Robię habilitację

Wpis

piątek, 29 czerwca 2018

Bllpszszszsz.........

W niniejszym poście używam rodzaju męskiego, jednak wcale nie musi, choć może, to oznaczać, że wszyscy zainteresowani są mężczyznami. Sprawa, o której napisano do mnie, ma się następująco (pomijam część szczegółów, by ukryć tożsamość zainteresowanych oraz osoby, które do mnie napisała).

 

Promotor. Promotor promuje doktoranta od dłuższego czasu, do tej pory nie zwracał uwagi za bardzo na doktoranta, nie zgłaszał też wobec niego zastrzeżeń.

 

Kontekst. Rada wydziału, w którym doktorant chciałby się doktoryzować, w ostatnim czasie postanowiła nie wszczynać kilku przewodów doktorskich. Wywołało to zdumienie jednych, przeraziło innych. Z kolei nasz promotor postanowił podjąć kroki. Można przypuszczać, że kroki wynikają z tego, że o promotorze można powiedzieć wiele, jednak nie to, że jest naukowcem wybitnym, no i się przestraszył.

 

Kroki. Gdy wieści o rzezi doktoranckich niewiniątek rozeszły się oraz odbiły echem, częścią tego echa stał się również promotor. Otóż nagle i bez uprzedzenia oznajmił doktorantowi, że doktorant całkowicie i zupełnie nie nadaje się na doktoranta i nie ma sensu tegoż doktoratu dalej pisać.

 

Doktorant. To jest najsmutniejsza część tej historii. Okazuje się, że doktorant wziął na poważnie słowa promotora. No, przecież noblesse oblige, nieprawdaż? I skoro profesor tak mówi, to mówi prawdę i może doktorant rzeczywiście nie się nadaje. Doktorant zwrócił się więc do osoby trzeciej z pytaniem, czy tak od razu powinien zrezygnować, czy może jednak można by mu dać jeszcze szansę. Na szczęście osoba trzecia miała młotek w szufladzie i poprosiła doktoranta, żeby się nim puknął w głowie.

 

Morał. O promotorze nie warto pisać, wszak jest to uprzejmy blog akademicki, a tu można by napisać tylko słowa powszechnie uważane za obraźliwe. Mam jednak pewną propozycję. Otóż może by warto od samego początku uczyć naszych doktorantów, że są pionkami w grach promotorskich, że promotorzy promują ich po to, żeby zrobić dobrze sobie samym i w momencie, gdy doktorant zagraża promotorowi, jego wizerunkowi czy jeszcze czemuś innemu, doktorant zostanie spuszczony w akademickim klozecie. Bez mrugnięcia promotorskiego oka.

 

 

PS. Jak zwykle dziękuję wszystkim, którzy do mnie piszą, za listy i zaufanie. Proszę też o dalsze listy.

PS2. Bardzo proszę też o niespekulowanie na temat tożsamości osób w powyższym wpisie. Ofiarą takich spekulacji będą tylko doktoranci.

Szczegóły wpisu

Tagi:
Autor(ka):
habilitant2012
Czas publikacji:
piątek, 29 czerwca 2018 18:14

Polecane wpisy

Komentarze

Dodaj komentarz

  • doktorgolgi napisał(a) komentarz datowany na 2018/06/29 19:05:17:

    Gospodarzu - używaj rodzaju pozapłciowego (uwaga! nie chodzi o rodzaj nijaki) jak Dukaj w "Perfekcyjnej niedoskonałości". :)

    A co do posta to nasuwa się jeden komentarz. Smutne to. Raz, bo te rozgrywki. Dwa, że promowanie kogoś zobowiązuje - choćby do tego by śledzić postępy, zatem pomagać, kształtować, jak i oceniać wcześniej, niż na etapie przewodu. Trzy, bo jakby dwa było wdrożone, to żaden promotor nie musiałby się wstydzić przed RW, że jego doktorant się nie nadaje, i przewodu mu nie otworzą. Bo nie byłoby kilku lat nieinteresowania się...

  • trzy.14 napisał(a) komentarz datowany na 2018/06/29 19:07:01:

    1. Czego przestraszył się promotor?

    2. Jeżeli promotor mówi, ze doktorant nie zrobi doktoratu, to wie, co mówi, chyba że doktorant zmieni promotora.

  • prof_baltazar napisał(a) komentarz datowany na 2018/06/29 19:08:54:

    Słuszne spostrzeżenia. Często spotykanym przypadkiem jest problem że promotor nic nie umie, sensowni wykładowcy ze strachu chowają głowę w piasek. Wyniki doktoranta podważają dorobek ostatnich 50 lat pracy katedry, co nie jest trudne. Gdy celem było trwać i promować się na koszt podatnika. Biedny taki promotor, ile się musi natrudzić aby zniszczyć doktoranta.

  • trzy.14 napisał(a) komentarz datowany na 2018/06/29 19:18:19:

    3. Wpis jest napisany z perspektywy doktoranta. A co na to druga strona? Mnie się zdarzyło utracić kontakt z doktorant, a jak się przypadkiem spotkaliśmy, to dowiedziałem się, że doktorant spodziewało się, że to ja się z ono skontaktuję. (czy to są poprawne formy bezpłciowe?).

    4. Brakuje mi informacji, czy doktorant pracował nad *swoim* doktorantem pomimo braku zainteresowania promotora. Doktorat to 90-99% pracy doktoranta (i zwykle dwie piersi wypięte do orderu :-) ). Faktem jest jednak, że promotor jest potrzebny, by ta cała praca nie szła w gwizdek.

  • dala.tata napisał(a) komentarz datowany na 2018/06/29 19:20:20:

    Zastanawiałem sie nad tytułem i doszedlem do wniosku, ze to musi byc dzwiek spuszczanej wody w klozecie. Trafilem?

  • habilitant2012 napisał(a) komentarz datowany na 2018/06/29 19:23:31:

    Pi: Wpis nie jest pisany z perspektywy doktoranta.
    Dala: Tak!!!! Niestety, gugiel nie pomógł w znalezieniu stosownej onomatopei, więc wymyśliłem sam. Cieszę się, że jednak było do odczytania.

  • habilitant2012 napisał(a) komentarz datowany na 2018/06/29 19:24:35:

    @doktorgolgi: Dzięki za sugestię!

  • halucinski napisał(a) komentarz datowany na 2018/06/29 21:53:22:

    @Habilitant2012:

    Polecam "Słownik onomatopei..." prof. Bańko, wydany przez PWN. Prócz obszernego rejestru wyrazów dźwięko- i ruchonaśladowczych zawiera kilka opracowanych z głową indeksów, które pozwalają szybko znaleźć potrzebne słowo. Moim zdaniem to przydatna rzecz dla takiego blogera jak Pan.

