Robię habilitację

Wpis

piątek, 13 lipca 2018

Głową w ścianę

Postanowiłem zrezygnować z pisania o ustawie i innych sprawach doraźnych i zająć się sprawami nauki! Chcę więc zwrócić uwagę na ostatni post prof. Galasińskiego. Post, jak to często u autora, dotyczy jego własnych doświadczeń, ale przy okazji mówi o sprawach znacznie ogólniejszych. Jak to też często u niego, profesor wali prosto między oczy (choć mi, jak zawsze brakuje, konkretów). Autor mówi przede wszystkim o peer review artykułów, które wychodzą poza utarte szlaki dyscypliny czy pola badawczego, w którym chcą zaisntnieć. Daje przykłady recenzji niekompetentnych, argoanckich, które, jak twierdzi, podważają uczciwość peer review.

 

Ja piszę o tym z kolei, żeby zwrócić uwagę na dwie rzeczy. Po pierwsze, post lingwisty wskazuje na trudność interdyscyplinarności. To nie tylko trudność "ustawowa", to również trudność wynikająca z naszych przyzwyczajeń, nie mówiąc o niechęci do popatrzenia na to, co robimy z innej strony. Interdyscyplnarność jest trudna nawet w nauce, która jej chce. Po drugie, ważniejsze, to, o czym pisze autor bloga, pokazuje nasze dyskusje na temat rzetelności recenzenckiej w szerszym świetle. Innymi słowy, to nie tylko nasze problemy.

 

Co z tego wynika? Nie wiem, chyba niewiele. Poza stwierdzeniem, że tak jest i uderzeniem się w piersi w refleksji, chyba niewiele można zrobić. Mam jednak wrażenie, że coraz więcej jest rzeczy, które musimy po prostu zaakceptować i z nimi żyć. A siniaki, których się nabawiamy od walenia głową w mur są po prostu częścią rzeczywistości, w której jesteśmy. Bez sensu trochę.

 

Szczegóły wpisu

Tagi:
Autor(ka):
habilitant2012
Czas publikacji:
piątek, 13 lipca 2018 22:57

Polecane wpisy

  • Czas na myślenie?

    Na Twitterze dyskusja na temat publikowania po polsku (zauważona przez trzy.14), a prof. Galasiński już napisał na temat na swoim blogu . I mnie trochę

  • Obcy w raju

    Dzisiaj, na świeżo, o nowym wpisie na blogu prof. Galasińskiego. Wpisie, który dla jednych będzie rzeczową oceną sytuacji szerokich nauk społecznych i

  • Lingwista się wkurzył

    Na tweet z nowym wpisem prof. Galasińskiego zareagowałem mówiąc o tym, że większość z nas zna ból niekompetentnego i nieuczciwego peer review, ale niew

  • Dlaczego ludzie wierzą w "głupoty"

    Dzisiaj Dawid Myśliwiec opublikował na swoim kanale film pod takim właśnie tytułem. Tłumaczy w nim, dlaczego ludzie są bardziej skłonni wierzyć w teorie spisko

  • Wiara i ewolucja

    Na kanale "Uwaga Naukowy Bełkot", o którym niedawno wspominałem , znalazłem świetny film na temat ewolucji organizmów. Autor - Dawid Myśliwiec - logicznie i w p

Komentarze

Dodaj komentarz

  • prof_baltazar napisał(a) komentarz datowany na 2018/07/14 08:09:28:

    Coś jest na rzeczy. Rzetelność recenzencka - czy brak wiedzy kierunkowej ? Trzy artykułu utrącone w diamentowej katedrze na konferencji krajowej, z niewielkimi poprawkami ten sam materiał został przyjęty na trzy konferencje międzynarodowe.
    W tym jedna recenzja podwórkowa jest topowa, recenzent pisze że niby wszystko jest ok ale diabeł go meczy i jest na nie.

  • trzy.14 napisał(a) komentarz datowany na 2018/07/14 22:20:42:

    Spodobało mi się u prof. galsińskiego zdanie "We are way beyond Humboldt in linguistics today and say confidently that there is no such thing as objective language or text!".

    Dobrze by było, żeby równie oczywiste dla wszystkich uczestników dyskusji o Ustawie (jednak!) było to, że (prawdopodobnie z podobnych powodów) nie istnieje obiektywna miara "doskonałości akademickiej", tym bardziej więc nie istnieje obiektywna, neutralna kategoryzacja.

  • doktorgolgi napisał(a) komentarz datowany na 2018/07/15 17:52:25:

    Hm, znamy tylko jeden punkt widzenia oraz dwa wycinki recenzji, zatem ciężko zbudować na tej podstawie jakąś generalizację.
    Niemniej jednak za często zdażają się recenzje marne, bylejakie, i zwyczajnie błędne (aha - nie mówimy tu o recenzjach habilitacyjnych - jakby ktoś pomyślał, że już zmieniłem temat ;) ). W mojej branży zwykło się mówić "fucking 3rd reviewer" (mrugnięcie okiem do tych co wiedzą o co chodzi ;) ) i zwykle jakość recenzji jest proporcjonalna do "jakości" grupy z których pochodzi praca. Czyli, im z lepszej jesteśmy grupy, bardziej zauważalnej, z dokonaniami, tym rzetelniejsze są recenzje!
    Jednym słowem - dobrym grupom recenzenci nie pyskują. Przykre, ale prawdziwe.
    Ale nie każdy jest z topowej grupy, co zatem robić? I tu się kłania często elementarna nieznajomość procesów redakcyjnych u bardzu wielu naukowców. Fakt, jest to wiedza kuluarowa, ale dobry naukowiec ma opanowany i ten warsztat. Zatem jak żyć panie premierze, z tymi recenzentami? W pigułce:
    1. Przyłóżmy się do "cover letter", tak żeby zainteresował on redaktora, jak i recenzentów. Tu bardzo często "cover letters" są pisane na odwal się, tak jakby naukowiec zakładał, że redaktorowi zechce się przeczytać choćby i abstract.
    2. Pamiętajmy, że możemy wskazać (delikatnie zasugerować) recenzentów. Nie bójmy się wskazywać tych dobrych, choćby i naszych znajomych, ale pamiętajmy o konflikcie interesów!
    3. Na tej samej zasadzie, możemy poprosić by pewnych osób nie brano pod uwagę, jako recenzentów. Zwykle klauzula "bezpośrednia konkurencja" działa.
    4. Teraz ważne - nie bójmy się powiedzieć "nie" recenztowi. Że się myli, że tak nie jest etc. Ale do tego musimy być pewni, że mamy rację. No i nie możemy się podkładać, takimi sformułowaniami, jak "we founf these results suprising...", jako że są one mocno subiektywne, i proszą się o atak (u Prof. Galasińskiego nie wiem, czy to był cytat z jego pracy, czy stwierdzenie recenzenta).
    5. Nie bójmy się zrobić "direct appeal to the editor", gdy widzimy jak niekompetetne są recenzenci. Poprośmy o wskazanie nowych. Pamiętajmy, że recenzent nie ma prawa (de facto) subiektywnie oceniać poprawności naszej hipotezy (jednej z wielu zapewne), a powinien zwykle ograniczyć się do skontrolowania czy prezentowana hipoteza jest spójna z zastanymi obserwacjami oraz wynikami uzyskanymi przez nas (conclusion justified by data). Każde wycieczki (osobiste) poza ten obszar to podstawa zwrócenia uwagi, że wykracza to poza recenzje, a wkracza na grunt mocno subiketywny.

    I z praktyki wiem, że wielu naukowców nawet nie wie lub wydaje im się niepojęte, że można np. "odpyskować" do recenzenta albo pisać bezpośrednio do edytora (a nie odpowiadać recenzentowi).

    Luźne refleksje:
    - wiele problemów rozwiązały by recenzje w systemie double/triple blind;
    - albo jawne!
    - a już zupełna patologia to obszary nauki "zawłaszczone" przez kliki i koterie (publikowanie na własnych podwórku także się w to wlicza).

    I pewnie każdy widzi to inaczej, ale to tylko takie moje spostrzeżenia, naukowca-autora, ale i recenzenta - co to zawsze podpisuje swoje recenzje, choć nie musi. Nawet negatywne!

  • trzy.14 napisał(a) komentarz datowany na 2018/07/15 23:49:27:

    doktorgolgi,
    Dobre uwagi, ale dotyczące sytuacji typowych. Tymczasem prof. Galasiński zderzył się z ciężarówką nietypową. Tzn. zagraniczną. TRANS-dyscyplinarną!

    Jak pisać do czasopisma, mając świadomość, że jego głównymi czytelnikami, autorami i recenzentami są obywatele innej naukowej planety? Ha! To jest pytanie!

    Pisać niewątpliwie trzeba ze świadomością, kim są potencjalni odbiorcy (i recenzenci, ale recenzenci są elementem wtórnym, pochodnym względem odbiorców). Trzeba więc pisać inaczej niż do czasopisma językoznawczego. Trzeba założyć znacznie niższy niż w językoznawstwie poziom wiedzy językoznawczej. Nie zawahałbym się przed postawieniem w artykule problemu jasno: co językoznawstwo ma do zaoferowania medycynie? Dlaczego lekarz miałby poświęcić 20 minut na lekturę artykułu napisanego przez językoznawcę? To musi być wyjaśnione we wstępie w możliwie przystępny sposób.

