić uwagę na treść retrakcji artykułu p. Agaty Podosek:

Artykuł został retraktowany na żądanie Tomasza Burdzika poparte przez Komisję do Spraw Etyki w Nauce Polskiej Akademii Nauk.

 

Ja to bym pomyślał, że artykuł powinien zostać retraktowany dlatego, bo jest plagiatem, a nie dlatego, że pokrzywdzony autor się tego domagał! Co więcej, UJa trzeba prosić o to z poparciem, żeby łaskawie zgodził się oznajmić, że artykuł oszustki przestaje być artykułem? Że jest oszustwem i plagiatem! I ja mam pytanie: ładnie trzeba poprosić, czy zwyczajnie starczy?

 

 

Szczegóły wpisu

Tagi:
Autor(ka):
habilitant2012
Czas publikacji:
poniedziałek, 11 grudnia 2017 01:19

Polecane wpisy

Komentarze

Dodaj komentarz

  • flamengista napisał(a) komentarz datowany na 2017/12/11 08:04:25:

    Po pierwsze, poziom naukowy prezentowany przez mgr. Burdzika nie ma żadnego znaczenia w kontekście plagiatu. Jednak skoro autor bloga czepia się poziomu - z tego co widzę, to doktorant UŚ, więc może warto dać mu czas na rozwój naukowy. Na publikacje na liście A ma jeszcze czas...

    Natomiast jeśli chodzi o pytanie "dlaczego", to nie ma co się doszukiwać drugiego dna. Najbardziej prostackie wyjaśnienie jest na ogół tym właściwym. Otóż Pan Budzik publikuje z zakresu antropologii międzykulturowej - ta tematyka w Polsce jest (o dziwo) dość słabo zinternacjonalizowana. Co więcej, większość klasyków (np. wspomniany śp. prof. Dyczewski) publikuje w formie monografii lub w tradycyjnych polskich papierowych czasopismach, do których dostęp elektroniczny jest utrudniony. Słowem - trzeba się pofatygować do biblioteki i zrobić rzetelną kwerendę. Zaś Burdzik od studenckich lat udostępniał swoje teksty w wolnym zasobie w internecie, co w tej działce nadal jest w PL rzadkością.

    No więc właśnie lenistwo plagiatorów i poczucie bezkarności spowodowało, że zaczęto kraść teksty od Burdzika właśnie. Po prostu po wpisaniu w google scholar haseł kluczowych "kultura" oraz "globalizacja" tekst Burdzika wyskakuje jako jeden z pierwszych i od razu można go ściągnąć w pdf na komputer.

  • ejczbibi napisał(a) komentarz datowany na 2017/12/11 08:26:07:

    Gwoli sprawiedliwości. Na samym początku linkowanego tekstu jest informacja "Artykuł autorstwa Agaty Podosek ... został wycofany z powodu plagiatu tekstu zapożyczonego z artykułów ..."

  • czlowiek.z.makulatury napisał(a) komentarz datowany na 2017/12/11 09:12:26:

    Dokładnie drogie dzieci. Jak plagiatować to co najmniej z drugiej strony wyników googla.

  • habilitant2012 napisał(a) komentarz datowany na 2017/12/11 10:21:58:

    Z żalem konstatuję, że źle zostałem odebrany. Nie było moim zamiarem czepianie się poziomu tekstów. Po prostu, to właśnie doktorant i moim zdaniem nie jest/nie powinien być celem ataków plagiatorskich. Gdybym miał kraść czyjś tekst, to ukradłbym tekst profesora z Hiszpanii.

    Pana Burdzika serdecznie przepraszam, jeśli poczuł się dotknięty.

    A plagiat tesktów z drugiej strony gugli przekonuje mnie.

  • habilitant2012 napisał(a) komentarz datowany na 2017/12/11 10:27:01:

    Wpis zmieniłem, dodając wyjaśnienie, że idzie mi właśnie o trajektorię rozwoju doktoranta, a nie czepianie się poziomu tego, co pisze.

  • halucinski napisał(a) komentarz datowany na 2017/12/11 14:45:48:

    @Habilitant2012:

    Ja, prawdę mówiąc, nie rozumiem, dlaczego we wpisie blogowym w ogóle umieścił Pan ten komentarz o poziomie naukowym splagiatowanych prac. Przecież dla istoty plagiatu nie ma znaczenia, czy splagiatowana publikacja była wybitna, świetna, dobra, taka sobie czy marna. Ważne jest tylko to, że ktoś przywłaszcza sobie czyjąś pracę.

  • habilitant2012 napisał(a) komentarz datowany na 2017/12/11 14:53:46:

    Już o tym napisałem. Bo wydaje mi się, że doktorant jest mało prawdopodobnym celem plagiatorów. Szczególnie takich po doktoracie.

    Czy ma znaczenia, jaka praca zostaje skradziona? Na jednym poziomie, nie ma żadnego. Jednak mnie zaskakuje, gdy profesor kradnie magistrantowi (stara sprawa z Wrocławia), mniej mnie zaskauje, gdy kradnie innemu profesorowi. Bo albo magistrant, w tym wypadku doktorant, jest geniuszem, albo plagiator naprawdę w desperacji.

    Gdybym miał już kraść komuś artykuł, to kradłbym komuś, kto gwarantuje mi jakość tegoż artykułu. Moim zdaniem, doktorant tej gwarancji jeszcze nie daje.

  • habilitant2012 napisał(a) komentarz datowany na 2017/12/11 15:49:17:

    Zanim mnie ktoś jeszcze o to oskarży - to, co napisałem, nie jest w żadnym stopniu podważaniem tego, że rzeczony doktorant padł ofiarą plagiatu.

  • flamengista napisał(a) komentarz datowany na 2017/12/11 16:10:37:

    @habilitant: ależ oczywiście, plagiatowanie prac doktoranta świadczy nie tylko o żenująco niskim poziomie etycznym, ale również merytorycznym sprawcy.

  • czlowiek.z.makulatury napisał(a) komentarz datowany na 2017/12/11 16:25:26:

    Też rozumiem te rozterki. Jak plagiatować, to od najlepszych.

  • habilitant2012 napisał(a) komentarz datowany na 2017/12/11 16:32:25:

    @flamengista: i dokładnie o to mi chodziło. Dla mnie to: Zdarzyła się gratka, pijanego pobić dziadka.

  • misiekc1 napisał(a) komentarz datowany na 2017/12/11 17:10:00:

    Teksty najlepszych są czytane, cokolwiek oni napiszą. Dlatego plagiatowanie najlepszych nie jest bezpieczne, bo byle recenzent to zauważy. Dlatego trzeba plagiatować kogoś, kogo mało kto czyta, ale jednocześnie ma to na tyle sensu, że da się to opublikować. To taka swego rodzaju równowaga Nasha, tylko w odniesieniu do strategii plagiatowania a nie wyrywania panien w barze jak chciał reżyser "Pięknego umysłu" ;) .

  • trzy.14 napisał(a) komentarz datowany na 2017/12/11 18:53:18:

    Gowin został, Macierewicz został, wszyscy zostali... Nawet Szydło została, tyle że bardziej po bożemu. Tego nawet Cyrankiewicz by nie wymyślił.

  • halucinski napisał(a) komentarz datowany na 2017/12/11 20:29:00:

    Chwilę potrwało, zanim zajarzyłem, o czym Pan mówi, Pi. Nie mam TV, czytuję tylko tygodniki, w sieci rzadko robię sobie prasówkę, więc i wieści polityczne zwykle docierają do mnie z opóźnieniem. Ad rem: filozof by powiedział, że cechą istotną stałej zmiany jest ta stałość. No i tu mamy tego przykład. I na filozofii skończę, bo po co się denerwować?