    Jeszcze bardziej przyda się Panu "Słownik eufemizmów polskich..." prof. Dąbrowskiej, również z PWN. Indeks jest taki sobie, tzn. standardowy, ale za to hasła pogrupowano rodzajowo, więc rzut oka na spis treści wystarczy, by zidentyfikować interesującą nas grupę pojęciową, zajrzeć do niej i odpowiednie dać rzeczy słowo.

    Aż się prosi, żeby wpis blogowy zatytułować: ,,Dwa zera''. Starsi P.T. Forumowicze pewnie od razu zrozumieją aluzję.

  • halucinski napisał(a) komentarz datowany na 2018/06/29 22:01:16:

    @Trzy.14:

    > Mnie się zdarzyło utracić kontakt z doktorant, a jak się przypadkiem spotkaliśmy,
    > to dowiedziałem się, że doktorant spodziewało się, że to ja się z ono skontaktuję.

    A to ciekawe. Zawsze wydawało mi się, że to doktorantowi powinno bardziej zależeć na utrzymywaniu kontaktu z promotorem.

    PS. Znam oczywiście wyjątki od tej zasady, i to skrajne: promotor, niezadowolony z przedstawionego mu projektu rozprawy doktorskiej, napisał za doktoranta całą dysertację, bo szybko potrzebował wypromowanego doktora do profesury belwederskiej.

  • trzy.14 napisał(a) komentarz datowany na 2018/06/29 22:09:36:

    napisał za doktoranta całą dysertację, bo szybko potrzebował wypromowanego doktora do profesury belwederskiej.

    O ja !89&@7^!!!

    Okrzyk dotyczy nie tylko promotora, ale i doktoranta, który podpisał się pod cudzą pracą. Jak później żyć, jak żyć?

  • halucinski napisał(a) komentarz datowany na 2018/06/29 22:54:18:

    @Pi:

    > Okrzyk dotyczy nie tylko promotora, ale i doktoranta, który podpisał się pod cudzą
    > pracą. Jak później żyć, jak żyć?

    Zachowanie doktoranta tłumaczy (tłumaczyć =/= usprawiedliwiać) osoba promotora. Otóż doktorant przedstawił wcześniej promotorowi już kilka wersji rozprawy. Nanoszone przez promotora poprawki i komentarzy były za każdym razem tak znaczące, że można spokojnie stwierdzić, że doktorant napisał kilka dysertacji na ten sam temat. Trwało to kilka lat. Osoba, od której wiem o tym przypadku, to wiarygodne źródło i zarazem rzetelny naukowo akademik. Czytała każdą z wersji i uważa ta ostatnia była już na bardzo przyzwoitym poziomie -- nie była wybitna, ale plasowała się zdecydowanie powyżej przeciętnej. Mimo to promotor wciąż nie był usatysfakcjonowany efektem.

    Problem polegał na tym, że wymagania, które promotor stawiał przed doktorantem, były na poziomie bardzo dobrej rozprawy habilitacyjnej (to było kilka lat temu), opartej na solidnych badaniach. Doktorant musiał godzić pisanie rozprawy z pozauczelnianą pracą, natomiast niemłody już promotor dosłownie poświęcił swe życie nauce: nawet nie miał partnerki. Zmiana promotora (w obrębie uczelni) nie wchodziła w grę, bo ów był skonfliktowany z większością członków rady wydziału.

    Smaczku sprawie dodają dwa detale:

    1. To był przewód doktorski z... prawa. Konkretnie: zarówno zainteresowania promotora, jak i temat rozprawy doktorskiej obejmował stosowanie prawa, czyli była to działka wymagająca empirycznych badań.

    2. Promotor jest znany w swoim środowisku z publicznego krytykowania miernego poziomu naukowego innych akademików.

    Ciekawy kazus.

  • charioteer1 napisał(a) komentarz datowany na 2018/06/29 23:09:55:

    One maja to do siebie, ze czesto nie rozumiejo, co sie do nich mowi, ale cokolwiek sie powie, to gdzies gleboko zapada. Chodzilo za mna takie ono, ze by chcialo to i tamto, i wogle to chcialo pisac prace na taki fajny temat. Tlumacze onemu, ze zeby praca powstala, to musza byc jakies luki w wiedzy, jakies hipotezy, no wogle cos nowego trzeba wniesc. Ono sie wzielo i bardzo przejelo, chodzilo czas jakis zasmucone bardzo, w koncu napisalo swietna prace na zupelnie inny temat, ktorego jeszcze nikt prawie nigdy na swiecie. Taki blad w komunikacji.

  • charioteer1 napisał(a) komentarz datowany na 2018/06/29 23:17:15:

    Z zaszlosci historycznych.

    Ono 1: Grzecznie cos tam wyskrobalo, zanioslo promotorowi, zeby ocenil. Promotor powiedzial, ze nie chce po kawalku, chce od razu czytac cala prace. Ono sobie poszlo, zadowolone z zycia, wrocilo po kilku latach z cala praca.

    Ono 2 bardziej kategorycznie domagalo sie opieki promotora. Wrocilo z drugim kawalkiem i dramatycznie stwierdzilo, ze nie wie, co dalej. Promotor na to: bo ty glupie jestes!

    Oba one juz dzisiaj w profesorach ;-)

  • doktorgolgi napisał(a) komentarz datowany na 2018/06/29 23:57:06:

    @Gospodarz
    @charioteer1
    @trzy.14

    Nie wiedziałem, że moja sugestia o gramatycznych formach pozapłciowych padnie na tak podatny grunt. Zatem, offtopicowo, ale i celem rozluźnienia atmosfery, donoszę co następuję.

    Rodzaj pozapłciowy (nazwa, którą ukułem ja sam, na tym forum, jako że Dukaj nigdy jej tak nie określił, a jak określił to nie pamiętam jak; choć widzę, że "postpłciowy" byłby jeszcze lepszym określeniem) - odnosiła się do bytów inteligentnych, które ewoluowały ponad standardowego Homo sapiens, zatem nie tyle co straciły płeć (wtedy używany byłby rodzaj nijaki), czy miały płeć nieokreśloną (ditto), czy też płeć dwojaką (ditto?) ale wobec których pojęcie płci stało się zbędne, anachroniczne, "obsolete" (bo to słowo pasuje mi najsnadniej).
    Dukaj zaprezntował to w swojej "Perfekcyjnej niedoskonałości" (polecam!), a ja uważam to za szczyt politycznej poprawności, i zdecydowanie za "poprawniejszą" formę, niż rodzaj nijaki... co to może sugerować to i owo... szczególnie w tak ważkich dyskursach (*tu mrugam porozumiewawczo, wicie rozumicie towarzysze akademicy*).
    W skrócie rodzaj pozapłciowy uzyskał przyrostek -u.
    Habilitantu napisału swój autoreferat. Doktorantu niestety nie zachwyciłu swoją dysertacją.
    Więcej trochę mamy tutaj: jezykmniezachwyca.blogspot.com/2010/11/tako-rzeku-phoebe.html
    Mam nadzieję, że czytelniku tego bloga się teraz uśmiechnęłu :)