    Nie napisałem niczego odkrywczego. Niemniej, zawsze gdy recenzent się czepia, dla mnie jest to sygnał, że to ze mną jest coś nie w porządku, bo nie potrafiłem dostatecznie jasno wyłuszczyć swoich racji. Jeśli recenzent nie potrafi zrozumieć, o co mi chodzi, tym bardziej nie zrozumie tego przeciętny Kowalski.

  • trzy.14 napisał(a) komentarz datowany na 2018/07/16 08:49:10:

    Mówi prof. Aleksandra Derra:

    W wielu rozmowach zakulisowych sygnalizowałam, że zachowanie profesora nie jest właściwe i tak nie powinno być. Reakcja? Ale on już taki jest i zawsze taki był. Poza tym, przecież nie wystąpimy przeciwko osobom, które współdecydują o pieniądzach na badania albo o losach doktorantów. Na uczelni działa system powiązań. Jeśli pójdę na skargę, mogę zaszkodzić na przyszłość sobie i osobom z mojego bliskiego otoczenia. Pracuję tu od 19 lat. Wiele o profesorze słyszałam, wiele sama widziałam. I dlatego wierzę studentom.

    oko.press/zanim-sie-zerwalam-zlapal-mnie-za-biust-studentki-oskarzaja-profesora-etyki-z-umk-o-molestowanie/

    Z mojego doświadczenia: nie ma możliwości, by po tylu latach o takich zachowaniach nie wiedziała dyrekcja. Po drugie, mobbingowi seksualnemu zwykle towarzyszą inne zachowania naganne, jak np. lekceważenie zajęć dydaktycznych.

    Ten profesor oraz skupione wokół niego środowisko jego "żołnierzy" ((c) Zgred) jest dla UMK znacznie większym problemem niż słaba pozycja uczelni w jakimkolwiek rankingu.

  • staryzgred2012 napisał(a) komentarz datowany na 2018/07/16 10:58:16:

    @trzy.14

    Gowin stwarza właśnie prawny staw z wyjątkowo mętną wodą - takie kreatury będą się w niej czuły wyśmienicie. @charioteer1 już dostrzegła, że jest to "wolna amerykanka" poza jakąkolwiek kontrolą prawną. I najprawdopodobniej idealnie odnajdą się w kategoryzacji: satrapa namaszczony przez rektora ustali kogo "lokomotywa" będzie kolejno dopisywała do swoich artykułów, aby zmaksymalizować uzysk punktów. Cel - kategoria - uświęca środki i nie takie cnotliwe "biusty" padną na polu bitwy a niejeden "tapczanik" zrobi karierę, o która zadziwi realnych naukowców stłamszonych przez lokalne sitwy nieograniczonych w swej wszechwładzy kacyków.

  • henboot napisał(a) komentarz datowany na 2018/07/16 11:59:40:

    @staryzgred2012
    Jak można było tyle lat ukrywać się z takim darem jasnowidzenia, proroctw na przyszłość. Co prawda na świecie ten trend zanika ale Medjugorje można się jeszcze załapać, docenią człowieka. Są jeszcze inne miejsca gdzie dużo ludzi ma wizje i objawienia ale są to miejsca mniej atrakcyjne.

  • kardla napisał(a) komentarz datowany na 2018/07/16 13:48:38:

    @trzy.14

    Na KAŻDYM wydziale w Polsce z którym miałam kontakt był przynajmniej jeden taki dziad. Studentki przekazywały sobie nieformalne listy wraz z informacjami jak z takimi postępować np. że należy przychodzić do niego w grupie, najlepiej z przynajmniej jednym kolegą.

    Nawet teraz osobiście znam profesora który niewłaściwie komplementuje studentki, doktorantki i młode naukowczynie (np. po wykładzie na konferencji potrafi wstać i powiedzieć coś w rodzaju: "cieszę się że taka piękna główka takie mądre rzeczy wymyśliła"). Który ociera się przy każdej nadarzającej się sytuacji. Który zadaje pytania o życie seksualne współpracowniczek i nie poddaje się mimo wielokrotnych jasnych komunikatów (o różnym poziomie uprzejmości) że to niestosowne. I który przy powitaniu próbuje całować kobiety w usta (stary numer z pociągnięciem za wyciągniętą na powitanie rękę żeby kobieta straciła równowagę i rzucanie się z mokrymi cmokasami).

    Tak samo było w podstawówce (wfista) i w liceum (polonista).

    Wszyscy wiedzieli i uważali że dziewczynka/kobieta niewystarczająco przebiegła żeby się wystrzec takich dziadów sama jest sobie winna.
    W końcu jak suka nie da, to pies nie weźmie...

  • staryzgred2012 napisał(a) komentarz datowany na 2018/07/16 14:43:07:

    @henboot
    Nie oczekiwałem, abyś w ramach autoreklamy musiał tak mocno eksponować, że krótko żyjesz, mało widziałeś a doświadczenie życiowe masz mizerne.

  • pigwa_polska napisał(a) komentarz datowany na 2018/07/16 16:03:50:

    >>Gdyby obudzić profesora w środku nocy, wyrecytowałby Krytykę czystego rozumu w tę i z powrotem mówi była studentka.<<
    w kontekście artykułu - to zdanie brzmi straszliwie i mam niemal pewność, że studentka sprawdziła to empirycznie

  • forrest_h napisał(a) komentarz datowany na 2018/07/16 16:22:47:

    Jeśli prawo nie działa lub działa złe prawo (święte krowy), nie ponosi się konsekwencji za przestępstwa to sprzyja wykładniczemu rozwojowi patologii. Zawsze znajdą się ludzie, którzy będą dążyć do stanowisk, tytułów, władzy, pieniędzy poza przyjętymi zasadami życia społecznego niszcząc każdego kogo domniemają za zagrożenie.
    W historii można wskazać wiele takich przykładów.

  • pigwa_polska napisał(a) komentarz datowany na 2018/07/16 16:25:25:

    Na uniwersytecie wroclawskim byl taki profesor, ktory zgodnie z legenda upatrywal sobie w grupie 1 studentke - w jego ocenie ladna - i wszyscy mieli latwo zdac, a ta wybrana miala pod gorke do czasu gdy doprowadzil ja do uleglosci i wspolzycia seksualnego - wbrew jej woli.
    Ktoregos roku, wybral zle. Sudentka nie tylko miala wysoko postawionego narzeczonego (tatus w SB, mamusia "gospodyni domowa", dziadkowie z obu stron wysoko w strukturach PRL) a dodatkowo upatrzona dziewczyna byla doskonala studentka ze srednia 5.0
    Dziewczyna nie uległa, dostała ndst choc wszystko doskonale umiala. Studenci po zapewnieniu bezkarnosci przez narzeczonego dziewczyny - złapali profesora, rozebrali, związali ręce i ograniczyli ruchomość nóg, założyli czerwoną prezerwatywę na przyrodzenie i wrzucili na uroczyste obrady Senatu z licznie przybyłymi ważnymi gośćmi z zaprzyjaźnionych uniwersytetów z demoludów - na czole przyczepiając kartkę z informacją - za co.
    Profesor co prawda - "nic mi nie zrobią" - uniknął kary - ale został całkowicie wyleczony.

  • kahlkopf napisał(a) komentarz datowany na 2018/07/16 19:43:35:

    @Pigwa_polska
    To co opisujesz jest naganne. Ale też bywa w drugą stronę. Ja np. się staram, aby studentki do mnie przychodziły w grupie. I wolę, aby dużo rzeczy odbywało się przy świadkach. Staram też się mieć archiwum z e-mailami i nie daję studentom swojego prywatnego numeru tel. komórkowego. I to tylko dlatego, że plotkami też można kogoś niszczyć i zniszczyć. Takie czasy, że lepiej się zabezpieczać na wszelkie sposoby, a ćwiczenia i wykłady prowadzić zgodnie ze syllabusem ani mniej, ani więcej. I kontakty ze studentami na tyle ile są potrzebne.

  • kardla napisał(a) komentarz datowany na 2018/07/16 21:13:30:

    @kahlkopf

    Ale spotykanie się ze studentami tylko przy otwartych drzwiach (i w grupie), zachowywanie korespondencji i prowadzenie zajęć zgodnie z sylabusem jest bardzo pożądanym sposobem działania. Gdzie tu problem?

  • kahlkopf napisał(a) komentarz datowany na 2018/07/16 23:11:04:

    @Kardla
    Problemem bywają studentki/studenci wymyślający coś, czego nie ma. I niestety już to przećwiczyłem na sobie, zwłaszcza przy tzw. ankietyzacji. Przez to mam ograniczone zaufanie do studentów, tak że nawet daje do podpisu zasady zaliczenia przedmiotu. Co i tak czasami nie chroni przed nieuzasadnionymi pretensjami. Po prostu niektórzy wykazują przerost ambicji nad umiejętnościami, co z roszczeniową postawą jest obecnie problemem w prowadzeniu zajęć. Wygląda to już często tak, jak w zwykłej szkole, gdzie nauczyciele obwarowują się różnymi karteczkami. Dlatego ja bardzo nie lubię prowadzić zajęć i uważam to za bardzo niewdzięczną pracę, pomimo opinii, że mi to wychodzi.