  • flamengista napisał(a) komentarz datowany na 2017/12/11 20:41:58:

    Zupełnie z innej beczki: czy ktoś szacował, jakie będą OBNIŻKI pensji od 1 stycznia 2018. Wiele krakowskich uczelni (nie moja na razie, ale wszystko przed nami) wprowadziło nowe zasady naliczania kosztów uzyskania przychodu, w oparciu o nową interpretację nowych przepisów wprowadzonych przez ministerstwo finansów w tym roku.

    Zastanawiam się dlaczego nikt nic o tym nie mówi i nie protestuje. Środowisko naukowe zachowuje nieprawdopodobną wprost bierność, zupełnie tego nie rozumiem.

  • trzy.14 napisał(a) komentarz datowany na 2017/12/11 20:47:47:

    To ja tylko wyjaśnię, że Cyrankiewicz był chyba pierwszym Polakiem, który awansował z premiera na wicepremiera. Ja naprawdę przez wiele lat myślałem, że tamte czasy mamy już za sobą...

  • trzy.14 napisał(a) komentarz datowany na 2017/12/11 20:50:23:

    fla,
    Chodzi o to, że dotąd 85% mojej pensji było objęte nadzwyczajnym kosztem uzyskania przychodu i w związku z tym płacony przeze mnie podatek był bliższy 10 niż 20%?
    A ile ma pozostać po 1 stycznia z tych 85%?

  • flamengista napisał(a) komentarz datowany na 2017/12/11 21:05:52:

    @3.14: to zależy od interpretacji uczelnianych prawników. Na AGH - 50% zamiast 85. Na UJ ponoć jeszcze gorzej.

  • halucinski napisał(a) komentarz datowany na 2017/12/11 21:22:59:

    U mnie bez zmian.

  • flamengista napisał(a) komentarz datowany na 2017/12/11 21:28:19:

    No u mnie też, ale widzę że część uczelnianych prawników panikuje. A ludzie obudzą się w nowym roku z pensjami o ładnych parę procent niższymi.

    Najśmieszniejsze, że początkowo miało być inaczej i chodziło o zwiększenie kwoty do której przysługuje 50% odliczenie kosztów. Tak politycy reklamowali to rozwiązanie.

  • h_hornblower napisał(a) komentarz datowany na 2017/12/11 22:00:52:

    habilitant, w tym przypadku plagiatu dopuściła się studentka, więc plagiatowała 'lepszego od siebe', bo doktoranta.

  • trzy.14 napisał(a) komentarz datowany na 2017/12/11 23:57:55:

    Do czego studentce plagiat? Jakieś stypendia czy co?

    Ponadto zwracam uwagę na bardzo interesujący artykuł M. Wrońskiego, zalinkowany w bieżącym wpisie Gospodarza, zwłaszcza w części dotyczącej CK.

  • anonimka.7 napisał(a) komentarz datowany na 2017/12/12 00:29:34:

    @trzy.14

    Prawdopodobnie chodziło o stypendium. Będąc na studiach I czy II stopnia, taki artykuł może podwyższyć studentowi średnią, a w konsekwencji stypendium znacznie bardziej niż ten sam artykuł na studiach III stopnia. Na studiach III stopnia konkurentów jest znacznie więcej, więc np. 1-2 artykuły na rok nie dają pewności, że będzie stypendium.

  • misiekc1 napisał(a) komentarz datowany na 2017/12/12 10:32:22:

    @flamengista
    U mnie od lat jest tak, że pracownik podpisuje oświadczenie, jaką część pracy wykonuje w ramach 50% kosztów uzyskania przychodu i administracja tak go rozlicza. W razie problemów to pracownik będzie się tłumaczył w urzędzie. U nas wszyscy ponoć wpisują 90%.

    @trzy.14
    dokładnie tak jak pisze anonimka.7 Wyścig szczurów zaczyna się coraz wcześniej. Jest sporo wszelkiego rodzaju stypendiów projakościowych, rektora, wojewody, ministra itd. Jakoś w tłumie trzeba się wyróżnić, żeby coś uszczknąć dla siebie.

  • czlowiek.z.makulatury napisał(a) komentarz datowany na 2017/12/13 11:31:02:

    Mi mój szanowny pracodawca właśnie wysłał, że to moja sprawa i pełna odpowiedzialność finansowa oraz prawna, czy Minister/Premier Morawiecki uzna moje dzieła za autorskie w myśl obowiązujących przepisów, czy też nie.

  • trzy.14 napisał(a) komentarz datowany na 2017/12/13 22:04:34:

    U mnie ciągle 85%.

  • trzy.14 napisał(a) komentarz datowany na 2017/12/16 16:02:44:

    artykułu podesłanego przez Zitta:

    The report on salaries was particularly controversial; we hesitated before making this information public, but decided it was important. For comparable positions, the ratio of professor salaries in different countries is over 4 to 1, even within Western Europe with a comparable standard of living. PhD students and postdoc salaries follow a similar pattern. My interpretation of these figures is that European countries divide themselves into two categories: those that treat university professors as top talent, similar to senior engineers or higher management in companies; and those that view them as somewhat ameliorated high-school teachers. The difference is profound, and reflected in more than salaries.

    arxiv.org/pdf/1712.05078.pdf

  • trzy.14 napisał(a) komentarz datowany na 2017/12/16 16:22:24:

    www.informatics-europe.org/component/phocadownload/category/10-reports.html?download=53:data-report-2016

    zwłaszcza tabela "salaries"

  • rudamaruda1949 napisał(a) komentarz datowany na 2017/12/16 20:13:39:

    dziwne myśli mam po tej tabelce
    te państwa, które dobrze płacą profesorom są w wyniku tego płacenia bogate i nowoczesne
    te państwa, które słabo płacą profesorom to siedlisko zacofania i w wyniku zacofania wpadają w biedę

    wniosek - dopisać zero do profesorskich pensji, ustalić sztywno, że w Polsce po doktoracie każdy dostaje nie mniej niż 6 średnich krajowych, po habilitacji nie mniej niż 12 średnich krajowycha po belwederskiej profesurze nie mniej niż 24 średnie krajowe - i po 10 latach zaczniemy mieć pierwsze efekty a po 25 latach bedziemy bardzo bogatym państwem, nowoczesnym i wspaniałym

    ale ci, którzy są wrogami Polski nigdy na to nie pozwolą

  • staryzgred2012 napisał(a) komentarz datowany na 2017/12/17 00:18:57:

    @rudamaruda1949
    > te państwa, które dobrze płacą profesorom są w wyniku
    > tego płacenia bogate i nowoczesne
    > te państwa, które słabo płacą profesorom to siedlisko zacofania
    > i w wyniku zacofania wpadają w biedę


    Nie. To jest wzajemne sprzężenie, po którym się wchodzi stopniowo, jak po spirali.
    1. Państwa płacące dobrze profesorom przyciągają do zawodu ludzi intelektualnie biegłych, którzy w przeciwnym razie poszliby do biznesu.
    2. Ludzie intelektualnie biegli, zatrudnieni na dobrze płatnych stanowiskach profesorów, dają nowatorskie rozwiązania skuteczne i opłacalne.
    3. Dostarczone rozwiązania powodują, że opłacalne są wysokie gratyfikacje profesorskie, co powoduje, że patrz pkt.1.

    I tak przy stopniowym podnoszeniu wynagrodzeń i stopniowym uzyskiwaniu coraz bardziej opłacalnych rozwiązań dochodzi się do stanu bogactwa i kreatywności. Niestety, u nas sprzężenie feudalizmu - skutkującego traktowaniem pracowników według schematu "eksperymentu więziennego" - i niskich wynagrodzeń, dodatkowo zamrożonych wskutek haniebnej działalności Balcerowicza (jego osławione: szkolnictwo wyższe nie jest do niczego potrzebne) i równie haniebnych działań OECD (osławione: Estonii nie są potrzebne żadne szkoły wyższe) - mamy selekcję do zawodu premiującą nieudaczników i typy psychopatologiczne, które zaspokajają swoje potrzeby przez terroryzowanie podległych pracowników.