  • kubahum napisał(a) komentarz datowany na 2018/06/30 02:51:12:

    @trzy.14
    "Doktorat to 90-99%..."
    Przynajmniej w mojej dyscyplinie - mam co do tego wątpliwości. Aby nikogo nie oskarżać: sam bardzo ingeruję w promowane przez siebie doktoraty, zresztą ku zadowoleniu doktorantów. Może dlatego nie mam problemu z ich znalezieniem ;) . Wynika to jednak z mojego przekonania, że na doktoracie znajdzie się również moje nazwisko jako promotora. Chociaż stanowczo nie zgadzam się z praktykami wypisywania podziękowań i laurek dla promotorów na doktoratach (co wyraziłem już w dyskusji o "braterskim doktoracie" z AGH), to jednak biorę odpowiedzialność za poziom pracy. Praca pseudonaukowa, z błędami, także językowymi, ośmieszałaby przecież także promotora.

    A z innej beczki, na marginesie:
    Są już recenzje dra Migalskiego. Dla mnie, prywatnie, to postać nieciekawa, negatywna (powiedziałbym dosadniej - ale Gospodarz czuwa). Jednak z pewnością nie odbiega znacząco poziomem od polskiej politologii. W kontekście trzech pozytywnych recenzji (zdaję sobie sprawę z negatywnej recenzji czeskiej w poprzednim postępowaniu - ale to sprawa zamknięta) nienadanie habilitacji wydaje mi się jednak przykrym dowodem na to, że jeśli ktoś podpadł środowisku, to środowisko go załatwi.

  • nowojorczyk5 napisał(a) komentarz datowany na 2018/06/30 13:19:04:

    Przypadek z Wydziału Prawa Uniwersytetu Szczecinskiego: doktorant-asystent po 5 latach "doktoryzowania się", gdzie ostatnie 1,5 roku bral dodatkowe stypendium doktoranckie z Wydziału (promotor zaświadczył, że praca na ukonczeniu) nie otrzymał przedłuzenia zatrudnienia. Znikł z Wydziału. Po roku otworzył nowy przewód (stary nie został zamkniety) na Wydziale Prawa UJ w Krakowie, gdzie jego dotychczasowy promotor został recenzentem, a nowym promotorem tamtejszy profesor uczelniany ( nawiasem sedzia TK). Doktorat obroniono. RW USzcz zawiadomila przed ponad rokiem CK i UJ. Cisza. Chyba az do kolejnego odcinka w Archiwum Nieuczciwosci Naukowej.... Doktorant w Krakowie zatail swoje dokonania w Szczecinie. Recenzent-promotor także. Kara dla tego ostatniego: napomnienie JM Rektora Uniwersytetu Szczecinskiego. Pan Doktor z UJ wpisany na liste adwokacką.
    Przy okazji wieści z "Rodzinnego Doktoratu": dr inż. Adam Głowacz (AGH) złożył wniosek habilitacyjny na Wydziale Mechanicznym Politechniki Poznanskiej. Rada go nie zaakceptowała. Teraz miejsce wskaze CK. Z kolei mgr inż. Witold Głowacz stanie po wakacjach przed Uczelnianą Komisją Dyscyplinarną AGH za nierzetelny doktorat: rzecznik dyscyplinarny, prof. Janusz Majta, zażądał surowej kary NAGANY. Promotor doktoratu, prof. Ryszard Tadeusiewicz nie został przesłuchany w postępowaniu wyjaśniającym i nie powołano go na świadka, zaś przesłuchiwani PT recenzenci podtrzymali swoją opinię, że nie ma tam naruszeń i nawet dzisiaj napisali by pozytywną recenzję, bo "merytorycznie to dwie osobne prace". Nie wnosili by tylko o wyróżnienie!

  • trzy.14 napisał(a) komentarz datowany na 2018/06/30 14:35:17:

    kubahum
    Ale *godzinowo* to zwykle będzie te 90-99%, prawda?

    Ja też ingeruję. Bez promotora różnica jest często taka, jak między czasopismem studenckim lub dającą A+ listą B (której na oczy nie widziałem, więc to tylko moje domysły/insynuacje) a Q1-Q2 na JCR.

  • kubahum napisał(a) komentarz datowany na 2018/06/30 20:36:40:

    @trzy.14
    Mam wrażenie, że jednak znacznie mniej - ale to wynika chyba ze specyfiki humanistyki. Na szczęście nie zdarzają mi się już doktoraty kopiuj-wklej. Miałem takich magistrantów i dlatego stanowczo postanowiłem nie przyjmować już żadnego magistranta.

  • taistadocentka napisał(a) komentarz datowany na 2018/06/30 23:25:33:

    znajomy profesor z Czech opowiadał o pewnym promotorze (niestety nie znam kraju, ale kontekst po drugie niestety wskazywał na północnego słowiańskiego sąsiada Czech), który mając już profesurę - sam napisał doktorantom prace - bo dostał ustosunkowanych gamoni (tzw. "noblistów" czyli zstępnych diamentów) - nie mógł odmówić promotorowania a także bał się, że ci gamonie przyniosą mu plagiat - bo robili doktoraty tylko z powodu ambicji swoich rodziców.


    >> PS. Znam oczywiście wyjątki od tej zasady, i to skrajne: promotor, niezadowolony z >> przedstawionego mu projektu rozprawy doktorskiej, napisał za doktoranta całą
    >> dysertację, bo szybko potrzebował wypromowanego doktora do profesury
    >> belwederskiej.

  • kubahum napisał(a) komentarz datowany na 2018/07/01 01:58:36:

    @taistadocentka
    Powiem krótko - potwierdzam, zdarzają się takie przypadki.

  • flamengista napisał(a) komentarz datowany na 2018/07/01 07:51:42:

    Już poprzednicy pisali, że brakuje tu perspektywy drugiej strony. Owszem, jest cała masa leniwych i nierzetelnych promotorów, ale to samo można powiedzieć też o doktorantach.

    Co ma zrobić promotor jeśli na początku studiów niemal z urzędu przypisano mu 2-3 doktorantów. Była presja na to, żeby otwarli przewody, co się jeszcze udało. Potem każdy z nich poświęcił się pracy pozauczelnianej, co nie przeszkadzało pobierać uczelnianego stypendium. U promotora pojawiali się raz na pół roku by zaliczyć obowiązkowe praktyki dydaktyczne i pokazać 1 nowy tekst opublikowany w doktoranckich zeszytach naukowych lub pokonferencyjniaku z Kozin Podgłównych. Niestety, to już było podstawą do dostania zaliczenia i pobrania przez rok stypendium.