  • kardla napisał(a) komentarz datowany na 2018/07/16 23:34:16:

    @kahlkopf

    Spoko. Też mi się to przydarzało. W czasie nauczania, pracy naukowej i pracy poza akademią. Nie wszyscy ludzie są idealni, a i zdarzają się wśród nas prawdziwe szuje (wiem szok!!!).

    Ale nie rozumiem dlaczego na historię o molestowaniu studentów/studentek, odpowiadasz "tak to jest niefajne, ale ja to dopiero muszę się mierzyć z problemami".
    Nie - sytuacja opisana w artykule zlinkowanym przez Pi nie jest równoważona sytuacją gdy student/ka próbuje wyłudzić nienależne zaliczenie. Wynika to z tego że jako nauczyciel albo przełożony mamy większą władzę nad studentem i możemy tak ukształtować środowisko żeby maksymalnie zmniejszyć dla siebie niebezpieczeństwo (np. stosując zasady jakie opisałeś powyżej), studenci, doktoranci, podwladni takiej władzy nie mają

  • kahlkopf napisał(a) komentarz datowany na 2018/07/16 23:46:39:

    @kardla
    Tu nie chodzi o równoważność sytuacji. Tu chodzi o to, że są takie sytuacje. Ludzie mają różną wrażliwość i Tobie nie wolno wartościować, czyja sytuacja jest gorsza: studenta, czy prowadzącego zajęcia, bo też są różne stosunki w pracy. Ogólnie prawo, które umożliwia zaistnienie takich sytuacji jest do niczego.

  • kardla napisał(a) komentarz datowany na 2018/07/17 00:37:11:

    @kahlkopf

    Myślę że wolno mi wartościować. Szczególnie jeżeli uzasadnię moje stanowisko (co zrobiłam powyżej).

    Możesz mi wyjaśnić dlaczego na podniesienie problemu molestowania i mobbing-owania na uczelniach zareagowałeś dzieląc się swoją historią o studentach z nieuzasadnionymi pretensjami?

  • kahlkopf napisał(a) komentarz datowany na 2018/07/17 00:58:03:

    @kardla
    Twoje uzasadnienie jest żadnym uzasadnieniem, bo może jest tak na Twojej uczelni, czy nawet wydziale, a uogólniasz na wszystkie przypadki. Ja natomiast wskazuję, że również prowadzący zajęcia bywają pod naciskiem ze strony studentów i może być zostawiony sam sobie z problemem. Poza tym uważam, że powinno się zacząć głośno pisać i mówić o wszelkich nieprawidłowościach. Tym bardziej, że czeka na nas nowa ustawa, która może stworzyć jeszcze szersze pole do wykorzystywania pracowników, jak i studentów.

  • kardla napisał(a) komentarz datowany na 2018/07/17 01:08:45:

    Dla przypomnienia: moje wyjaśnienie brzmiało: "Wynika to z tego że jako nauczyciel albo przełożony mamy większą władzę nad studentem i możemy tak ukształtować środowisko żeby maksymalnie zmniejszyć dla siebie niebezpieczeństwo (np. stosując zasady jakie opisałeś powyżej), studenci, doktoranci, podwladni takiej władzy nie mają."

    Sugerujesz że uczelnie i zakłady pracy z jakimi ja miałam do czynienia (na których to przełożeni mieli władzę nad podwładnymi i mieli wpływ na kształtowanie środowiska pracy) są nietypowe, i że w innych miejscach to podwładni rządzą przełożonymi? Naprawdę nie rozumiem.

    O wszelkich nieprawidłowościach trzeba mówić. Ale może niekoniecznie w tym samym momencie.

    A tu link do kolejnego przykładu wieloletnich niewłaściwych stosunków na uczelni: warszawa.wyborcza.pl/warszawa/7,54420,23678147,wykladowca-at-znecal-sie-nad-studentami-rektor-wojciech-malajkat.html#Czolka3Img

  • staryzgred2012 napisał(a) komentarz datowany na 2018/07/17 01:15:21:

    @kardla
    > jako nauczyciel albo przełożony mamy większą władzę nad studentem

    Nie masz. To złudzenie przeniesione z poprzedniej epoki.

  • kahlkopf napisał(a) komentarz datowany na 2018/07/17 01:29:57:

    @kardla
    Przede wszystkim, to studenci nie są naszymi podwładnymi (bo nie mają stosunku o pracę), władzy też nad nimi nie mamy (co określa regulamin studiów i prawo o szkolnictwie wyższym). Co najwyżej, jeśli przypadek spełnia wymogi regulaminu studiów, to możesz nie zaliczyć komuś przedmiotu. Możesz też odmówić przyjęcia na pracę licencjacką/inżynierską, magisterską lub jak się jest samodzielnym to doktorską. To jest tyle. Dlatego uważam, że nie masz prawa wartościowania, a tym bardziej lekceważenia czyiś doświadczeń.

  • kahlkopf napisał(a) komentarz datowany na 2018/07/17 01:31:52:

    www.nowiny24.pl/wiadomosci/podkarpacie/art/5900393,student-probowal-zastraszyc-asystenta-urz,id,t.html

  • naukowiec2.0 napisał(a) komentarz datowany na 2018/07/17 07:23:36:

    @kahlkopf
    Możesz też odmówić przyjęcia na pracę licencjacką/inżynierską, magisterską
    U mnie (chyba) nie można. Decyduje średnia. Podejrzewam, że musiałby się na odmowę zgodzić dziekan.

  • flamengista napisał(a) komentarz datowany na 2018/07/17 10:46:13:

    Problem nierzetelnych recenzji jest w zasadzie nierozwiązywalny. Zrobienie solidnej recenzji to kilka godzin pracy (co najmniej). Pracy nieodpłatnej i teoretycznie bez żadnych profitów.

    Jedynym magnesem do recenzowania (poza ludzką przyzwoitością i poczuciem obowiązkowości - dobrami rzadkimi we współczesnym świecie, nie tylko akademickim) są ewentualne cytowania. Ale to nagroda niepewna i wątpliwa etycznie. Na przykład ja wskazuję mój tekst jako pominięty w cytowaniach tylko w 100% jasnych i uzasadnionych wypadkach - więc w 50% recenzji tego nie robię. Przy czym wskazanie tekstu w recenzji to nie cytowanie - wielokrotnie autorzy nie stosują się do tej sugestii i mają do tego pełne prawo. Wciskanie swoich tekstów w każdej recenzji jest natomiast bardzo ryzykowne i szybko może być napiętnowane.

    Z tego też powodu największe nazwiska w danej działce nie mają praktycznie żadnych zachęt, by recenzować. Cytowań i tak mają mnóstwo. Do tego wymogi WoS/Scopus są takie, że recenzenci powinni być międzynarodowi i najlepiej z uznanym dorobkiem. Tylko jak ich zmusić do pracy za darmo?

    Niedawno w przypadku naszego tekstu, podejmującego dość mainstreamowy temat (przedsiębiorczość międzynarodowa) w solidnym czasopiśmie (IF powyżej 1) czekaliśmy na recenzje ponad pół roku, bo redakcja nie mogła znaleźć recenzentów (!). Może to była wymówka, ale jako członek redakcji czasopisma na WoS&Scopus mam te same problemy.

    Więc jak redakcja dostaje w końcu recenzje, to na ogół nie ogląda się na ich jakość tylko cieszy że ktoś to w końcu zrobił za darmo. No i efekty mamy.

  • kahlkopf napisał(a) komentarz datowany na 2018/07/17 12:27:06:

    @Naukowiec2.0
    To tylko potwierdza, że co uczelnia lub nawet wydział/jednostka są inne regulacje. Czyli nie wolno uogólniać sytuacji, które zaistniały na jednym wydziale jakiegoś uniwersytetu/akademii na inne wydziały innych uczelni.

  • aaa3aaa napisał(a) komentarz datowany na 2018/07/17 13:14:46:

    @flamengista Zgadzam się, że zrobienie rzetelnej recenzji to kilka (a nie rzadko znacznie więcej) godzin solidnej pracy (częste opowieści co niektórych naukowców jak to zrobili "recenzje" w pół godziny nie będę komentowała). Co do reszty nie do końca popieram Pani/a obserwacje.

    Recenzuje się z kilku powodów (nawet niestety za darmo*):
    1) mamy "wgląd w rozwój dziedziny"
    - otrzymujemy dostęp do manuskryptów/publikacji ok 0,5-2 lat wcześniej niż inni - przewaga konkurencyjna
    - zaczynamy się orientować co w danej chwili jest "publikowalne" w danej działce/czasopiśmie, tzw. moda - przewaga konkurencyjna
    - nierzadko mamy wgląd w prace bezpośredniej konkurencji** - bezpośrednia przewaga konkurencyjna

    2) samo recenzowanie jest bezpłatne od strony wydawnictw, ale istnieje kilka zachęt niematerialnych mogących przełożyć się na pieniądze:
    - część instytutów/uczelni dopłaca do recenzowania w ramach praw autorskich lub podobnych regulacji wewnętrznych
    - niektóre czasopisma oferują zniżki/zwolnienie z opłat dla recenzentów np. nie płacimy 2000E tylko 1000E za następną publikację w danym czasopiśmie
    - drobne bonusy, rabaty na powiązane produkty np. książki, konferencje itp.