  • trzy.14 napisał(a) komentarz datowany na 2017/12/17 16:59:16:

    Zgred,
    "OECD: Estonii nie są potrzebne żadne szkoły wyższe"
    O co chodzi?

  • staryzgred2012 napisał(a) komentarz datowany na 2017/12/17 21:04:18:

    @trzy.14
    > "OECD: Estonii nie są potrzebne żadne szkoły wyższe"
    > O co chodzi?


    W okolicy lat 1993-1995 Estonię najeżdżały sponsorowane przez OECD "brygady Mariotte'a". W założeniu miało to służyć pomocy transformacyjnej, faktycznie było to modelowanie całości ekonomii pod założenia ultrasów neoliberalnych w duchu "konsensusu waszyngtońskiego". W efekcie jednym z ówcześnie lansowanych pomysłów była propozycja całkowitej likwidacji szkolnictwa wyższego w Estonii, gdyż "nie jest ono potrzebne przy komparatywnych przewagach Estonii". Czyli nie owijając w bawełnę: jesteście świetni przy pracach prymitywnych, pozostańcie przy pracach prymitywnych i nie pchajcie się jako konkurencja dla zachodnich firm.

    Dokładnie tak, jak ogrywano naiwne nasze przedsiębiorstwa snując miraże rozwoju po wejściu w struktury dużych koncernów. Koncerny optymalizowały SWOJE dochody, a nie sytuację LOKALNYCH przejmowanych firm. W efekcie kompletne przedsiębiorstwa, dobrze osadzone na regionalnym rynku, mające działy rozwojowe zamieniano w licho płatne montownie, a co najwyżej w zakłady podwykonawcze pozbawione jakiegokolwiek R&D.

    Balcerowicz w okolicy roku 2000...2001 powtórzył to oecedowskie bredzenie w odniesieniu do naszego szkolnictwa wyższego. I nikt z ówczesnego rządu AWS nie skontrował tych bredni. W efekcie zamiast zrobić cokolwiek ewolucyjnie i z sensem zastosowano wyłącznie najpierw podejście stagnacyjne (SLD/PSL), następnie pauperyzujące (PiS 2005-2007), potem darwinistyczne (PO/PSL) i obecnie skrajnie darwinistyczne (PiS).

  • staryzgred2012 napisał(a) komentarz datowany na 2017/12/17 21:21:03:

    @trzy.14

    Zerknij sobie na artykuł (link). Wspominają tam o efektywnie trzech latach wyprzedzenia w nauce, jakie osiągają uczniowie w Singapurze względem uczniów w USA.

    U nas, na podstawie moich doświadczeń, dostrzegam opóźnienie rozwojowe rzędu dwóch lat u maturzystów handkowskich względem przed-handkowskich. Oceniając po umiejętnościach i wiedzy studentów pierwszego roku - oni są na poziomie końcówki drugiej licealnej, początku trzeciej. I nie jest to efekt umasowienia, bo to nastąpiło wcześniej niż wprowadzenie gimnazjów, zawężenie liceów i squizowanie matury.

    Ciekawy jest też zacytowany w artykule fragment z książki "Cleverlands":
    ...w krajach uzyskujących najlepsze wyniki w badaniach PISA. Crehan pisze, że w większości tych państw dzieci zaczyna się regularnie kształcić dopiero, gdy skończą sześć albo siedem lat.

    To całkowicie zaprzecza nachalnemu pchaniu pięcio- i sześciolatków do szkół, które wbrew oporowi rodziców bezwzględnie forsowało lobby stojące za Hallową, Szumilas i Kluzikową, a dodatkowo jeszcze sterroryzowano przedszkola groźbami kar za nauczanie czytania i pisania. Czy jesteś świadomy, że w tym okresie niektóre przedszkola, na wyraźne żądanie rodziców, wprowadzały TAJNE nauczanie?

  • zitterbewegung napisał(a) komentarz datowany na 2017/12/17 22:48:30:

    Bardzo ciekawa obserwacja Zgredzie. Zawsze powtarzam, że słowo merytokracja wprowadzono w dobie podziału brytyjskiego szkolnictwa na kształcące i otumaniające, żeby podkreślić fikcję równych szans w sytuacji gdy w jednych szkołach się uczyło a w drugich formatowało roboli.

  • halucinski napisał(a) komentarz datowany na 2017/12/18 00:36:32:

    Interesujący artykuł, Zgredzie.

    No, a u nas po raz drugi w ciągu ostatnich kilkunastu reformuje się szkolnictwo podstawowe i średnie poprzez reorganizację jego struktury. Forma nie zastąpi treści, chociaż oczywiście może ją bardzo wspomagać.

    Zamiast tak kształcić w szkole dzieci, by patrzyły w przyszłość, obserwowały teraźniejszość i tylko zerkały w przeszłość, my znów robimy na odwrót: uczymy więcej o dziejach (historia) i o wierzeniach (religia), a mniej choćby o narzędziach i sposobach pozyskiwania, gromadzenia i przetwarzania danych (informatyka).

    Symptomatyczne jest zresztą rozporządzenie MEN z 14 lutego 2017 w sprawie podstawy programowej (odnośnik), gdzie pierwszy cel nauczania w podstawówce jest sformułowany następująco:

    Kształcenie ogólne w szkole podstawowej ma na celu:
    1) wprowadzanie uczniów w świat wartości, w tym ofiarności, współpracy, solidarności, altruizmu, patriotyzmu i szacunku dla tradycji, wskazywanie wzorców postępowania i budowanie relacji społecznych, sprzyjających bezpiecznemu rozwojowi ucznia (rodzina, przyjaciele).


    Umiejętności krytycznego i logicznego myślenia, rozumowania, argumentowania i wnioskowania, ukazywanie wartości wiedzy, rozbudzanie ciekawości poznawczej czy przekazywanie wiadomości rozporządzenie wymienia dopiero w punkcie 5 i dalszych...

    Formatowanie roboli, jak to zgrabnie ujął Zitterbewegung.

  • halucinski napisał(a) komentarz datowany na 2017/12/18 00:49:34:

    @Staryzgred2012:

    > U nas, na podstawie moich doświadczeń, dostrzegam opóźnienie rozwojowe rzędu
    > dwóch lat u maturzystów handkowskich względem przed-handkowskich. Oceniając
    > po umiejętnościach i wiedzy studentów pierwszego roku - oni są na poziomie
    > końcówki drugiej licealnej, początku trzeciej. I nie jest to efekt umasowienia, bo to
    > nastąpiło wcześniej niż wprowadzenie gimnazjów, zawężenie liceów i squizowanie
    > matury.

    Na zajęciach większość moich studentów (medycyna i dentystyka), i to zarówno z II roku, jak i z V roku, mówi mi, że minister wydaje ustawy, parlament -- rozporządzenia, a Trybunał Konstytucyjny -- wyroki na przestępców. I jak ja mam ich nauczyć, który sąd jest sądem opiekuńczym, do którego składa się wniosek o wyrażenie zgody zastępczej na leczenie ciężko chorego dziecka, kiedy rodzice nieracjonalnie się temu sprzeciwiają?

  • trzy.14 napisał(a) komentarz datowany na 2017/12/18 09:16:46:

    Zgred,
    Ale czytajmy do końca. Uczniowie, którzy skończyli 6 lub 7 lat to właśnie sześcio- lub siedmiolatki. Prawdą jest, że w Finlandii posyła się do szkół dopiero 7-latki, a mimo to edukację fińską od lat stawia się za wzór, z czego wynika, że można kształcić dobrze rozpoczynając naukę szkolną dopiero od 7. roku życia. Ale o ile mi wiadomo, w całej Europie poza Polską i Finlandią do szkoły idą sześciolatki. Czyli takie rozwiązanie też jest możliwe i też prowadzi do dobrych rezultatów. Przy czym zdaje się, że Polska i Finlandia odziedziczyły wiek rozpoczęcia obowiązku szkolnego z czasów carskich (choć wtedy to pewnie tylko dla wybranych).