    Oczywiście gdy przyszły terminy zaczęli zbierać te teksty z pokonferencyjniaków, robić z nich parafrazy i klecik w rozprawowy koszmarek. Do niczego się to nie nadawało, nie odpowiadało ustaleniom z karty. Wskazówki, rady promotora zostały olane, przesłane na maila teksty teoretyczne i metodologiczne nie zostały nawet przeczytane (nie mówiąc o ich zastosowaniu).

    Co w takim wypadku ma robić promotor? Siąść i sam zrobić badania a potem napisać doktorat? Bo mi się wydaje, że tylko poważna rozmowa z doktorantem i uświadomienie go/jej że się nie nadaje jest jedynym uczciwym rozwiązaniem.

    Nie wiem jak było w opisanym przez Autora przypadku, pewnie inaczej. Ale tekst miał też wymowę bardziej ogólną, z którą trudno się zgodzić. Niestety nie każdy doktorant ma potencjał, umiejętności, chęci i jest gotów poświęcić dość czasu by napisać dobry doktorat. A niektórzy jeszcze mają zasady moralne i nie mają ochoty pakować błota (eufemizm) w sreberka i sprzedawać je jak czekoladę. I to powinno świadczyć właśnie dobrze o promotorze, bo oprócz obowiązków wobec doktoranta ma też te wobec uczelni, społeczeństwa i podatników. I te drugie są chyba ważniejsze, niż te pierwsze.

  • trzy.14 napisał(a) komentarz datowany na 2018/07/01 08:17:40:

    Potem każdy z nich poświęcił się pracy pozauczelnianej, co nie przeszkadzało pobierać uczelnianego stypendium.

    Naprawdę zdumiewające, jak podobne są warunki panujące na różnych wydziałach różnych uczelni. Z tym że nie wiem, czy dobrze zrozumiałem, w moim otoczeniu to odejście od doktoratu jako celu głównego zwykle bierze się z tego, że to jest wiek, w którym człowiek zakłada rodzinę, a na zewnątrz uczelni zarówno lepiej płacą, jak i więcej wymagają. Tzn. szanujący się pracodawca, który obraca własnymi pieniędzmi, nie pozostawia czasu na drugi "etat" na uczelni.

    Fla, tylko skąd u was te 2-3 osoby (co roku???) na samodzielnego, jak nie z chęci zarobku? Przecież nie dopłacacie do tych doktorantów? Tu się kółko zamyka. My przyjmujemy praktycznie każdego chętnego poza ewidentnymi świrami (i to jest naprawdę poważny problem). Ja bym powiedział, że to przyjmowanie motywowane jest nie tyle "chęcią zarobku", ile pragnieniem zachowania akademickości. Doktorantów jest tak mało, że spora część samodzielnych może mieć w całej swojej samodzielnej karierze szansę na co najwyżej jednego. Gdy taka szansa się pojawi, a póki co aż dwóch doktorantów jest niezbędnych do dalszego awansu - ilu samodzielnych będzie wybrzydzać?

  • trzy.14 napisał(a) komentarz datowany na 2018/07/01 08:47:28:

    Naprawdę ważny artykuł:

    www.sobieski.org.pl/komentarz-is-188/

  • p-tau napisał(a) komentarz datowany na 2018/07/01 09:47:08:

    Fla, tylko skąd u was te 2-3 osoby (co roku???) na samodzielnego
    Ciekawe... Ja nie mogę się doczekać aż ktoś mnie wybierze.
    Nie ukrywam, że ku mojemu zdziwieniu wybierani są promotorzy, którzy nie mają dorobku w tematyce przyszłego doktoratu.
    Z tego co pisze fla wynika, że nie dopuszcza się samodzielnych z innych wydziałów do pełnienia funkcji opiekuna naukowego.

  • zitterbewegung napisał(a) komentarz datowany na 2018/07/01 10:08:09:

    Tytuł: "Nie-równoważenia rozwoju ciąg dalszy?"

    Wiedzą o tym Niemcy, którzy w małych miejscowościach kształcą więcej studentów, niż w metropoliach.

    Mógłbym to napisać Pi, co podlinkowałeś, tyle razy już to powtarzałem.

    Nas czeka wariant hiszpańsko-grecki, wykrwawienia. Ale środowisko styropianowych liberałów wybrało wadliwy model rozszerzenia modelu mesjańskiego FNP na cały system. Bo nam brakuje "liderów" i apostołów z misją oświecania jak przez takie homilie, mitologie i listy pasterskie o kosmosie jakie ciągle z tego środowiska czytamy.

  • zitterbewegung napisał(a) komentarz datowany na 2018/07/01 10:48:34:

    To jest co prawda tylko o studentach tylko ze wzmianką o koncentracji instytutów m.in. PAN i bez wskazania dywersyfikacji instytutó Maxa Plancka. Brakuje po prostu diagramu nr 3-1 ze strony 32: www.dfg.de/download/pdf/dfg_im_profil/zahlen_fakten/foerderatlas/2015/dfg_fundingatlas_2015.pdf

  • flamengista napisał(a) komentarz datowany na 2018/07/01 11:46:37:

    @All: nie, z tego wynika że u nas jest stosunkowo niewielu samodzielnych z szerokimi horyzontami, ze współpracą międzynarodową i angielskim na poziomie zaawansowanym. Więc ci doktoranci którzy się do nas zgłaszają (studia są międzywydziałowe, więc to nie tak że ktoś coś monopolizuje) trafiają do tych faktycznie najlepszych. W dodatku młodzież jest coraz bardziej leniwa, więc zgłasza się do pierwszego sympatycznego wykładowcy na studiach doktoranckich, bez głębszej refleksji czego tak naprawdę chce od promotora.

    Ja na tej zasadzie mimo ciągle dr przed nazwiskiem miałem już 4 oferty wzięcia pod swoje skrzydła zagubionych duszyczek. Oczywiście jako promotor pomocniczy. Zaprawdę, trzeba się wykazać sporą asertywnością by cały czas odmawiać będąc samodzielnym.

    Bo tak jakoś się utarło że ci najlepsi żeby mieć szansę na profesurę (w starym układzie to było 2 wypromowanych, prawda?) musieli wziąć z 10 doktorantów, żeby sobie to zapewnić. No bo współczynnik sukcesu był w granicach 20% właśnie.