    3) na koniec najważniejszy argument, wszelkie recenzje liczą się w czasie wspinania się po drabinie stopni akademickich (bez względu czy za granicą czy w Polsce w szczególności), tj. jeśli jesteś w stanie pokazać, że recenzujesz dla poważnych czasopism (tu polecam Publons) to jest to bardzo dobry punkt np. do wniosku habilitacyjnego - samo recenzowanie nie jest warunkiem oczywiście koniecznym i wystarczającym do habilitacji, ale jest to część wniosku, która może wniosek o habilitację znacząco wzmocnić np. "recenzowałam/em 50 razy z czego 10 razy w Science i Nature" ;-) Ilość i miejsce recenzji odzwierciedlają pozycję danego autora w środowisku. Są one także ściśle powiązane z tym gdzie publikujemy. Jak ktoś nie publikuje w "Science" to i recenzować tam nie będzie. Podobnie jeśli nie jesteśmy pierwszym autorem lub/i autorem korespondencyjnym w swoich publikacjach nie dostaniemy się na listę recenzentów danego czasopisma (przecież edytor nie będzie szukał adresu email środkowego autora - który zwykle nie jest podany, a który to autor często dorabiał bardzo wąski element pracy tj. nie do końca wiadomo czy ma kwalifikacje lub zmienił pracę emigrując na doktorat/postdoka lub do przemyslu).

    Nie recenzuje się (przynajmniej nikt ze znanych mi osób):
    - z powodu ludzkiej przyzwoitości, poczucia obowiązku, itp.
    - dla nabijania cytowań na etapie recenzji (jak @flamengista zaznaczył, jak się jest malutkim to można po uszach dostać za takie praktyki, a jak już ma się więcej cytowań to nie robi to dużej różnicy i nikt poważny się takimi rzeczami nie zajmuje)

    * Niestety aktualny model wydawnictw tak wygląda, że nie płaci się za recenzje. Jest to kompletnie oderwany od rzeczywistości model, ale póki co nikomu nie udało się tego zmienić, choć większość naukowców zgadza się, że tak nie powinno być.

    ** Nawet na etapie wstępnym często dostajemy tytuł, abstrakt i autorów, co czasem znaczy bardzo dużo, gdy w labie jest konkurencyjny projekt. Teoretycznie w takim przypadku należałoby wykazać konflikt interesów i wycofać się z recenzowania takiej pracy. W praktyce w 99% przypadków tak się nie dzieje i ludzie nagminnie recenzują takie prace, bo w sumie są ekspertami w danej dziedzinie a mając dużą grupę badawczą mogłoby się okazać, że nie zostanie wiele do recenzowania bez choćby "przelotnego" konfliktu interesów. Rodzi to oczywiście szereg patologi np. zwlekanie z recenzjami czy wręcz nierzetelne recenzje.

  • doktorgolgi napisał(a) komentarz datowany na 2018/07/17 14:09:27:

    Odnośnie czasu spędzanego na recenzję zawiadam powołując się na:
    jamanetwork.com/journals/jama/fullarticle/187762
    że "review quality increased with time spent on a review, up to 3 hours but not beyond".

  • kahlkopf napisał(a) komentarz datowany na 2018/07/17 14:13:57:

    @aaa3aaa
    Można próbować przy tym systemie majsterkować, pytanie, czy da się wymyślić coś lepszego. Chyba trudno. A patologie mniejsze, większe będą się zdarzać, jak choćby kradzieże pomysłów. Jednak dobre czasopisma starają się temu przeciwdziałać. Natomiast problemem są czasopisma, których żywot jest krótki, a są bardzo agresywne.

  • kardla napisał(a) komentarz datowany na 2018/07/17 14:42:27:

    Średnio artykuły jakie dostaje do recenzji mają co najmniej 50 stron tekstu (najdłuższy jaki dostałam miał 112 stron). Często są one napisane źle, zdarza się że nie do końca wiadomo o co chodzi.
    Samo spisanie uwag to często kilka stron tekstu.
    W życiu jeszcze się nie wyrobiłam w trzy godziny.
    Nigdy nie dostałam też żadnych zachęt materialnych za recenzowanie.

    Recenzuję z poczucia obowiązku - inni ludzie sprawdzają i poprawiają moje wypociny, ja robię to dla nich.

  • aaa3aaa napisał(a) komentarz datowany na 2018/07/17 14:57:59:

    @kahlkopf

    Problem czasopism krótkoistniejących/agresywnych tzw. drapieżnych prowadzących wątpliwej jakości praktyki wg mnie jest ostatnio mocno wyolbrzymiany. Każdy naukowiec po kilku latach szybko się orientuje jakie 5-10 czasopism w jego działce jest ważnych. Dojdzie do tego jeszcze maks. 10-20 czasopism o szerokiej tematyce, ale publikujących w zakresie naszych badań oraz pomniejsze czasopisma specjalistyczne (m.in. łatwo je wyłowić po analizie kluczowych referencji w aktualnym manuskrypcie). Jeśli mówimy o adepcie nauki (student czy doktorant) to od tego ma on promotora, aby nie wpadł na przysłowiową minę. Zresztą szanujący się promotor i tak nie pozwoli wysłać pracy byle gdzie bo prawdopodobnie jest współautorem.

    Doświadczony naukowiec nie publikuje w czasopismach nowych, chyba, że zna osobiście edytora np. guru jakiejs tam naszej niszy lub/i jest jako tako gwarancja, że całość ma sens (np. eLife za powstanie którego odpowiadały Welcome Trust i Max Planck Society, co mimo ich górnolotnych oświadczeń na temat nie promowania IF szybko przełożyło się na wysoki IF, więc na jedno wyszło).

    Odnośnie majsterkowania w systemie to wiele jest do zrobienia i poprawy. Zadziwiające jest to, że naukowcy niby taka inteligentna frakcja populacji a zgodzili się na system oparty na darmowej pracy edytorów/recenzentów i jeszcze na koniec za opublikowanie płacą. Żaden biznes nie jest oparty na takim modelu. W realnym świecie autorom, projektantom, wykonawcom itd. po prostu należy się wynagrodzenie, ewentualne "tantiemy" to jest bonus. W nauce wszystko na odwrót pracuj za miskę ryżu, a może (ale raczej nie) uda ci się za 20-30 lat zacząć odcinać kupony.

  • aaa3aaa napisał(a) komentarz datowany na 2018/07/17 15:46:57:

    @doktorgolgi

    Przeczytałam podlinkowany tekst. Właściwie można wymienioną publikację zignorować:
    1) data publikacji 1998 rok czyli dotyczy stanu nauki sprzed 20 lat
    2) dotyczy tylko jednego czasopisma i analizy (bardzo pobieżnej) kilkuset recenzji

    Obecnie publikacje są:
    a) wielokrotnie dłuższe i bardziej skomplikowane
    b) interdycyplinarne

    Co do samego artykułu to w końcówce abstraktu jest "Reviewers might be advised that spending longer than 3 hours on a review on average did not appear to increase review quality as rated by editors and authors"

    A jak już człowiek się wczyta co to znaczy i jak zostało zdefiniowane to zaczynają mu stawać dęba włosy.

    "In addition, two thirds of the reviewers (the third included in the "uninformed" portion of the trial had to be omitted to determine any Hawthorne effect) were asked to report how long they spent carrying out the review (including reading the manuscript, making notes, and writing the review). The time taken to return the review to the journal was recorded."

    Ogolnie wygląda to ładnie na początku, ale później:
    "First, two thirds of the reviewers knew they were participating in a study, which may have affected the quality of their review, and the time spent carrying it out. "

    "There was no association between the editors' assessment of review quality and the time taken by reviewers to return their reviews. There was, in contrast, a clear nonlinear relationship with the time spent by reviewers on their reviews. Review quality improved with increasing time up to about 3 hours, but not beyond."

    Niestety, aby poprzeć ostatnie zdanie autorom zabrakło już chęci, aby pokazać jakiekolwiek dane (brak wykresu, tabeli, poziomu istotności statystycznej, o surowych danych nawet nie śmiem wspomnieć), właściwie musimy wierzyć im na słowo.

    Jak nadmieniła @kardla na dzień dzisiejszy manuskrypt to często kilkadziesiąt stron słabo sformatowanego tekstu (figury gdzie indziej niż opisy itd.). Samo przeczytanie i ewentualne wyłapanie potencjalnych słabych punktów to kilka godzin pracy. Następnie należy sprawdzić b. szczegółowo to na czym się znamy czyli nie tylko tekst, ale i tabele a często i dane (supplementary data mogą czasem być olbrzymie). Do tego należy doliczyć czas na przepisanie uwag z formy papierowej do komputera (tak, manuskrypt należy wydrukować; pobieżne czytanie na komputerze w pół godziny i odesłanie 2 zdań nie kwalifikuje się w mojej ocenie jako recenzja), a następnie wygładzenie od strony językowej. Na koniec warto by było jeszcze się "przespać z pierwszym draftem" i rano nanieść ewentualne poprawki. Język recenzji oraz poziom uwag merytorycznych ma być na poziomie wystarczającym do tego, abym jako recenzent mogła się imiennie podpisać pod taką recenzją (często nie jet to nawet możliwe od strony formalnej, jednak już samo postawienie sobie takiej poprzeczki podnosi jakość recenzji wielokrotnie; niektórzy recenzenci naprawdę za dużo pozwalają sobie w ramach anonimowości i kończy się to nierzadko tanimi sztuczkami jak wymuszanie cytowań ze strony recenzenta - tu uważam, że cały proces recenzowania może być z powodzeniem usprawniony, gdyby po akceptacji publikacji recenzje i recenzenci przestali być anonimowi i niedostępni dla czytelnika, są nawet już takie czasopisma, gdzie recenzje są dostępne jako załącznik do publikacji i gołym okiem widać, że wymóg taki bardzo cywilizuje proces recenzji i skutecznie pacyfikuje zapędy co niektórych).