    Ale co więcej piszą w tym artykule?
    Estonia celowo wybrała nastawienie włączające. Za wszelką cenę dąży się w tym kraju do tego, aby uczniowie nie musieli powtarzać klas. ... Podobnie jak w Finlandii i Kanadzie, w Estonii próbuje się maksymalnie ograniczyć selekcję na podstawie umiejętności. Kierowanie uczniów w stronę kształcenia przygotowującego do studiów albo przygotowania zawodowego odsuwa się do ukończenia przez nich 15. albo 16. roku życia. Laidmets wyraża przekonanie, że dzięki temu łatwiej później absolwentom znaleźć zatrudnienie, ponieważ większe umiejętności w zakresie matematyki i alfabetyzmu ułatwiają im dostosowanie do zmian zachodzących na rynkach pracy i zdobycie nowych kwalifikacji. Tam natomiast, gdzie uczniów wcześnie oddala się od drogi prowadzącej do studiów czy to przez skierowanie ich do szkół zawodowych, czy przeniesienie do mniej rygorystycznych oddziałów w tej samej szkole różnice między dziećmi zamożnymi a ubogimi zwykle okazują się większe. W Holandii uczniowie szkół zawodowych uzyskują wyniki słabsze od uczniów szkół ogólnokształcących o taką liczbę punktów, jaka odpowiada mniej więcej trzem latom nauki. Im więcej możliwości kształcenia ktoś może wybierać, tym więcej będzie miał później możliwości awansu społecznego tłumaczy Andreas Schleicher, dyrektor wydziału szkolnictwa w OECD.

    I jeszcze:
    Crehan pisze, że w większości tych państw dzieci zaczyna się regularnie kształcić dopiero, gdy skończą sześć albo siedem lat. Zamiast typowej nauki stosuje się w okresie przedszkolnym metody uczenia przez zabawę i rozwija się umiejętności społeczne, aby dzieci przygotować do szkoły. Później uczęszczają one do szkół ogólnokształcących do ukończenia 16. roku życia. Nawet w Singapurze, gdzie część uczniów kieruje się do szkół zawodowych w wieku 13 lat, dba się o to, aby uczniowie takich placówek cechowali się wysokim poziomem umiejętności w zakresie czytania i matematyki.

    Powyższe jest na przekór słowom i czynom Dobrej zmiany.

    Zbrodnią Zalewskiej nie jest cofnięcie 6-latków, tylko cofnięcie 5-latków. Chodzi o to, że za posłaniem do szkół 6-latków szła reforma zerówek, które miały objąć *obowiązkowo" dzieci 5-letnie. To w miastach ma małe znaczenie, ale na wsiach czy wszelkich obszarach społecznego wykluczenie byłaby to zmiana rewolucyjna, bo służąca wyrównaniu szans.

    Drugą zbrodnią jest skrócenie edukacji ogólnej z 9 do 8 lat. TO JEST PRODUKCJA ROBOLI. To mi przypomina zdanie z East of Eden, gdzie ktoś trzeźwo zauważa, że pierwsi kolonizatorzy Dzikiego Zachodu ukradli ziemię Indianom, a później natychmiast ustanowili szeryfów i sędziów, żeby nikt inny im tej ziemi nie odebrał; tak dziś nowe wielkomiejskie elity, rękami Zalewskiej, zabezpieczają swojej wielkomiejskiej progeniturze bezpieczne miejsca w wielkomiejskich uniwersytetach. Te dwa kroki: podwyższenie wieku rozpoczęcia edukacji szkolnej i obniżenie czasu obowiązkowej edukacji ogólnej efektywnie służą wyłącznie utrwaleniu podziałów społecznych i zmniejszeniu społecznej mobilności.

  • trzy.14 napisał(a) komentarz datowany na 2017/12/18 09:36:42:

    I kolejna sprawa: co mierzy PISA? Średnią mierzy. Najłatwiej średnią podnieść, poprawiając wyniki najsłabszych. To dlatego Polska po wprowadzeniu gimnazjów tak ładnie poprawiła swoje wyniki, bo nagle uczniowie, którzy poszliby do zawodówek, zostali rok dłużej w trybach edukacji ogólnej, w gimnazjach.

    W tym sensie Singapurowi "łatwiej", bo tam nie ma dzieci wiejskich...

    A takiemu Izraelowi trudniej, bo w tym społeczeństwie są nie tylko potomkowie europejskej inteligencji, ale i masa osób ultrareligijnych którzy jeśli są płci męskiej to uczą się dłuuuugo, ale na pewno nie matematyki oraz masa Arabów, którzy mogą nie mieć odpowiedniego zaplecza kulturowego w swoich rodzinach.

    Finlandia, Estonia dobre wyniki w PISA uzyskuje dzięki polityce "wszystkie dzieci są nasze", czyli zapewnienia każdemu równego startu. O ile wiem, w Finlandii nie ma szkół innych niż rejonowe. Właśnie dlatego, by start w dorosłość był równy.

    I nad tym, czy likwidować w gimnazjach klasy nierejonowe można było się przy okazji reform zastanowić, choć raczej bez powodzenia, bo my wciąż jesteśmy mentalnie zachłyśnięci neoliberalizmem, każdy sobie rzepkę skrobie, choćby i na plecach sąsiada. Likwidowanie całych gimnazjów to głupota, bo zanim szkoły - podstawowe i licea - zaczną normalnie funkcjonować, zanim kadra nauczycielska się w nowych warunkach "ogarnie", minie minimum 10 lat. Ile nam zajęło dostosowanie się do znacznie prostszego podziału 3+2 i czy naprawdę się dostosowaliśmy?

  • trzy.14 napisał(a) komentarz datowany na 2017/12/18 09:44:38:

    z podziałem 3+2 jest jak z mechaniką kwantową. Została ona powszechnie zaakceptowana dopiero wtedy, gdy w naturalny sposób wymarli jej przeciwnicy. Zmierzam do tego, że dla młodych adiunktów, którzy sami uczyli się w systemie 3+2, taki podział jest naturalny i oni widzą w nim sens. Dla całej reszty sensu on nie ma.

    Wszyscy widzimy, że na studiach magisterskich zostaje niewielki ułamek absolwentów studiów licencjackich. Czy gdyby jedyne studia były 5-letnie, to ci studenci w 100% zostaliby na studiach 5 lat, czy w ogóle nie podjęliby żadnych studiów, tylko poszliby na kursy pomaturalne a potem do roboty - oto jest pytanie!

    Bez podziału 3+2 strumień młodzieży trafiający na studia wyższe od razu uległby redukcji o czynnik rzędu 2-3, bo nie każdy chce i może (ze względów nie tylko intelektualnych, ale głównie ekonomicznych) studiować 5 lat.

  • zitterbewegung napisał(a) komentarz datowany na 2017/12/18 10:30:32:

    ultrareligijnych którzy jeśli są płci męskiej to uczą się dłuuuugo, ale na pewno nie matematyki

    Jest taka metafora w uczeniu algebry abstrakcyjnej przez zabawy gramatyczne, pokazanie algebraiczności gramatyki.

    Teksty religijne posiadają skomplikowaną strukturę, rozpracowywanie ich logiki i grafu zależności kształtuje też myślenie algebraiczne. Szczególnie dotyczy to Talmudu który stara sie być bardziej totalny niż inne teksty, a szkoły talmudyczne kładą nacisk na pracę grupową i dyskusję (no i tam nie ma jedynie słusznych wniosków, tylko niekończące się intepretacje).