    Natomiast przy takim poziomie doktorantów jaki jest teraz winienie promotorów o porażkę swoich podopiecznych jest trochę nie fair. Sam jestem promotorem pomocniczym i naprawdę nie mam zamiaru tutaj się żalić jak dużo czasu i nerwów musiałem poświęcić, by mój doktorant otworzył przewód. A największe problemy dopiero przede mną - bo on tą pracę zamierza pisać:)

  • p-tau napisał(a) komentarz datowany na 2018/07/01 11:59:43:

    Mocne porównanie

    Neoliberalna obsesja rywalizacyjna wpisana w projekt Gowina zapatrzona jest w amerykańskie filmy, w wizję zawodów, które na końcu wygrywa chłopiec ze słonecznej Kalifornii. Nasza własna nie/pamięć historyczna przywołuje jednak inne kadry: obozową walkę o kawałek zgniłej brukwi, rozpaczliwe prężenie się więźniów, żeby jeszcze nie pójść do gazu. Udane przejście od oddolnych obrazów piekielnej rywalizacji do wizji w miarę pogodnego ścigania się o nieostatnie, w miarę liczne dobra, to nasze cywilizacyjne być albo nie być. Kiedy czytam o reformie Gowina, słyszę w głowie paniczny stukot słów: selekcja, degradacja, likwidacja.


    krytykapolityczna.pl/kraj/reforma-gowina-czyli-nadzorowac-i-karac/

  • p-tau napisał(a) komentarz datowany na 2018/07/01 12:00:47:

    @fla
    dziękuję za wyjaśnienie. Nie mam zajęć na studiach doktoranckich.
    Ale to pewnie nie wynik monopolizacji ;)

  • zitterbewegung napisał(a) komentarz datowany na 2018/07/01 12:07:39:

    chłopiec ze słonecznej Kalifornii

    My w ogóle chcemy być bardzo amerykańscy, przynajmniej w dyskursie. Co prawda wciąż nie chcemy rezygnować z publicznej ochrony zdrowia, edukacji i emerytury, ale ten sposób myślenia dominuje.

    Znałem takiego studenta któremu elita tak nawkładała do głowy, że jak się dostał "tylko" do Bonn na doktorat to zrezygnował, czekał kolejne tury aż się dostanie do Berkeley. No i wróciła ta elita elit z Berkeley robić elitarną karierę na gołym etacie w instytucie PAN robiąc przypisy do Petera Scholze (w tym roku dostanie medal Fieldsa) którego miałby in vivo w Bonn. Z tego wszystkiego się nawet zapisał do Razem.

  • forrest_h napisał(a) komentarz datowany na 2018/07/01 12:52:07:

    @p-tau Mocne porównanie ...
    Jak powiadasz słyszysz więc to wyłącznie twoje nieuzasadnione wyobrażenia.
    Rzeczywistość jest bardziej brutalna, gdybyś popracował w diamentowej katedrze to słyszałbyś że nauka to my, wy nie macie żadnych praw ani potrzeb życiowych. Poznałbyś u-beckie metody zmiękczania młodych adeptów głodnych wiedzy, którzy nie mają orientacji co jest nauką w danej dyscyplinie. Gdy zostaną odpowiednio zmiękczeni miarą czego jest bezwarunkowe podporzadkowanie wtedy wspaniałomyślnie przestają być dołowani co odbierają jako wielką dobroczynność prześladowców.

  • halucinski napisał(a) komentarz datowany na 2018/07/01 16:34:36:

    @Nowojorczyk5:

    > Przypadek z Wydziału Prawa Uniwersytetu Szczecinskiego: doktorant-asystent
    > po 5 latach "doktoryzowania się", gdzie ostatnie 1,5 roku bral dodatkowe
    > stypendium doktoranckie z Wydziału (promotor zaświadczył, że praca na
    > ukonczeniu) nie otrzymał przedłuzenia zatrudnienia. Znikł z Wydziału. Po roku
    > otworzył nowy przewód (stary nie został zamkniety) na Wydziale Prawa UJ
    > w Krakowie, gdzie jego dotychczasowy promotor został recenzentem, a nowym
    > promotorem tamtejszy profesor uczelniany ( nawiasem sedzia TK). Doktorat
    > obroniono. RW USzcz zawiadomila przed ponad rokiem CK i UJ. Cisza.

    To musi być to: www.wpia.uj.edu.pl/nauka/doktoraty/marcin-przybysz

    Błyskawiczny doktorat: od wszczęcia do nadania stopnia nie upłynęło nawet 5,5 miesiąca.

  • trzy.14 napisał(a) komentarz datowany na 2018/07/01 17:24:08:

    haluciński,
    Recenzja napisana 1 miesiąc po otwarciu przewodu???

    Nigdy nie czytałem recenzji "awansowych" z prawa, no, muszę powiedzieć, po tej (pobieżnej) lekturze - muszę się napić!

  • trzy.14 napisał(a) komentarz datowany na 2018/07/01 17:52:11:

    @Galasiński

    Czy zagląda tu jeszcze prof Galasiński?
    Napisał on był na swoim blogu mini-esej na temat roli języka w nauce. Że jak przyjechał do UK i chciał tam opublikować fragmenty swojej wydanej po polsku książki, to spotkał się ze ścianą - że mianowicie dane uzyskane w Polsce są lokalne, a więc w UK nieinteresujące, ale gdyby ta sama praca opierała się na danych z UK a pewnie z USA, AU etc., oooo, to mogłaby nawet trafić do recenzentów.

    Just after coming to the UK, I had an idea of chopping my book on boasting up and writing a couple of articles in English based on it. I hit a wall. A journal editor told me that if I wanted to write an article on boasting based on Polish data, first and foremost, I would have to explain whats different about Polish boasting. In other words, if I had data in English, I could simply publish an article on boasting, because I had data in Polish, I could only write about Polish boasting. English data tell us about the human universal, Polish data tell us about Poland. dariuszgalasinski.com/2018/04/14/foreigner-academia/

    Czy tak nie dzieje się dlatego, że język angielski i tylko język angielski pełni dwie, niemożliwe do odseparowania funkcje: języka lokalnego i języka globalnego?

    W tym kontekście nowego znaczenia nabierają (dla mnie) dyskusje humanistów "z punktozą" i "zagranoczniozą".

    a) z faktu, że ktoś publikuje po angielsku nie wynika, że ma do powiedzenia coś ciekawszego, niż ten, kto publikuje po polsku. W końcu w USA i UK nauka też bywa lokalna. Pewnie jej większość jest lokalna. Każda wybitność wymaga tła.

    b) alergiczna reakcja humanistów na Kudrycką i Gowina może wynikać z tego, że oni na końcu tego procesu dostrzegają całkowite wyrugowanie języka polskiego z nauki, a co za tym idzie, całkowite wyrugowanie społ-humanistyki lokalnej. Na co nawet USA nie może sobie pozwolić. Czy tak jest?

    c) Niemniej, bez wątpienia programowe ograniczenie się wyłącznie do j. polskiego to programowe ograniczenie się do lokalności. To jest żadna odpowiedź, żadne rozwiązanie.

    d) no i jednak chyba rację mają ci, którzy widzą w naszej bezwarunkowej fascynacji Zachodem jakieś post-kolonialne kompleksy. Danych uzyskanych w Polsce nie da się opublikować bez odniesienia ich do szerszego kontekstu, ale dane uzyskane w Birmingham - owszem. W tym sensie rację maja ci, którzy twierdzą, że zagranicznioza w społ-humach to oddanie ważnych funkcji decyzyjnych o polskiej nauce w zagraniczne ręce.