  • doktorgolgi napisał(a) komentarz datowany na 2018/07/17 16:52:29:

    @aaa3aaa

    Świetne krytyczne podejście. Oczywiście zdaję sobie sprawę z ograniczeń tych badań i ich aktualności (pewnie są już nowsze).

    Bardzo mi się podoba twoje podsumowanie, jak powinna porządna recenzja i zgadzam się w 100% z de-anonimizacją recenzentów - o czym wspominałem w moim wcześniejszym wpisie.

    Wcześniej wspominasz też o elife - mimo, że koniec końcow tam nie trafiłem to bardzo miło wspominam proces rezenzji. Szybkie, rzeczowe i pomogły ulepszyć pracę, co przydało się do kolejnego czasopisma i pozwoliło wyeliminować większość wad. Dla obecnych tu, a nie z tej branży - elife to czasopismo OA, gdzie proces recenzji ma formę dyskusji między recenzentami i redaktorem, po czym sporządzana jest notatka. Kładzie się nacisk, by nie żądać dodatkowych danych/badań, gdy nie jest to naprawdę niezbedne, i ogólnie by nie prosić o dodatkową pracę. Po akceptacji recenzje, jak i odpowiedzi, publikowane są razem z artykułem. Przy odrzuceniu z kolei, dostaje się podpisane recenzje (ale to chyba tylko, jak recenzent wyrazi zgodę - nie pamiętam dokładnie).

  • doktorgolgi napisał(a) komentarz datowany na 2018/07/17 16:56:25:

    Poprawka - w elife jednak nie są publikowane dane recenzentów.
    Wciąż recenzje są, jak i odpowiedzi.

  • flamengista napisał(a) komentarz datowany na 2018/07/17 21:28:03:

    @ aaa3aaa i kardla: zabawne, jak różnie może to być ze względu na dyscyplinę. U nas może i noblista napisać, ale jak tekst nie spełni wymogów formalnych (nie ma struktury, rozmiarów i sekcji według standardów czasopisma), to z automatu dostanie desk rejection.

    Czytanie 50+ stronicowego manuskryptu to totalny kosmos. Niedawno recenzowałem tekst blisko 40-stronicowy i napisałem bardzo negatywną recenzję. Oprócz kwestii metodologicznych głównym argumentem na nie była właśnie długość. Gdzieś usłyszałem: jeśli możesz napisać tekst na 25 stron, znacznie lepszy będzie jak zetniesz go do stron 15. I trochę jest w tym racji. W obecnym świecie mało kto ma czas na czytanie 100-stronicowych artykułów!

  • kahlkopf napisał(a) komentarz datowany na 2018/07/17 22:09:00:

    @flamengista
    Długość manuskryptu jest funkcją wielu rzeczy. W mojej działce są czasopisma, które wymagają, aby manuskrypt nie przekraczał 16 stron, 3-5 rysunków i bibliografii 10 pozycji (tzw. letters). Ale też są żurnale, gdzie manuskrypty mogą być znacznie dłuższe i stają się jeszcze dłuższe, gdy jest wymagane formatowanie, gdzie odstęp pomiędzy wierszami ma być 1.5 (moje to zazwyczaj dwadzieścia kilka stron) . Przy recenzowaniu ja czytam na komputerze pracę, po czym zostawiam to na kilka dni i wracam by znów się temu przyjrzeć. Zwracam uwagę nie tylko na tekst, ale to czy koresponduje z rysunkami, wykresami, ich czytelność, poprawność oznaczeń i jednostek. Oczywiście oprócz samego wywodu, to najważniejsze są wnioski, jak i abstrakt. I jak już kiedyś pisałem, bardzo mało kto przywiązuje uwagę do rysunków, poprawności schematów, czy też na tyle ich dopieszczenia, aby były atrakcyjne dla oka. Stąd mam wrażenie, że niektórzy autorzy są przeświadczeni o swojej wielkości i uważają, że cokolwiek napiszą to ma być to mistrzostwo świata, nobel murowany albo medal Fieldsa. Natomiast sama recenzja, nawet jeśli ma być negatywna, to powinna wskazywać prawidłowy kierunek pisania nowych artykułów.

  • pigwa_polska napisał(a) komentarz datowany na 2018/07/17 23:57:19:

    @kahlkopf
    studentkom każesz przychodzić w większej grupie - a panom studentom nie?
    to nie zdziw się
    pryszczaty student z wyraźną nadwagą, od 100% hetero megakobieciarza wydziałowego, któremu żadna się nie oparła, wybiegł - z zarzutem, że został przez niego napastowany seksualnie i że padł ofiarą niemal gwałtu
    pomawiający nie wiedział, że w czasach gdy to jeszcze nie było modne - pomawiany miał okamerowany pokój - heteroseksualnego mężczyznę zarzut, że jest homoseksualnym gwałcicielem niszczy skuteczniej, niż to, że skrzywdził studentkę

  • kahlkopf napisał(a) komentarz datowany na 2018/07/18 00:28:26:

    @pigwa_polska
    W ogóle wolę, żeby w grupie przychodzili, ze względu na to, że później nie ma żadnych niedomówień. A tak w ogóle, to o co Ci chodzi z tym kontekstem seksualnym? Bo jak dla mnie to na uczelni nie istnieje, liczy się praca.

  • staryzgred2012 napisał(a) komentarz datowany na 2018/07/18 01:50:39:

    @kahlkopf
    > A tak w ogóle, to o co Ci chodzi z tym kontekstem seksualnym?
    > Bo jak dla mnie to na uczelni nie istnieje, liczy się praca.


    O co chodzi? O ideologiczną obsesję kręgów lewicowych, a szczególnie lewackich datującą się od rewolty 1968 - totalna seksualizacja wszystkiego przy jednoczesnym wymaganiu od mężczyzn wiktoriańskiej pruderii i totalnej wstrzemięźliwości wobec kobiet sondujących wytrzymałość norm obyczajowych. Sprzeczności pomiędzy jednym i drugim te kręgi nie dostrzegają.

    Nie staraj się zresztą tego zrozumieć, bo i tak zostaniesz "mizoginem, rasistą i ksenofobem" ((c) @zitterbewegung) a nawet pewnie homofobem, gdyż przekłamywanie znaczeń tych słów i używanie ich później jako epitetów pozbawionych treści, ale użytecznych do stygmatyzacji oponentów to typowy dla tych grup modus operandi. Szczególną ich cechą jest zawłaszczanie na wyłączność skądinąd ważnych zagadnień genderowych i ich wypaczanie przez pakowanie do nich treści uwarunkowanych ideologicznie i sprzedawanie tego jako prawd naukowych - coś, wypisz wymaluj, na wzór łysenkizmu.

  • zitterbewegung napisał(a) komentarz datowany na 2018/07/18 02:35:34:

    przekłamywanie znaczeń tych słów

    Oświeć nas co do prawdziwych znaczeń.

    epitetów pozbawionych treści

    Niezmiennie jednak napełniasz je treścią.

  • halucinski napisał(a) komentarz datowany na 2018/07/18 03:21:51:

    Trochę interesuję się językiem w medycynie. Z moich doświadczeń wynika, że lekarzom-naukowcom zwisają i powiewają zagadnienia języka w komunikacji lekarz-pacjent i w dokumentacji medycznej, natomiast lekarze-praktycy z ciekawością wysłuchują wykładów na ten temat. Prof. Galasiński wysłał artykuł do ,,top medical journal''. Tego typu czasopisma czytają lekarze-naukowcy, zaś lekarze-praktycy mają swoje branżowe czasopisma, zwykle o zasięgach krajowych. Może prof. Galasiński po prostu wybrał niewłaściwie miejsce publikacji? Może lepiej byłoby wysłać pracę do takiego (gorzej punktowanego i mniej cytowanego) czasopisma dla lekarzy-praktyków? Może dobrze byłoby dać do przeczytania ten manuskrypt jakiemuś lekarzowi, specjaliście w odnośnej dziedzinie medycyny, żeby wyłapał te drobne szczegóły, które wskazują, że pracę napisał nie-lekarz? Lekarze, zwłaszcza naukowcy, są wyjątkowo uczuleni na outsiderów, próbujących wypowiadać się na tematy (nawet pośrednio) związane z medycyną.

    PS. Mam nadzieję, że Pan profesor nie poczuje się urażony tymi uwagami, nie taki był mój cel, nie wiem nawet, czy one odnoszą się do jego manuskryptu. Mój post to raczej próba wytłumaczenia (nie: usprawiedliwienia) negatywnych recenzji. Swoją drogą, z chęcią przeczytałbym ten odrzucony artykuł.