  • zitterbewegung napisał(a) komentarz datowany na 2017/12/18 10:47:13:

    Są też i opresyjne aspekty... www.thejc.com/lifestyle/features/why-south-koreans-are-in-love-with-judaism-1.22961

    "Korean parents value schooling above all else. Parents send their children to after-school" [...] "The stereotype of Jews here is that they are ultra-intelligent people. Jews have come out of nowhere to become business chiefs, media bosses, Nobel Prize winners - we want our children to do the same. If that means studying Talmud, Torah, whatever, so be it,"

  • redezi napisał(a) komentarz datowany na 2017/12/19 10:02:49:

    @ zgred

    "Zerknij sobie na artykuł (link). Wspominają tam o efektywnie trzech latach wyprzedzenia w nauce, jakie osiągają uczniowie w Singapurze względem uczniów w USA. "

    Na poziomie matury Polska / Finlandia to jest pół roku / rok różnicy. Najłatwiej widać to w matmie - w Finlandii całki, i pogłębiona statystyka są w liceum w rozszerzeniu, w Polsce na pierwszym semestrze ścisłych.

    Tu jest program z 2003 (od 2014 mają reformę, ale programu szkół średnich jeszcze nie znalazłem). MAA11 - MAA-13 wykraczają poza mat-fizy "starej matury" (może w klasach uniwersyteckich był podobny poziom, a w Finlandii to zwykły standard matury rozszerzonej).

    www.oph.fi/download/47678_core_curricula_upper_secondary_education.pdf

  • zitterbewegung napisał(a) komentarz datowany na 2017/12/19 11:12:19:

    Programowanie liniowe i optymalizacja jest w Basicu, a w Polsce w rozszerzeniu :) OTOH polscy nauczyciele akademiccy mają głównie pretensje że za mało trygonometrii, wzorów redukcyjnych, logarytmów. Na kursach pościgowych wcale nie ma konceptualizacji całek albo teorii grup tylko ćwiczenie tego licealnego szablonu który jest. Z kolei w International Bacculerate jest jeszcze więcej zagadnień pojęciowych niż w Finlandii ale bardzo płytko.

  • trzy.14 napisał(a) komentarz datowany na 2017/12/20 01:19:23:

    Kompletny off-topic

    Z tym programem nauczania matematyki w Finlandii to trochę jak ze znajomością angielskiego. Już dawno temu zauważyłem, że praktycznie każdy, kogo znam, zna angielki lepiej ode mnie, ponieważ zawsze zna jakieś słówko, czy zwrot, którego ja nie znam. Patrząc na ten program, widzi się znaczną różnicę FI - PL, ale nie zwraca się uwagi na PL - FI. Na przykład teraz w 2. klasie w PL przerabia się na niewiarygodną liczbę sposobów trójmiany kwadratowe. Zamień trójmian z postaci ogólnej na kanoniczną i iloczynową. Zamień z iloczynowej na kanoniczną. Podaj równanie osi symetrii paraboli wiedząc, że to i śmo. Rozwiąż nierówność g(x+1) > |x| -1 gdzie g jest trójmianem. Dla jakich parametrów m trójmian nie ma pierwiastków. Podaj maksymalny przedział, w którym trójmian jest rosnący. Znając postać kanoniczną, znajdź sumę odwrotności pierwiastków. Rozwiąż równanie f(x) = g(x) metodą graficzną. Narysuj wykres funkcji x^2 - |x| - 10. W zbiorze zadań jest z 1000 zadań będących wariacjami na ten temat.

    No i teraz pytanie: jak uczyć, panie premierze, jak uczyć?
    Z jednej strony takie nauczanie może wyrobić sprawność rachunkową, z drugiej - zabić jakiekolwiek zainteresowanie matematyką. Czyż szlachetniejszym jest drążyć te funkcje kwadratowe, po drodze niejawnie przemycając pojęcie monotoniczności albo utrwalając znajomość wzoru redukcyjnego na x^2 - a^2, rezygnując jednak z podania jakichkolwiek informacji o wielomianach wyższych stopni, o pochodnych, całkach czy jakiejś nieco bardziej użytecznej statystyce nie wspominając, czy pójść płytko, za to szeroko? Uczyć wszystkiego o niczym, czy niczego o wszystkim?

    Program fiński wydaje się bardzo szeroki, ale cudów nie ma, tam sie nie rodzą inne dzieci niż u nas i założę się, że co najmniej połowa do końca klasy maturalnej nie dostrzeże w wyrażeniu -x^2 + 1 jakiejkolwiek szansy na jego uproszczenie (pojęcie mocno zależne od kontekstu), choć gdyby zobaczyli to samo wyrażenie w odwrotnej kolejności, 1 - x^2 albo lepiej 1^2 - x^2, to może połowa z tych, co nie załapali, już by załapała.

    Jak patrzę na sposób nauczania moich dzieci matematyki, to widzę zieeeew i nuuuudę. Ale rozumiem że jedni się rodzą ze smykałką do matematyki, a inni nie i nie mnie osądzać, jak uczyć matematyki tych, którzy tej smykałki nie mają. Ja jak byłem w szkole, a jakieś zadanie mnie zainteresowało, to mogłem chodzić z nim w głowie tydzień i próbować je rozwiązać na wiele różnych sposobów. Wzorów redukcyjnych nauczyłem się przy okazji rozłupywania takich właśnie trudnych orzechów a nie przez trening na 1000 w sumie bardzo podobnych do siebie zadań. Ale normalny młody człowiek po 2-3 minutach bicia głową w mur zniechęca się, więc zadania z trzema gwiazdkami to - z definicji - nie jest metoda uczenia "dla mas".

    No więc cóż robić. Odpuścić sobie tego Viete'a, za to chociaż wspomnieć o pochodnych i przy okazji nauczyć liczenia pochodnych wielomianów? To pierwsze nie ma niemal żadnego zastosowania praktycznego, drugie jest podstawą każdego wykształcenia wyższego. Patrząc w ten sposób, odpuścić sobie trzeba by jednak naprawdę dużo z tego, co się uczy - lub próbuje nauczyć - w polskich szkołach.

    A na to wszystko nakłada się fizyka. W podręczniku gdzieś tam w środku materiału pojawia się zajmująca całą stronę ramka z definicją i omówieniem iloczynu wektorowego. Jasne, że autor podręcznika chciałby pisać dla osób, które to pojęcie znają. Ale taka jedna ramka po pierwsze przez większość uczniów zostanie zignorowana, jeśli zawarte w niej wiadomości nie pojawiają się na egzaminach, testach, kartkówkach. Po drugie, jej treść zostanie natychmiast zapomniana, jeśli nie zostanie utrwalona i umieszczona w kontekście wiedzy już znanej. Co ciekawe, z jakichś powodów iloczyn wektorowy chyba nie występuje w programie nauczania matematyki, a to przecież taki wdzięczny temat na żmudne, mechaniczne rachunki...

  • trzy.14 napisał(a) komentarz datowany na 2017/12/20 07:50:39:

    prenumeruj.forumakademickie.pl/fa/2017/12/z-tego-nie-zrezygnujemy/

  • trzy.14 napisał(a) komentarz datowany na 2017/12/20 08:13:22:

    Zgred,
    Liczba studentów między 1990 a 2000 roku wzrosła 4-krotnie, a więc liczba studentów "nabieranych" na 1. rok zapewne wzrosła nawet więcej niż 4-krotnie. Gimnazja pojawiły się w Polsce w 1999 r., pierwsi ich absolwenci w 2002. Szczytowanie wyżu demograficznego na uczelniach było w 2005 r. (niemal 2 mln studiujących, wobec 400 tys. w roku akademickim 1990/91.