    Niemniej, punkty a,b, d nie powinny stanowić alibi dla diamentów przeróżnej postaci.

    Jak Pan to z tego rozkroku miedzy polskością i międzynarodowością, w jakim zawsze Pan już będzie, to widzi?

  • p-tau napisał(a) komentarz datowany na 2018/07/01 18:41:05:

    3.14 trafna obserwacja.
    Do dwóch pierwszych literek się odniosę:

    Ad a. Ja takie odnoszę wrażenie -- teksty pisane po angielsku dotyczące sytuacji w GB i innych krajach zachodu są traktowane inaczej niż o tym samym, ale na bazie danych dot. Polski, czy Rumunii. W pierwszym przypadku nasuwa się kontekst dojrzałej gospodarki, w przypadku Polski postkomunistycznego kraju.

    Ad b. Może tak być, czyli że społ-humy przekierunkuję się na pisanie po angielsku i nolens volens badania Miastka i innych takich lokalności nie będzie miało wartości dla parametryzacji.

    A propos dyskusji na FB --- wpadł mi w oko komentarz, że za działalność publicystyczną też trzeba uwzględnić, bo przecież na poświęca się czas.
    Hm.. Sądziłem, że jak ktoś się para publicystyką (blogowaniem, itp.) to raczej robi to w ramach hobby, a nie pod kątem tego, że policzy mu się to do dorobku.

  • klamczuchosiedlowy napisał(a) komentarz datowany na 2018/07/01 18:48:57:

    "od wszczęcia do nadania stopnia nie upłynęło nawet 5,5 miesiąca"

    To częsta praktyka.
    Jak doktorant napisze całą pracę, na jednej radzie wydziału otwiera się przewód, wyznacza recenzentów, komisje, po 2-3 miesiącach wracają recenzje, po 2,5-4 miesiącach obrona i stopień nadany.
    W moim instytucie tak mieli "wszyscy" poza doktorantami, którzy musieli mieć otwarcie na pierwszym roku, egzaminy doktorskie na 2 i 3, a obronę na 4 roku lub duuuuuuuuużo później.

  • halucinski napisał(a) komentarz datowany na 2018/07/01 19:02:45:

    @P-tau:

    > wpadł mi w oko komentarz, że za działalność publicystyczną też trzeba uwzględnić,
    > bo przecież na poświęca się czas. Hm.. Sądziłem, że jak ktoś się para publicystyką
    > (blogowaniem, itp.) to raczej robi to w ramach hobby, a nie pod kątem tego, że
    > policzy mu się to do dorobku.

    Na mojej uczelni działalność publicystyczna podpada pod działalność popularyzującą naukę i uwzględnia się ją zarówno w postępowaniach habilitacyjnych, jak i w okresowych ocenach pracowniczych.

    @Klamczuchosiedlowy:

    > Jak doktorant napisze całą pracę, na jednej radzie wydziału otwiera się przewód

    To chyba na tym blogu była kiedyś dyskusja o tym, że rozprawa doktorska powinna powstać po wszczęciu przewodu doktorskiego, w przeciwnym razie trudno uznać, przynajmniej z formalnego punktu widzenia, że promotor był w rzeczywistości promotorem.

  • staryzgred2012 napisał(a) komentarz datowany na 2018/07/01 19:20:03:

    @trzy.14
    > no i jednak chyba rację mają ci, którzy widzą w naszej bezwarunkowej fascynacji
    > Zachodem jakieś post-kolonialne kompleksy. Danych uzyskanych w Polsce nie da
    > się opublikować bez odniesienia ich do szerszego kontekstu, ale dane uzyskane
    > w Birmingham - owszem. W tym sensie rację maja ci, którzy twierdzą, że
    > zagranicznioza w społ-humach to oddanie ważnych funkcji decyzyjnych o polskiej
    > nauce w zagraniczne ręce.



    Mają rację.

    Kolonializm jawny się skończył, bo przestał być opłacalny. UK i Francja spuchły w drugiej połowie lat pięćdziesiątych, USA na początku lat siedemdziesiątych, ZSRR w latach 1989-1993. Natomiast kolonializm kulturowo-gospodarczy trwa w najlepsze, a polska gospodarka i jej spłaszczenie do roli podwykonawcy firm przede wszystkim niemieckich jest tego najlepszym dowodem. Ostatnio obserwowanym przeze mnie przypadkiem było odmóżdżenie Zelmera po przejęciu go przez Boscha.

    Kudrycka poprzednio, a Gowin obecnie są wyłącznie marionetkami marionetek: kręgi lobbystyczne, które kręcą kolejnym etapem "reformy" same są klientami zachodnich funduszy grantowych, które definiują cele, środki i kryteria przyznawania tych środków. Z tego właśnie powodu Polska jest od dwudziestu lat wyłącznie donatorem zachodnich programów naukowych i nigdy nie wejdzie na szczebel beneficjenta, jeżeli albo nie wywalczy niezerowego GWARANTOWEGO poziomu zwrotu (rozsądne poziomy MINIMALNE w układach gospodarczych to 30%, Niemcy z "pomocy" dla Polski odzyskują 65...70%), albo nie zredukuje zaangażowania finansowego do niezbędnego politycznie poziomu, a odzyskane środki przeznaczy na inwestycje własne.

    Beneficjentami obecnego systemu są wyłącznie wąskie grupki, których utrzymanie jest MONSTRUALNIE drogie vide koszt jednostkowy (per capita) udziału w CERN, z którego polskie firmy nie mają żadnej korzyści.

  • staryzgred2012 napisał(a) komentarz datowany na 2018/07/01 19:25:58:

    @halucinski
    > To chyba na tym blogu była kiedyś dyskusja o tym, że rozprawa doktorska powinna
    > powstać po wszczęciu przewodu doktorskiego, w przeciwnym razie trudno uznać,
    > przynajmniej z formalnego punktu widzenia, że promotor był w rzeczywistości
    > promotorem.


    Formalne, ale kompletnie nonsensowne. Pomylenie deskrypcji z preskrypcją.

    Wyznaczenie promotora to przypisanie FORMALNEJ etykiety do osoby, która już od dawna sprawuje opiekę naukową nad doktorantem. Przypadek preskryptywny to Yeti, którego nigdy nie obserwowałem w naturze.