  • halucinski napisał(a) komentarz datowany na 2018/07/18 03:25:05:

    @Kahlkopf:

    Chyba wiem, skąd się wzięła ta ostra reakcja Kardli na post Waćpana. On mógł (podkreślam: mógł) zabrzmieć jak ten stary dowcip z poprzedniego ustroju: - Wy dławicie prawa polityczne jednostek. - A u was biją Murzynów.

  • kahlkopf napisał(a) komentarz datowany na 2018/07/18 07:29:29:

    Acanie Halucinski
    To zależy, co chce zobaczyć i jaką dopisać ideologię. Kiedyś taki piękny wiersz napisała Wisława Szymborska "Głos w sprawie pornografii". I zamiast trącić myszką, to bardzo trafnie opisuje naszą rzeczywistość. Uważam, że co poniektórzy tutaj lubią popadać z jednej skrajności w drugą, nie zauważając całego środka.

  • kahlkopf napisał(a) komentarz datowany na 2018/07/18 07:33:52:

    @StaryZgred2012
    Ja tego nie uważam za lewicowe lub lewackie, raczej wyniesione z kręgów wiejskiego i małomiasteczkowego plotkarstwa. To ludzie z takich często "prawdziwie wierzących środowisk" nie mając zainteresowań bardzo zajmują się innymi i tworzą historie i dorabiają co trzeba.

  • pigwa_polska napisał(a) komentarz datowany na 2018/07/18 13:24:35:

    @kahlkopf
    mi o nic nie chodzi
    osobiście wcale nie organizuję spotkań ze studentami - albo widzimy się na wykładzie, albo w moim sekretariacie - gdzie w tzw. "open space" w tym czasie jest sekretarka, kilku profesorów, wszystko jawne dla każdego
    gabinet jest do pracy twórczej - i jego koszty są ogromne
    najczęściej więc przeciętny profesor nie ma gabinetu a biurko w open space lub wynajmowane od biblioteki przeszklone widoczne dla wszystkich korzystających z biblioteki - stanowiska "indywidualne".

  • zitterbewegung napisał(a) komentarz datowany na 2018/07/18 13:57:38:

    tworzą historie

    A małomiasteczkowe mendki takie jak ty są jednoczesnie paternalistyczne, uważają za stosowne krzywdzić ofiary i któryś już komentarz zachodzą w głowę po co zachowywać się przyzwoicie. Nie masz lepszych problemów do przemyślenia tylko pochodzenie ludzi którzy mają z Twoim knajactwem problem?

  • dr.kananga napisał(a) komentarz datowany na 2018/07/18 17:00:38:

    A tak na marginesie. Tak się wszyscy śmieją z politologii. A proszę wg rankingu szanghajskiego warszawska politogia (UW) jest na pozycji (201-300), a psychologia dopiero (301-400). Politologia jest wyżej niż chemia, ekonomia, nauki o ziemi, ekologia itd. Wyżej jest tylko matematyka i fizyka.

  • flamengista napisał(a) komentarz datowany na 2018/07/18 17:04:41:

    Politologia na UW jest wysoko dzięki magikowi. W zasadzie to jego publikacje robią tą pozycję. Po prostu politolodzy mało publikują - w Polsce i na Zachodzie.

  • dr.kananga napisał(a) komentarz datowany na 2018/07/18 17:09:01:

    łato sprawdzić ile ma publikacji. Jeżeli jedna osoba w sumiez niewielką liczbą publikacji tak winduje pozycje politologii (a przecież psycholodzy na UW mają sporo publikacji) to chyba coś jest nie tak z rankingiem.

  • flamengista napisał(a) komentarz datowany na 2018/07/18 17:18:08:

    No ale mówimy o przeskoku z 4 do 3 setki, w dyscyplinie która na ogół jest słabo umiędzynarodowiona. Podejrzewam też, że liczy się tu też wymiar praktyczny - sporo absolwentów politologii UW zasiada/ło w rządzie i innych instytucjach.

  • p-tau napisał(a) komentarz datowany na 2018/07/18 17:29:35:

    Minister Gowin może otrąbić sukces: ustawa już przynosi rezultaty!

  • darek.galasinski napisał(a) komentarz datowany na 2018/07/19 11:59:32:

    @halucinski. Oczywiście, że nie jestem urażony. Jednak nie do końca się zgadzam. Myślę, że jest grupa lekarzy, zarówno praktyków jak i badaczy, która jest zainteresowana komunikacją w medycynie. To się zaczęło gdzieś w latach 90, gdzie z jednej storny widzieliśmy 'narrative medicine', a z drugiej storny lingwistów, takich jak Sarangi, którzy zaczęli sie intereswoać medycyną.

    Problem w tym, że medycyna nie chce słyszeć 'to zależy', co najczęsicej mówią lingwiści. Medycyna chce usłyzzeć - jak będziesz mówić X, to będziesz dobrze się komunikował. I dzisiaj jest duży rynek doradztwa komunikacyjnego, które uczy lekarzy tzw. 'communication skills' (na moim blogu jest tag dotyczący tego). I lekarze słyszą na przykład to, że mają się pochylać ku pacjentowi, żeby dobrze się komunikować. Albo że mają zadać pytania ICE (ideas, concerns, expectations). Te rady zazwyczaj są kompletnie pozakontekstowe, a przez to kompletnie nieprzydatne, żeby nie powiedzieć, durne. Problem w tym, że gdy przychodzi lingwista i mówi o komunikacji zupełnie inaczej, zaczynają być problemy.

  • darek.galasinski napisał(a) komentarz datowany na 2018/07/19 12:14:03:

    @halucinski @trzy.14. I powstają więc dwa pytania. Pierwsze, czy warto się pieprzyć z publikowaniem u medyków, drugie, jeśli tak, jak to zrobić.

    Na pierwsze pytanie nadal odpowiadam pozytywnie, na drugie, nadal nie mam odpowiedzi. Na razie odbijam się od ściany. Poziom niezrozumienia i niechęci do nawiązania kontaktu z innym spojrzeniem na komunikację kliniczną jest dla mnie zaskakujący. To jest akie zupełne odrzucenie innej perspektywy.

    Oczywiście można przyjąć, że artykuły są po prostu złe (ktoś tu napisał, że w blogu podałem jedynie swoją wersję wydarzeń). Oczywiście, chcąc nie chcąc, jestem otwarty na taką możliwość. Jednak do tej pory nie znalazłem żadnego argumentu za nią. Odrzucenie jest na wyższym poziomie. I to jest poziom: to jest głupie, bo przecież my świetnie prowadzimy dokumentację medyczną. Do tego przychodzą argumenty, które na gruncie wiedzy o języku nie mają żadnego sensu (jak na przykład, że dokumentacja medyczna jest obiektywna - tego nawet część medycyny już nie mówi!). I z takimi argumentami bardzo trudno dyskutować, szczególnie gdy redaktor naczelny czasopisma uważa je za sensowne.

    Mówiąc szczerze, nie wiem, co dalej. Niszowość badań ma swoje zalety, ale ma również wielkie wady. Wady się ujawniają jeszcze bardziej, gdy tę niszę chce się opublikować w czasopismie, w którym te badania nie są nawet niszą.

  • pigwa_polska napisał(a) komentarz datowany na 2018/07/19 14:10:36:

    @dr.kananga
    >>A tak na marginesie. Tak się wszyscy śmieją z politologii. A proszę wg rankingu szanghajskiego warszawska politogia (UW) jest na pozycji (201-300)<<

    i właśnie dlatego dr Marek Migalski miał pod górkę z habilitacją - bo jego praca spełnia wymogi na habilitację według kryteriów europejskich z politologii a polskich z innych dyscyplin - a on uparł sie na wyśrubowaną poliologie polska

  • piotrcandida napisał(a) komentarz datowany na 2018/07/19 15:29:18:

    "W konsultacjach jest też projekt dot. wsparcia czasopism naukowych. Zakłada on m.in., że aby móc zabiegać o dofinansowanie, należy zachować zróżnicowanie wśród publikujących autorów. Autorzy z afiliacją tej samej placówki nie mogą stanowić tam więcej niż połowę autorów. Być może jednak MNiSW złagodzi ten wymóg. "Okazuje się, że sporo czasopism naukowych ma charakter wtórny - nie są polem do prowadzenia debaty naukowej między ośrodkami naukowymi, ale są narzędziem publikacyjnym stosowanym na potrzeby wewnętrzne uczelni" - powiedział wiceminister. Dzięki środkom z MNiSW czasopisma będą miały szansę poprawić swoje funkcjonowanie."

    No niezłe jaja. Tworzą czasopisma dla swoich i jeszcze będą na to dostawać kasę, ręce opadają na te pomysły Ministerstwa.

  • halucinski napisał(a) komentarz datowany na 2018/07/19 19:11:56:

    @Darek.Galasinski:

    > Problem w tym, że medycyna nie chce słyszeć 'to zależy', co najczęsicej mówią
    > lingwiści. Medycyna chce usłyzzeć - jak będziesz mówić X, to będziesz dobrze się
    > komunikował.

    Temu akurat Pan Profesor nie powinien dziwić się. Dzisiejszą medycynę kliniczną zdominowały wytyczne, zalecenia, rekomendacje i standardy. Te dokumenty mówią: jeżeli stan pacjenta jest taki a taki, zrób te i te badania; jeżeli ich wyniki będą takie a takie, podaj ten i ten lek. W rezultacie wystarczy zakwalifikować stan pacjenta do określonej klasy sytuacji klinicznych (sic!), opisanej w tych lub tamtych wytycznych, i postępować zgodnie z zaproponowanym schematem. Jeśli pójdzie coś nie tak i pacjent umrze, lekarz powie: Działałem zgodnie z rekomendacjami, ale przypadek był beznadziejny.