    Więc to nie gimnazja odpowiadają za słabsze przygotowanie uczniów do podjęcia *naszych* studiów, tylko demografia i Gauss, i większa swoboda wyboru.

  • misiekc1 napisał(a) komentarz datowany na 2017/12/20 08:18:06:

    Ja tam miałem i wzory Viete'a i pochodne, a nawet całki (mat-fiz) i żyję, ale też nie uważam, żeby humaniści mieli się tego wszystkiego uczyć.

    Natomiast ogólniej co do dydaktyki matematyki i fizyki to z mojej perspektywy, matematyka jest nauczana znacznie lepiej i spójniej. W przeciwieństwie do fizyki, gdzie np. walczą z potocznym terminem "prędkość", próbując zmieniać ją na "chyżość" czy coś jeszcze gorszego, matematycy wiedzą, że wynik iloczynu wektorowego nie jest wektorem (choć ma niektóre cechy wektora), więc nie mieszają dzieciom w głowach. Fizycy zrobią to wystarczająco skutecznie.

  • trzy.14 napisał(a) komentarz datowany na 2017/12/20 08:54:08:

    misiekc1,
    Czy możesz sobie wyobrazić nauczanie fizyki, które nie wychodzi poza wiedzę XVII-wieczną? A właśnie tak jest na lekcjach matematyki. Moim zdaniem to jest główny problem szkolnej fizyki, że oczekuje się od niej, że ona umożliwi zrozumienie choćby podstaw funkcjonowania współczesnej technologii, a tymczasem w pierwszej klasie liceum nawet na poziomie rozszerzonym przeznacza się na nią 1 godzinę tygodniowo. Wiedzy przybywa lawinowo, a liczba godzin, jakie dzieci mogą poświęcić nauce, jest stała.

  • zitterbewegung napisał(a) komentarz datowany na 2017/12/20 11:22:42:

    Fundamentalna trudność ale i wyższość fizyki polega na konceptualizacji. Wiedza że "ma niektóre cechy wektora" jest bezużyteczna, bo chcemy nie tylko wiedzieć jakie właściwości z tabelki spełnia ale mieć także intuicję co do jego behawioryzmu, jak się transformuje w przestrzeni. Na lekcjach matematyki występuje bliźniaczy problem z wersorem. Zwykle się go po prostu nie wprowadza. W matematyce temat motywacji jest tabu nie dlatego, ze jej nie ma czy jest niepotrzebna, tylko tak ciężko przekazać że się nawet nie próbuje, może przejdzie przez osmozę z ćwiczenia.

    Temat wzorów redukcyjnych i innych fetyszy "bo nic nie nauczymy to może sprawność" już został w cywilizacji opracowany na przykładzie trygonometrii. W końcu dogma minęła, nie z powodu nagłej utraty przydatności, w latach 50 i przy współudziale złośliwych filipik przeciw trójkątom w programie nauczania ze strony wiodących matematyków.

  • misiekc1 napisał(a) komentarz datowany na 2017/12/20 11:33:27:

    @trzy.14
    Dlategą tą jedną godzinę należy wykorzystać z sensem, a nie kazać wkuwać na pamięć różnorakie regułki lub wzory. Nie znam się na dydaktyce matematyki, fizyki i czegokolwiek innego, ale dla mnie fizyka to nauka o prawach przyrody. I jest fascynującym, że działanie tych praw zwykle da się precyzyjnie opisać używająć wspomnianej XVII-wiecznej matematyki. Ale jeszcze lepsze jest to, że zwykle do orientacji jak te prawa działają w zupełności wystarcza znajomość matematyki na poziomie podstawówki. Banalny przykład. Czy robotnik na budowie potrafi obliczyć działanie dźwigni, równi pochyłych i bloczków? Wątpię. A zwykle nie przeszkadza mu to w skutecznym i często kreatywnym korzystaniu z tych "wynalazków". Nie dlatego, że zna jakiś wzór, ale dlatego, że zna zasadę działania.

  • kahlkopf napisał(a) komentarz datowany na 2017/12/20 13:53:38:

    Przepraszam, że wtrącę swoje 3 grosze, ale skoro rozmowa spełzła na dydaktykę fizyki i matematyki, to mam swój pogląd. Bardzo mi przykro, że od wielu lat nauczanie fizyki traktuje się bardzo po macoszemu, natomiast matematyka polega głównie na tym, by coś tam zauważyć i zastosować odpowiedni wzór. Ma to niestety też przełożenie na fizykę, gdzie uczniowie (studenci) też są nastawieni na to, żeby w zadaniu zastosować od razu jakiś wzór, do którego podstawi się dane i coś wypluje. Problem w tym, że zabija się całkowicie chęć do zgłębiania wiedzy i dobrze pojętą kreatywność i wyobraźnię. I o ile matematykę można potraktować jeszcze jako narzędzie, to z fizyką jest już problem. Z jednej strony w gimnazjum, czy teraz po kolejnych zmianach do zmiany, po zmianie, a przed kolejną zmianą bardzo mała liczba godzin od 1 do 2 tygodniowo, często w grupach, gdzie jest nawet po 30 uczniów. To nie są dobre warunki brzegowe, do zrobienia czegoś sensownego. Druga rzecz, to sami nauczyciele, którzy pracując w ciągłym chaosie prawnym i programowym mają dość. Część tych dobrych często odchodzi z zawodu i pozostają miernoty, dla których nauczenie regułki i wykucie wzoru na pamięć jest najprostszym XIX wiecznym sposobem nauczania. A szkoda, bo fizyka to najlepszy przedmiot do nauczania poprzez doświadczenie, to sami uczniowie własną ciekawością powinni zgłębiać co daje fizyka, a nauczyciel powinien być tylko moderatorem tego procesu, poprzez podpowiadanie i naprowadzanie uczniów do dochodzenia do prawidłowych wniosków. W szkole podstawowej i średniej powinni uczniowie robić samodzielnie jak najwięcej doświadczeń, by dojść do takich prawideł jak zasady dynamiki Newtona, itp. W końcu nie od dziś wiadomo, że w młodym wieku najlepsza nauka odbywa się poprzez ręce. Z wielkim zdumieniem, ale i dużą satysfakcją zauważyłem jak dużo Polaków przychodzi do Centrum Kopernika w Warszawie, czy do Ogrodu Doświadczeń w Krakowie. I ludzie chcą eksperymentować. W końcu nie ma lepszej nauki, niż ta przez zabawę. Może jest jeszcze czas na to by te negatywne skutki ostatnich "reform" z zatęchłym zapaszkiem przeszłości cofnąć i sprowadzić na właściwe tory. A, niestety rzeczywistość skrzeczy.

  • halucinski napisał(a) komentarz datowany na 2017/12/20 17:01:42:

    @Kahlkopf:

    > Z wielkim zdumieniem, ale i dużą satysfakcją zauważyłem jak dużo Polaków
    > przychodzi do Centrum Kopernika w Warszawie, czy do Ogrodu Doświadczeń
    > w Krakowie. I ludzie chcą eksperymentować. W końcu nie ma lepszej nauki, niż
    > ta przez zabawę.

    Byłem już studentem III lub IV roku, gdy pojechałem pracować (a jakże, na lewo) do Londynu. W wolnym czasie chodziłem głównie po muzeach. Jednym z pierwszych było Science Museum. Ci z Państwa, którzy odwiedzili kiedyś to miejsce, wiedzą, na jakiej zasadzie działa: większość mechanizmów można dotknąć i pogmerać przy nich. To tam tak naprawdę zrozumiałem, dlaczego przy tej samej temperaturze drewno wydaje się cieplejsze niż metal, jak zachowują się fale dźwiękowe, dlaczego nierozbite surowe jajo kurze wiruje dłużej niż ugotowane na twardo. W szkole nikt mi tego na fizyce nie pokazał, tylko jakichś wzorków uczyłem się na pamięć i starałem się je wykorzystać przy rozwiązywaniu zadań, których nie rozumiałem.