  • kahlkopf napisał(a) komentarz datowany na 2018/07/01 19:56:21:

    Z tymi doktoratami promotorami, to właściwie w obydwie strony można pokazać przypadki doktorantów, którzy nimi nie powinni być, jak i promotorów, którzy nie wiadomo za co otrzymali swój tytuł. Po prostu potrzebna jest dojrzałość i to obu stron. Promotora do prowadzenia doktoranta i doktoranta do prowadzenia badań i napisania doktoratu. Na pewno to, czy pojawiają się sytuacje patologiczne i stopień tej patologizacji uzależniony jest również od przepisów. Trzeba też stwierdzić, że niektórzy nasi politycy (przezornie nie wspomnę o nazwiskach), wielcy biznesmeni (w tym kościelni) też rządni są uszlachcenia, jak i inni, którzy nagle zachorują na przerost ambicji (dobrze pokazane w E=mc^2). Oczywiście nie jest to tylko polski problem, biorąc pod uwagę ujawnione przypadki "problematycznych doktoratów" polityków ujawnionych parę lat wstecz w Niemczech i Rumunii. Problem jakości doktoratów na pewno będzie narastał, w związku ze zmianami w polskiej edukacji wyższej i nauce, jak i z rozwijającą się gospodarka, która potrzebuje co raz więcej specjalistów. Proszę też zauważyć, że losy młodych doktorów w tak wychwalanych krajach zachodnich też nie są ciekawe, gdyż zamiast stabilizacji pracy to skaczą z postdoka na postdoka. Czy u nas w imię amerykanizacji nauki też dążymy do takiego modelu, czyli prekariacyzacji całej rzeszy młodych doktorów, którzy jeżeli nie będą mieli odpowiednich koneksji będą żyć na walizkach. Choć też znam przykłady młodych ludzi zatrudnionych na st. asystenta, którzy pomimo wręcz cieplarnianych warunków, których ja nie miałem, nie potrafią tego docenić i przez swoje lenistwo nie mają praktycznie dorobku.

  • darek.galasinski napisał(a) komentarz datowany na 2018/07/01 20:48:41:

    @trzy.14. Przede wszystkim powiem, ze przez lata zmieniłem zdanie, a przynajmniej 'zniuanoswałem' je, głównie rzecz jasna ze względu na własne doświadczenia, zarówno 'etniczne' jak i 'metodologiczne' (dzisiaj duzo trudniej opublkowac mi badania nie dlatego, ze sa z Polski, ale dlatego, ze sa jakościowe).

    Problem, moim zdaniem, polega na tym, ze rzeczywiście wytworzyła sie dziwna opozycja, ze angielskie to swietne, a polskie du luftu. Najgorsze jest to, ze ta opozycja ma duze pokrycie w rzeczywistości. Czasem dostaje do recenzji artykuły po polsku i mi włosy deba stają, ze komuś w ogóle przyszło do głowy takim knotem zawracać mi glowę.

    I dzisiaj duzo bardziej uważam, że polska nauka powinna nie tyle dbać o to, czy publikuje w hipotetycznym Nature, ale o to, żeby, powiedzmy, czasopismo Analiza Dyskursu zawierało świetne artykuły! I gdy to się stanie, problem miedzynarodowości zniknie do pewnego stopnia przynajmniej. Bo decyzja będzie polegała na tym, czy mój świetny artykuł publikowac w Nature czy w Naturze, a nie czy pierwszy jest świetny, a drugi jest koszmarny.

    Napisałem o tym zreszta wiecej tutaj:

    a href=http://dariuszgalasinski.com/2018/06/06/time-to-think/dariuszgalasinski.com/2018/06/06/time-to-think/

    Moim zdaniem debata nt umiędzynarodowienia jest w związku z tym debata, że tak sie wyrażę, od strony tylnej. Prowadzona jest zreszta przez ludzi w kompletnym mainstreamie swoim dyscyplin, którzy odnoszą zreszta sukcesy międzynarodowe i ci, którzy są zupełnie poza nauka miedzynarodową i dobrze im tam. Jedni chcą wzmocnić swoją pozycję, drudzy nie chcą jej stracić. Ci piewsi wcale nie publikują na poziomie Nobla, a ci drudzy wcale nie publikują tylko knotów. Moim zdaniem, jedni i drudzy maja tyle samo racji i tak samo jej nie maja. Bo idzie przede wszystkim o to, żeby robić dobrą naukę. Dobrze jest też mieć czas na to, żeby odrobię pomyśleć, a nie lecieć na łeb na szyję z kolejnym artykułem, w którym zawiera się kolejny Minimal Publishable Unit.

  • kahlkopf napisał(a) komentarz datowany na 2018/07/01 21:08:28:

    @Darek.Galasinski
    Dobrze Pan ujął tu złożoność problemu, który chyba wielu zagubiło w ferworze walki o pozycje wyjściowe. Stąd pewnie po uchwaleniu obecnej ustawy wiele środowisk, w tym diamentów zanotuje zwycięstwo taktyczne, ale o głębi strategicznej i strategicznego zwycięstwa już na tym etapie polska nauka może zapomnieć. Zwyciężają, ale partykularne interesa. Ja uważam, że mamy też skowyt tych z nas, którzy zaprzepaścili ostatnie lata będąc często głównymi edytorami polskich czasopism i nie zawalczyli o ich jakościową poprawę, w tym, żeby były ujmowane przez bazy naukowe. Na pewno nie należy o tym zapominać, że są czasopisma w jęz. polskim, które są adresowane do pewnych grup i mogą zaspokoić ich potrzeby informacyjne. W tym istotne są czasopisma branżowe, które zdołały przetrwać okres transformacji i są na tzw. liście B, ale są potrzebne ze względu na łączność pomiędzy nauką, a polskim biznesem, o co niby tak zabiegają kolejne polskie rządy. Niby, bo poza sferą kolejnych obiecanek, pustosłowia nie następuje nic.

  • kahlkopf napisał(a) komentarz datowany na 2018/07/02 11:08:27:

    Taki drobny komentarz z innej strony, ku pamięci:
    www.youtube.com/watch?v=T5al0HmR4to

  • darek.galasinski napisał(a) komentarz datowany na 2018/07/02 12:03:51:

    @Kahlkopf moim zdaniem to, co sie dzieje obecnie w polskiej nauce, doprowadzi jedynie do jeszcze większego rozwarstwienia. Będzie 'elita', która będzie bardzo elitarna, kasta celebrytów naukowych i cała reszta. Elita będzie się starać zachować swą elitarność, więc nie będzie się dzielić swoim know-howem, przy okazji wymiatając wszystko, co nie jest mainstreamowe. Innymi słowy, w będzie mieli w polskiej nauce wszystkie wady dzisiejszej nauki anglosaskiej, ale żadnych zalet (np. w postaci refleksji na tym, co się dzieje - wszyscy reflektujący będą uznani za wrogów 'prawdziwej nauki').

    Nie widzę dzisiaj żadnych prób negocjacji, rozumienia, że nie wszystkie dyscypliny działają tak jak fizyka czy psychologia. Profesorowie, którzy mogą służyć doświadczeniem, są 'leśnymi dziadkami' (tak, ja też znam profesorów-kretynów, nie wszyscy jednak są tacy), bo mają za niskiego h.