    Te wytyczne wkradły się już nawet do psychiatrii, co może dziwić, bo przecież zaburzenia psychiczne mają swoją szczególną specyfikę, wyrażającą się w ogromnej indywidualizacji, czy wręcz niepowtarzalności, manifestowanych przez każdego pacjenta objawów chorobowych. Za wielką wodą już w DSM-IV istniały takie rozbudowane katalogi diagnostyczne, w piątym wydaniu poszło to jeszcze dalej.

    W tym wszystkim niewątpliwie zatraca się ten indywidualny pierwiastek medycyny klinicznej. Dziś jej fundamentem jest statystyka, a konkretnie wyniki wieloośrodkowych, randomizowanych badań klinicznych. Statystyka nie opisuje konkretnego, indywidualnego przypadku, ale klasy podobnych pod względem przypadków. (O tym więcej pewnie napisałby Panu Czlowiek.z.makulatury). I tu przechodzimy do clou...

    > I powstają więc dwa pytania. Pierwsze, czy warto się pieprzyć z publikowaniem
    > u medyków, drugie, jeśli tak, jak to zrobić. Na pierwsze pytanie nadal odpowiadam
    > pozytywnie, na drugie, nadal nie mam odpowiedzi. Na razie odbijam się od ściany.

    Rzecz jasna, nie czytałem Pańskiego manuskryptu, więc sam Pan musi sobie odpowiedzieć na pytanie, czy był oparty na wynikach jakichś badań statystycznych. Jeżeli Pan przejrzy sobie archiwa najbardziej topowych żurnali medycznych z ostatnich lat, zobaczy Pan, że prawie wszystkie opublikowane artykuły bazują na jakiejś statystyce. To konsekwencja tego, o czym pisałem wcześniej. Prace przeglądowe, które pojawiają się rzadziej, zwykle powstają na zamówienie redakcji. Autorzy prac teoretycznych, czyli (w rozumieniu medyków) takich, które nie są oparte na wynikach badań statystycznych, mają ogromny problem z przebiciem się na łamy uznanych żurnali.

    Być może wyjściem z Pańskiej sytuacji byłoby przerobienie manuskryptu. Trzeba by wziąć kilka tysięcy historii chorób (mniejsze próbki to dla medyków to nie statystyka), wyciągnąć określony rodzaj danych z tych ,,clinical notes'', opracować je statystycznie i dopiero do tego ,,dokleić'' (jeśli się da) dotychczas odrzucone propozycje, interpretacje i wnioski. Wiem, że to ogromna robota, przekraczająca możliwości jednego człowieka (jeśli mówimy o rozsądnym czasie). Wiem też, że trzeba mieć dostęp do dużej liczby historii chorób, co samo w sobie jest problemem dla nie-lekarza. Wiem również, że wiele zagadnień w językoznawstwie trudno podciągnąć pod statystykę.

    PS. Uprzedzam, bo tak mi nakazuje sumienie: nie jestem lekarzem klinicystą i mam niewielkie doświadczenie publikacyjne.

  • czlowiek.z.makulatury napisał(a) komentarz datowany na 2018/07/19 21:44:12:

    Szanowny Panie Profesorze, jak Pan zauważa w tytule, zderzył się Pan z pewną ścianą. Chciałbym napisać, że Pana doświadczenia pochodzą z pewnej arogancji medyków jako takich, ale byłoby to zupełnie chybione i nieprawdziwe, bowiem ściana ta istnieje niemalże fizycznie a jej fundamentem jest odmienna filozofia widzenia świata.

    Ściana ta przypomina betonowe bariery na granicy oddzielające nauki zajmujące się konstrukcjami abstrakcyjnymi a fizycznym widzeniem świata. Idealistycznie możemy się zastanawiać, czy świat bez takich granic byłby lepszy, ale na tym etapie rzeczywistości przyłożenie pojedynczym samochodem w betonowy mur graniczny meksykańsko-amerykański nie jest raczej dowodem czegoś przełomowego w tej kwestii. Piszę to ze smutkiem, przejrzałem Pana Profesora publikacje i jestem pod pozytywnym wrażeniem fachowości, pomimo dalekiej odległości dyscyplinarnej.

    Otóż doświadczenie nauk posiadających jakiekolwiek poracie empiryczne oparte jest nie na płynnych konstruktach abstrakcyjnych jak język/społeczeństwo/człowieczeństwo, tylko na badaniu rzeczywistości (w tym człowieka), które jest oparte na odrzuconej w naukach społecznych o zacięciu humanistycznym filozofii pozytywistycznej.

    I tak to świat wg istnienia fizyków, chemików, medyków oraz światowych ekonomistów - jest obiektywny, słowa są obiektywne, nie ma granic poznania, badacz nie ma wpływu na opis swojego dzieła, ponieważ wszystko daje się przyporządkować pewnym obiektywnie istniejącym kategoriom. Te kategorie pomimo jakiś tych niuansów są ze sobą na tyle porównywalne, że jest możliwa inferencja matematyczno-statystyczna na temat tych zjawisk, która jest opisem pozbawionym niuansów, które Pan bada. To, że Newton był w stanie ogólnie opisać w jednym równaniu, że piłka spadnie na ziemię i ziemia na piłkę i galaktyka wpadnie na drugą galaktykę a ta spadnie na pierwszą jest zasługą obiektywnego istnienia kategorii.

    Ta filozofia istnienia obiektywnego opisu rzeczywistości jest fundamentem naszego poznania i ze swojej definicji odrzuca wszystkie niuanse językowe o jakich Pan zapewne słusznie pisze. Otwierając jednak pewną puszkę Pandory w postaci niuansowania tych kategorii, podważa Pan w ten sposób wszystko co mówimy jako naukowcy. Staramy się bowiem, żeby w medycynie, czy innych naukach wszystko było poddane dominującemu empirokrytycyzmowi a evidence based policy/medicine itp. dążą do stworzenia powtarzalnych, obiektywnych kryteriów tego kiedy i co powinniśmy robić. Jak nagle opisujemy, że takich kryteriów nie ma, bo język giętki obciąża nasze myślenie, bo nie zawsze powie, co pomyśli głowa - ryzykujemy bardzo dużo, bez widocznych zysków w przyszłości. Wcale się zatem nie dziwię tej ostrej reakcji, dziwię się, że w ogóle ten artykuł był rozważany na tyle, że ktoś go poddał recenzji.

    Przypomina mi się bowiem artykuł pewnej reformatorki POLZGIEJ NAŁKI z Instytutu Socjologi UW, która opisywała jak badała medyków z Harvarda i piła kawę w kantynie, coś tam wstyd jej było, coś tam indywidualna perspektywa, coś tam, coś tam tralalalala, tak, że chyba ostatecznie z żadnym nie porozmawiała. Bełkot, wodolejstwo, ogólna żenada, że musiałem się przejść po pokoju. Ale napisała o tym artykuł na listę A, o tym że się wstydziła zagadać. Nosz k..[Tu liczne przekleństwa, wykropkowane ze względu na imć @halucińskiego]. Tak więc widzimy, że rozmywanie kategorii, które dla innych istnieją obiektywnie, a dla językoznawcy, polskiego socjologa, politologa nie - nie przynosi jakiś ewidentnych wniosków na przyszłość.

    No bo tak spytam bezpośrednio, to w sumie to jaki jest wniosek z tych badań Pana Profesora, oprócz tego, że język ma wpływ i trzeba uważać co się mówi do pacjenta? Czy wiadomo czego nigdy nie mówić? Na jakiej zasadzie? Czy teza artykułu "Language matters: a linguists view on medicine" jest weryfikowalna statystycznie, np. że pacjent któremu się powiedziało 'o kurde jaki jesteś zboczony, trzeba to leczyć' był o 6% bardziej bliski wyleczenia od pacjenta, któremu się powiedziało 'No nie wiem, chyba będzie trzeba to leczyć?'.

  • zitterbewegung napisał(a) komentarz datowany na 2018/07/19 22:18:28:

    I tak to świat wg istnienia fizyków, chemików, medyków oraz światowych ekonomistów - jest obiektywny, słowa są obiektywne, nie ma granic poznania, badacz nie ma wpływu na opis swojego dzieła, ponieważ wszystko daje się przyporządkować pewnym obiektywnie istniejącym kategoriom.

    Takim jak samosprzężenie? Co konkretnie jest obiektywne i bezgraniczne w ekonomii?

    Ja bym jednak odrębność medyków rozważał pod kątem ich szacunku dla tradycji, którą słusznie rozumieją jako podstawową formę racjonalności, wiedzy (ew. pre-wiedzy jak komuś tak łatwiej), i w związku z tym zmiany poglądów z przyczyn teoretycznych i wszelkich nowinek ich nie interesują. To jest niezależne od tego czy to są czyjeś przemyślenia, czy najnowszy (młodszy niż 20 lat) artykuł o testach klinicznych (taki z dowodami, nie ważne) w Nature.