    > A szkoda, bo fizyka to najlepszy przedmiot do nauczania poprzez doświadczenie,
    > to sami uczniowie własną ciekawością powinni zgłębiać co daje fizyka, a nauczyciel
    > powinien być tylko moderatorem tego procesu, poprzez podpowiadanie i
    > naprowadzanie uczniów do dochodzenia do prawidłowych wniosków. W szkole
    > podstawowej i średniej powinni uczniowie robić samodzielnie jak najwięcej
    > doświadczeń, by dojść do takich prawideł jak zasady dynamiki Newtona, itp.

    Z biologią jest podobnie: im więcej kontaktu z fauną i florą, tym lepiej, i nie mam na myśli oglądania gnid i grzybicy u brudnych ludzi. Miałem ogromne szczęście do biologiczki w dwóch ostatnich klasach szkoły podstawowej. Zorganizowała nam zieloną szkołę, czyli pełny zajęć tydzień na łąkach i w lasach. Nawet ci, którzy średnio przepadali za biologią, potrafili rozróżniać najpowszechniejsze gatunki drzew po kształcie koron czy wzorze kory i, co najważniejsze, bawiło ich to. Idąc na całodniową wyprawę, prześcigaliśmy się w rozpoznawaniu mniejszych roślin: krwawnik pospolity, złocieniec alpejski itd. Robiło się potem zielniki. W szkole mieliśmy małe zoo i były tygodniowe dyżury, podczas których trzeba być czyścić terraria, karmić naszych podopiecznych itd. Ile myśmy się nauczyli z biologii w VII i VIII klasie, to w głowie się nie mieści.

    Chemia też była fajna. Do dziś nie zapomnę robienia siarczku rtęci: dostałem moździerz, tłuczek, rtęć i siarkę i rozcierałem je z godzinę. Rzygałem potem ze trzy dni, a chemiczka do końca szkoły co tydzień mnie przepraszała, że zapomniała włączyć wyciąg. Niedawno dowiedziałem się, że w mojej szkole nie robi się już doświadczeń chemicznych, bo trzeba dbać o czystość środowiska. Serio.

    Da się? Da się.

  • staryzgred2012 napisał(a) komentarz datowany na 2017/12/21 09:09:04:

    @trzy.14
    > Zbrodnią Zalewskiej nie jest cofnięcie 6-latków, tylko cofnięcie 5-latków.
    > Chodzi o to, że za posłaniem do szkół 6-latków szła reforma zerówek, które miały
    > objąć *obowiązkowo" dzieci 5-letnie. To w miastach ma małe znaczenie, ale na
    > wsiach czy wszelkich obszarach społecznego wykluczenie byłaby to zmiana
    > rewolucyjna, bo służąca wyrównaniu szans.


    Jeżeli to "reforma zerówek" miałaby wyglądać tak, jak wyglądały ogólnie działania Szumilas i Kluzikowej, w połączeniu z propagandowymi "darmowymi podręcznikami", pisanymi na kolanie i mającymi poziom chłamu, to może lepiej, żeby tego NA RAZIE nie było? Bo to była czysta propaganda, gdzie rząd z zadęciem coś deklarował, potem to zrzucał na samorządy, ale pieniędzy na to już z budżetu nie przeznaczał.

    > Drugą zbrodnią jest skrócenie edukacji ogólnej z 9 do 8 lat.
    > TO JEST PRODUKCJA ROBOLI.


    Produkcją roboli jest umieszczanie dzieci w toku ŹLE przygotowanego, powierzchownego programu, w zbyt licznych klasach, w których nauczyciel nie będzie mentorem (jak słusznie postulował @haluciński), ale tylko nadzorcą. Przy ograniczonym budżecie lepiej mieć KRÓTSZY, ale DOBRZE przygotowany program w mniej licznych klasach niż lichą wieloletnią masówkę. Bo właśnie ta licha masówka to jest produkcja roboli, lumpenproletariatu intelektualne. Dokładnie tak, jak to wciśnięto młodzieży w połowie lat dziewięćdziesiątych, gdy ówczesna, głodna kasy profesura przeforsowała korzystne dla siebie zapisy o tworzeniu szkół wyższych. I tworzyli. Wyższe szkoły gotowania na gazie. Identycznie było w szkolnictwie podstawowym i średnim, gdzie zezwolono na biznesowe eldorado na podręcznikach. Większość nauczycieli jest PRZECIĘTNA i nie ma zdolności doboru podręczników. Mało liczny margines naprawdę uzdolnionych nauczycieli nie może być uzasadnieniem wprowadzania chaosu podręcznikowego. Bo te podręczniki w przeważającej liczbie są LICHE. W dodatku te podręczniki są JEDNOCZEŚNIE zeszytami ćwiczeniowymi i mają użytek jednorazowy. Próba wyjścia z tego dołka, skądinąd słuszna, skończyła się chaotycznym i zbyt pospiesznym wdrożeniem podręczników darmowych: o równie lichej treści i licho wykonanych. Ze wspomnianego przeze mnie artykułu najważniejsze jest stwierdzenie, że zmiany muszą być POWOLNE, aby podlegały przyswojeniu, ocenie i korektom. Jak mało gdzie pasuje tu stwierdzenie: co nagle to po diable.

    > A takiemu Izraelowi trudniej, bo w tym społeczeństwie są nie tylko potomkowie
    > europejskej inteligencji, ale i masa osób ultrareligijnych którzy jeśli są płci męskiej
    > to uczą się dłuuuugo, ale na pewno nie matematyki


    Zdziwiłbyś się, jak ogromnie stymulujące umysłowo jest studiowanie Tory. Zarówno w zakresie logiki, analizy krytycznej, ale także opanowania zdolności argumentacji. Nie wspomnę już o wyjątkowej w skali tysiącleci religijnej KONIECZNOŚCI alfabetyzacji. Nieprzypadkowo akurat Żydzi (zaakcentuję: mężczyźni, aby @kardla nie zarzuciła mi stosowania seksistowskiego imprintingu) zawsze dominowali w warstwach intelektualnych.

  • czlowiek.z.makulatury napisał(a) komentarz datowany na 2017/12/21 11:22:10:

    Gdyby nauczanie historii wyglądało jak nauczanie matematyki i fizyki w szkołach, to lekcja historii wyglądałaby jak następuje.

    Wychodzi kobita i z kartki recytuje:

    "Zapamiętajcie te daty 1492, 1498, 1519, 1525, 1569, 1596, 1655, 1648, 1772, 1793, 1795, 1791, 1794, powtarzam 1492, 1498, 1519, 1525, 1569, 1596, 1655, 1648, 1772, 1793, 1795, 1791, 1794, bo to ważne daty. Jutro sprawdzian."

  • halucinski napisał(a) komentarz datowany na 2017/12/21 13:35:48:

    Przecież nauczanie historii w szkole podstawowej i średniej do tego się sprowadza: uczeń dostaje pozytywną ocenę, jeżeli przede wszystkim wie, kto komu gdzie i kiedy dał w mordę w imię walki o niepodległość lub honor kraju. U większości nauczycieli historii to wygląda tak, że jeśli uczeń zna datę wydarzenia, ale nie za bardzo wie, co do niego doprowadziło - dostaje ocenę dopuszczającą, a jeżeli nie zna daty wydarzenia, chociaż wie, jakie było jego tło - ma bańkę. Znajomość dat wciąż jest podstawą uzyskania promocji (w ramach lekcji z historii) do następnej klasy.

  • trzy.14 napisał(a) komentarz datowany na 2017/12/21 16:56:14:

    czlowiek.z.makulatury,

    Czy "języka polskiego" nauczył się szanowny Pan w szkole?
    Dla mnie szkolne lekcje polskiego to w dużej mierze jakieś abstrakcyjne rozbiory gramatyczne, regułki ortograficzne albo przeżywanie stułbi (to o mnie), że Słowacki poetą wielkim był.