    Biało-czarność debaty uderzająca. A przy okazji kompletnie nonsensowna. I moim zdaniem będzie głównie utrzymywać status quo.

  • trzy.14 napisał(a) komentarz datowany na 2018/07/02 12:16:17:

    A to jest dobre politykaakademicka.kkhp.pl/ustawa-2-0/zarzadzanie-duzym-wydzialem/ :

    Jednym z pierwszych rewolucyjnych wydarzeń w polityce kadrowej było ułatwienie możliwości zmiany katedry z inicjatywy pracownika. W dotychczasowej praktyce pracownicy, którzy już odważyli się na taki krok, pisali podanie do rektora, które musiało być pozytywnie zaopiniowane przez dotychczasowego kierownika. To powodowało, że wielu bało się tej procedury. Kierownicy najczęściej nie wyrażali zgody na zmianę katedry, a jeśli już się zgadzali, to często miało to absurdalną formę przejścia bez etatu,

    Klasyka i dobry argument za "rozwibrowaniem" status quo.

    Do pozytywnej oceny wystarczy, jeśli w czteroletnim cyklu napiszą jeden artykuł o wartości minimum 25 pkt lub monografię. W przypadku niżej punktowanych publikacji, aby zaliczyć kryteria oceny, należy przedstawić np. dwa artykuły za 20 pkt lub trzy za 15 pkt. Dzięki temu systemowi nie trzeba pisać bardzo wielu publikacji wystarczy skoncentrować się na jednej, dwóch, trzech ale dobrych; albo po prostu zaplanować napisanie monografii, jeśli istnieje ryzyko nieprzyjęcia naszych tekstów do druku w najwyżej punktowanych czasopismach. Innymi słowy, mając świadomość, że nie uciekniemy kompletnie od punktowej oceny dorobku publikacyjnego, staramy się pokazać, że lepiej jest pisać rzadziej, ale do lepszych wydawnictw i czasopism.

    Tak można, bez ustawowej nahajki?

    Rozwój pracownika staramy się też wspierać poprzez tworzenie warunków do publikowania w dobrych czasopismach oraz do umiędzynarodowienia. W pierwszym przypadku każdy pracownik może skorzystać z pomocy zatrudnionego u nas native speakera dokonującego korekt tekstów, jak również może liczyć na dofinansowanie korekt i opłat wydawniczych z rezerwy dziekana. Staramy się zatem nie zmuszać, ale zachęcać do podejmowania prób publikowania w czasopismach z tzw. impact factor.

    Ja też tak chcę! Tylko jaką musiałbym zapłacić cenę? "Przerabiać" 100 studentów rocznie?

    Pewni jesteśmy natomiast jednego dla wprowadzenia wszystkich tych zmian nie potrzebowaliśmy ustawy 2.0. Wiemy, że nie konstytucja dla nauki, ale realne dzielenie się wiedzą i władzą z pracownikami i pracownicami, studentkami i studentami pozwoli rozwijać nasze środowisko akademickie i nadawać prawdziwy sens jego istnieniu.

    To prawda, ale przyznajmy, że kategoryzacja w podjęciu tych decyzji bardzo pomogła.

  • zitterbewegung napisał(a) komentarz datowany na 2018/07/02 12:57:29:

    Dość niesamowite wystąpienie ekipy dziekańskiej z Łodzi. Zaczyna od tego że została wybrana demokratycznie - przedstawiajac program, a nie ustalona w zakulisowych konwentyklach gdzie GTW mierzyły swoje siły. Dlaczego to w tym jednym przypadku w Łodzi zadziałało? I czy rzeczywiście zadziałało? Mamy połowę kadencji, czy rzeczywiście skończy się dobrze? Czy budżet partycypacyjny sie udał, czy też dotyczy papieru toaletowego jak na UW?

    Pamiętam pierwsze wybory rektora UJ podczas których zorganizowano debatę. Wszystkie zaskoczone szychy były oburzone, ze nie można tak znienacka, że to wiecowanie i populizm. W końcu kandydat który miał wygrać (i wygrał) oraz jego fikcyjny kontrkandydat (który został prorektorem) nie przyszli. Obecnie podczas wyborów organizuje się krótkie debaty-ustawki w ostatniej chwili.

    Konstytucja dla nauki jest konstytucją rad, konwentykli, sankcjonującą perwersję demokracji z jaką to już obecnie mamy do czynienia w samorządności akademickiej.

  • trzy.14 napisał(a) komentarz datowany na 2018/07/02 13:39:27:

    Zitt,
    Znam przypadek gdy ustępujący Szef zapowiedział, że nie będzie ubiegał się o reelekcję, bo jest zmęczony i ogólnie ma dosyć. Kiedy dokładnie zmienił zdanie nie pamiętam, możliwe że oficjalnie dopiero na zebraniu wyborczym. Z pewnością ekipę kompletował w dniu wyborów. No i został zgłoszony. I wygrał. Nie przedstawiwszy programu, bo przecież się wycofał...

    Argumentacja Grupy Popierającej Szefa? Ech..., uch..., ęęęęł... "Kandydatów aktywnych naukowo szkoda do funkcji administracyjnych". Fancy that!

  • trzy.14 napisał(a) komentarz datowany na 2018/07/02 13:51:01:

    @Dariusz.Galaisńki

    Nie jest chyba dziełem przypadku, że zarówno p. Letki, jak i p. Górecki doktoryzowali się w kraju anglosaskim? Czyli język kształtuje świadomość?

  • flamengista napisał(a) komentarz datowany na 2018/07/02 20:33:43:

    Nie wiem co powiedzieć. Oni tak na serio (WE-S UŁ)?

  • staryzgred2012 napisał(a) komentarz datowany na 2018/07/02 22:36:26:

    @flamengista
    > Nie wiem co powiedzieć. Oni tak na serio (WE-S UŁ)?

    Zabawne, ale u mnie jest tak samo za wyjątkiem tych wyjazdów brukselskich. I podobnie jak w Łodzi nie potrzeba żadnej ustawy 2.0, a jedynie rozumnego i rozgarniętego dziekana.

    To bardzo motywuje aktywnych pracowników (partycypacja) i nie ma z kolei żadnego znaczenia dla leniwych łajz (im i tak wszystko jedno, byleby wypłata była). Ale wszędzie jest tak, że to właśnie ta mała grupa aktywnych jest motorem napędowym, a reszta to tylko balast do prac rutynowych vide zasada Jurana znana mylnie jako Pareto principle.

Dodaj komentarz

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny

Czytam

Warsztat badacza

Dariusz Galasiński - Blog

Graham Scambler - Blog

LSE - Blogs

Piotr Stec

language: a feminist guide