    Klasa szkolna to z 30 dzieci, a nawet osób, każde inne z innymi zainteresowaniami i zdolnościami. To cud, że szkoła w ogóle może funkcjonować.

  • halucinski napisał(a) komentarz datowany na 2017/12/21 18:36:26:

    @Pi:

    A propos języka polskiego:

    1. Nie tak dawno czytałem, ale nie pamiętam już gdzie, że średni wiek lektury w polskiej szkole to 80 lat. Rozumiem stanowisko (i podzielam je), że istnieje pewien kanon literatury, który każdy uczeń powinien poznać, ale uważam też, że dziś trudno zachęcić dziecko do czytania, podsuwając mu pod nos książki głównie z XIX w. i 1. połowy XX w.

    2. Wspomniał Pan o analizie gramatycznej zdania. Z tego, co wiem, już od kilkudziesięciu lat w językoznawstwie klasyczny podział na części mowy (rzeczownik, czasownik, przymiotnik itd.) jest passe. Nie znaczy to oczywiście, że nie ma żadnej wartości naukowej. Ma, ale nie jest już najważniejszy. Istnieją za to inne podziały, przydatne przy analizie struktury semantyczno-składniowej zdania. Mają wiele wspólnego z logiką, świetnie łączą znaczenie wyrazów z ich funkcją w zdaniu. W podstawowym zakresie nie są wcale trudniejsze od tego klasycznego podziału, który wtłacza się uczniom do głów w kolejnych klasach. Czemu nie ograniczyć nauczania tego klasycznego podziału na rzecz tych innych, nowszych podziałów? Stąd byłby już tylko krok do nauczenia podstaw logiki, która jest bardzo istotna dla precyzji wypowiedzi. Moim zdaniem z lekcji języka polskiego uczeń powinien przede wszystkim wynieść umiejętność sprawnego komunikowania się w języku ojczystym (m.in. argumentacja, wnioskowanie, precyzja wypowiedzi) oraz pewien ogląd literatury, zwłaszcza (ale nie tylko) naszej. Ni mniej, ni więcej.

    "Dzięki" szkole moi studenci mają problem z napisaniem długiej na jedną stronę odpowiedzi na pytanie o tajemnicę lekarską, mimo że pod pytaniem mają przytoczony odpowiedni przepis, który - żeby nie było niedomówień - jest akurat napisany bardzo przystępnym językiem. (O tym już zresztą kiedyś rozmawialiśmy).

  • kahlkopf napisał(a) komentarz datowany na 2017/12/21 19:32:26:

    @ staryzgred2012
    Pozwolisz, że nie będę przytaczał Twojej wypowiedzi, ale zgadzam się z nią w zupełności. Przede wszystkim obecną chorobą naszej edukacji, na którą zapadła w połowie lat 90-tych jest permanentna reforma. I tu nie o to chodzi, by przeciwstawiać sobie PiS z PO, czy jeszcze wcześniejszy AWS. To co jest potrzebne w edukacji to jej przewidywalność, czyli już na początku rodzice dzieci, które idą już do przedszkola powinni wiedzieć jak mniej więcej należy pokierować dzieckiem, aby zgodnie z jego zdolnościami osiągnąć określony poziom wykształcenia. System równocześnie powinien być na tyle elastyczny, aby móc odpowiednio reagować na tendencje występujące na rynku pracy (nie fluktuacje). Wreszcie trzeba sobie powiedzieć wprost edukacja musi kosztować. Tymczasem w Polsce na tą edukację na poziomie szkoły podstawowej i średniej Polska wydaje ok. 5% PKB, to jeden z najniższych odsetków w UE. I tu nie chodzi tylko i wyłącznie o płace nauczycieli, które są żenujące, ale także wyposażenie szkół w niezbędne pomoce naukowe. Ja sam przez pewien czas byłem nauczycielem i uczyłem w klasach nawet 40-to osobowych. Szczerze, to nie praca to udręka. I to nie chodzi o nauczyciela, ale o ucznia, który wówczas pozostaje jedynie anonimowym numerem w dzienniku, dla którego nauczyciel nie ma czasu na lekcji, bo raz jest materiał, który należy przerobić, a poza tym co z pozostałymi dziećmi. Dziś obserwuję, że pomimo tak okrzyczanego niżu demograficznego dalej są utrzymywane bardzo liczne osobowo klasy, bo likwiduje się szkoły. Z resztą na uczelniach jest to samo i dalej grupa laboratoryjna musi liczyć 12-16 osób, a ćwiczeniowa 20-30. Przepraszam, ale w takich okolicznościach to nie można mówić i pisać o nauczaniu, tylko o statystyce i swoją prędkość nauczania przystosować do tych +/- sigma 67% uczniów, czy studentów. Natomiast, czy obecna reforma coś poprawi. Nie ona wprowadza obecnie jeszcze większy chaos, a pieniądze, które mogłyby pójść na doposażenie szkół idą w błoto. "Reforma" w ogóle nie wykorzystuje pozytywnych efektów dotychczasowego systemu, z resztą nie zdiagnozowała i nie poprawia wad systemu. Jest to tak na prawdę zmiana strukturalna, a nie programowa. Zaś sam program, jak i rozłożenie godzinowe na przedmioty wskazuje obecnie na dalsze uwstecznianie programów szkolnych, a co gorsze także ich ideologizację. Problemem polskiej szkoły, że ona nie potrzebuje uczniów zadających pytania, uczniów kreatywnych, mądrych, mających swoje zdanie i swój pogląd. W polskiej szkole również nie ma możliwości na popełnianie błędów przez uczniów celem poszukiwania odpowiedzi na dręczące ich pytania. Obecna szkoła jest nastawiona na systemowe mielenie, formatowanie, źle jest, gdy uczeń zadaje pytanie, a jeszcze gorzej, gdy ma swój pogląd, który może być sprzeczny z wizją MEN. Niestety prawda jest taka, że ciągle mamy prymat pieniądza nad dobrem ucznia, stąd władza (i to nie ważne, która partia) bardzo chętnie przerzuca finansowanie edukacji do poziomu gminy, czy powiatu, nie gwarantując równocześnie na to środków. Dlatego, jak się zbliżają wybory to szkoły na tym cierpią, bo wójt ma do wyboru, czy wybuduje 100 m chodnika w gminie, czy może da coś na choćby remont klas. Jest też jeszcze jeden problem, którego nikt nie zauważa, a myślę, że doskonale uzupełnia się z pierwszym, który napisałem, czyli przewidywalnością. Tym drugim podstawowym problemem jest brak spójności systemu edukacji. Stało się to w tym momencie, gdy PO stwierdziło, że trzeba mieć MEN i MNiSW, by obsadzić więcej stanowisk. Dziś dalej ten podział jest sztucznie utrzymywany, stąd szkolnictwo niższe pięknie się rozmija z tym wyższym. Te dwa światy są co raz dalej od siebie i co raz bardziej nie przystają do siebie, bo każdy dziś minister jest jak szlachcic na zagrodzie, a nawet gorzej bo to jego udzielne księstwo, my zaś parobkami co najwyżej.

  • kahlkopf napisał(a) komentarz datowany na 2017/12/21 22:16:11:

    Myślę, że takim dobrym podsumowaniem, tego wszystkiego jest "Bal w operze" Tuwima. Jeżeli ktoś chce odświeżyć sobie daję link: literat.ug.edu.pl/balwop/poemat.htm

Dodaj komentarz

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny

Czytam

Warsztat badacza

Dariusz Galasiński - Blog

Graham Scambler - Blog

LSE - Blogs

Piotr Stec

language: a feminist guide