    Ta filozofia istnienia obiektywnego opisu rzeczywistości jest fundamentem naszego poznania i ze swojej definicji odrzuca wszystkie niuanse językowe

    Sprawdzić, czy nie mechanika kwantowa, problem słowa "pomiar", problem obiektywnego opisu względem poszczególnego użytkownika teorii (nie tylko relatywistyczny, [a="arxiv.org/abs/1409.2454]każdy)

  • czlowiek.z.makulatury napisał(a) komentarz datowany na 2018/07/19 22:26:22:

    To, że światowi (nie mylić z polskimi) ekonomiści używają aparatu fizycznego do opisu rzeczywistości abstrakcyjnej jest przedmiotem zaciekłej debaty od momentu pierwszego użycia tego aparatu w XIX wieku, nad którą to debatą w końcu wszyscy przeszli do porządku dziennego. Tak po prostu jest, mimo iż owszem, czasami pasuje jak świni siodło.

  • czlowiek.z.makulatury napisał(a) komentarz datowany na 2018/07/19 22:27:51:

    A jeszcze dodam, że medycy nie mają żadnego problemu z przestawieniem obowiązujących paradygmatów i w momencie jego zmiany, natychmiast porzucają całą zgromadzoną mylnie wiedzę. Nie ma to zatem nic wspólnego z szacunkiem do tradycji a wiarą w obiektywny opis rzeczywistości.

  • zitterbewegung napisał(a) komentarz datowany na 2018/07/19 22:35:33:

    Jak nie mają, jak mają. Przykład: biomateriał transportujący antybiotyk do gnijącej miazgi w zębie wynaleziono 20 lat temu, testy kliniczne już dawno się skończyły, nie ma jednak żadnego nawet akademickiego dentysty który by to proponował zamiast "leczenia" kanałowego (zabijania i patroszenia zęba). Podobnie to że chirurdzy używają robotów i telemedycyny nie zmiemia formy terapii - inwazyjnej chirurgii.

    Poza tym do fizyki (przede wszystkim) też się odniosłem. Nawet nie chcąc sztampowo pracami Einsteina sprzed 100 lat (pierwsze nie zawierają równań tylko słowa, słowa, słowa).

  • darek.galasinski napisał(a) komentarz datowany na 2018/07/20 00:30:22:

    @Czlowiek Z większością tego, co Pan pisze, zgadzam się. Właściwie problemem jest to, że część medycyny nie wierzy w pozytywizm badań medycznych. Jedna z najciekawszych badaczek EBM (evidence based medicine) wskazuje, że bez tej 'innej wizji świata' nie ma dobrej EBM. Ale wiem, że do tego trzeba dojrzeć.

    I ma Pan rację - w przeciwieństwie do tego, co mówi legion ludzi szkolących lekarzy z komunikacji, ja nigdy nie powiem - masz mówić tak, a nie masz mówić nie. Bo na gruncie nauki o języku taki preskryptywizm nie ma żadnego sensu.

    Niedawno napisałem krótki komentarz w Lancet Psychiatry, który był przez dobry miesiąc w dwójce lub trójce najbardziej czytanych tesktów w LP. Usłyszałem wiele komplementów o tym, jaki to niesamowity tekst. Co ciekawe i ironiczne, to, że dla lingwisty ten tekst był o oczywistościach.

    Ja bym chciał, żeby medycyna zadała sobie pytanie, czy rzeczywiście ta jedna perspektywa jest tym, czego wy chcecie. Niestety, na razie nie zadaje.

  • niszczyciel_pojazduf napisał(a) komentarz datowany na 2018/07/20 08:42:44:

    @czlowiek.z.makulatury
    Twoja wypowiedź ma niestety coś z neofityzmu studenta pierwszego roku studiów inżynierskich, który z podnieceniem pisze na wszystkich możliwych forach przy każdej okazji, jak to po studiach humanistycznych można tylko w McDonaldzie pracować.
    Stereotyp, projekcja i zupełne niezrozumienie istoty problemu.
    Zasadnicze ograniczenia zawsze nakłada natura materiału badawczego i stopień jego fizycznej "dotykalności". Mówiąc w uproszczeniu, lekarz może zrobić trepanację czaszki i zobaczyć obiekt swoich badań, a stojący obok językoznawca niestety nie zobaczy tam tabelki z fonemami.

  • henboot napisał(a) komentarz datowany na 2018/07/20 08:58:16:

    @czlowiek.z.makulatury
    To objawienia, wizja czy nawiedzenie ? A jeszcze dodam, że nawiedzeni nie mają żadnego problemu z przestawieniem obowiązujących paradygmatów. Ten paradygmat jest opisany w jednym z przykładów, po zasadzeniu żołędzia w ziemniaku polskim na grządkach wyrastają roboty. Do tej pory takich rewelacji nikt nie potwierdził.
    Pyzatym my i nasi przyjaciele mamy potrzeby życiowe, ci których domniemamy jako zagrożenie ponieważ posiadają realną wiedzę, którą można zastosować co podważa objawienia, wizje itd. nie posiadają potrzeb życiowych, najlepiej zagłodzić i spuścić. To ważny paradygmat.

  • dr.kananga napisał(a) komentarz datowany na 2018/07/20 11:13:01:

    Naiwna wizja nauki, której nie podziela wielu przedstawicieli tzw. science (już nawet nie wspominam o filozofach nauki) i w którą nie trzeba wierzyć, aby zajmować się nauką.

  • czlowiek.z.makulatury napisał(a) komentarz datowany na 2018/07/20 11:51:20:

    Zanim się tu popultamy na temat "czy nauki humanistyczne/społeczne" są potrzebne, to 1. nic na ten temat nie pisałem. 2. temat ten jest oczywisty i ja gorąco będę wierzył, że tak, są konieczne!

    Pisałem o pewnym podejściu, być może aroganckim, nie podzielam tej arogancji w żadnej mierze.

    Nawet w agresywnych odpowiedziach znalazła się kalka mojej wypowiedzi "Mówiąc w uproszczeniu, lekarz może zrobić trepanację czaszki i zobaczyć obiekt swoich badań, a stojący obok językoznawca niestety nie zobaczy tam tabelki z fonemami." to nic innego jak "oparte jest nie na płynnych konstruktach abstrakcyjnych jak język/społeczeństwo/człowieczeństwo, tylko na badaniu rzeczywistości (w tym człowieka), które jest oparte na odrzuconej w naukach społecznych o zacięciu humanistycznym filozofii pozytywistycznej. "

    Jest dla mnie oczywiste, że właśnie na przykładzie wspomnianej ekonomii można udowadniać, że taka filozofia "twardej nauki" ma się zupełnie nijak do gospodarowania ludzi, które to zastosowanie do abstrakcyjnych motywów duszy ludzkiej wymaga, żeby ludzie byli racjonalni (jak to jest na ogół, zdajemy chyba sobie wszyscy sprawę).

    Tak samo jak słuszny argument, że niektórymi wysuniętymi wypustkami granicy wiedzy dotarliśmy do wielu miejsc, gdzie jak się mocno wydaje na ten moment - sięga granica ludzkiego poznania empirycznego.

  • henboot napisał(a) komentarz datowany na 2018/07/20 12:36:20:

    Nihil Novi, dyskutować można z ludźmi, którzy kierują się przyjętymi zasadami i normami społecznymi oraz posiadają odniesienie do rzeczywistości (np.: rozumienie tekstu pisanego).
    W postach @czlowiek.z.makulatury dominują opowieści o subiektywnym wyobrażeniu świata do których zawsze można dopasować wyrwany z kontekstu cytat, odwrócić uwagę od poruszanego zagadnienia.

  • rudamaruda1949 napisał(a) komentarz datowany na 2018/07/20 15:10:43:

    Przeszły wszystkie 4
    fakty.interia.pl/polska/news-pis-za-dozywotnim-zatrudnieniem-sedziow-na-uczelniach,nId,2609459

  • charioteer1 napisał(a) komentarz datowany na 2018/07/20 15:38:28:

    Jest oficjalny komunikat:
    konstytucjadlanauki.gov.pl/konstytucja-dla-nauki-czeka-na-podpis-prezydenta-rp

  • czlowiek.z.makulatury napisał(a) komentarz datowany na 2018/07/20 15:52:13:

    "Reforma to przede wszystkim wzmocnienie uczelni regionalnych, podwyżki dla nauczycieli akademickich, podniesienie jakości studiów i kształcenia praktycznego. "

    Spodobało mi się to zdanie z oficjalnego komunikatu, bowiem jest dokładnie przeciwnie pod każdym enumerowanym względem w tym zdaniu. To jak reklama ocynkowanego wiadra, że największą jego zaletą jest, że można dać do zabawy dziecku do lat 2, działa jak cedzak oraz może stanowić przewiewne nakrycie głowy.

  • js.c napisał(a) komentarz datowany na 2018/07/20 16:16:10:

    @człowiek.z.makulatury
    Niesamowite jest to ministerialne podsumowanie. Przy okazji widać, że najważniejsze decyzje ustawy są jakby wstydliwe dla rządu, bo nie ma o nich wzmianki. Na przykład: ogromne dofinansowanie dla uczelni badawczych, zniesienie wszystkich minimów kadrowych, znaczne wzmocnienie władzy rektora czy likwidacja BSt.

  • halucinski napisał(a) komentarz datowany na 2018/07/21 13:17:33:

    Mam pytanie do P.T. Forumowiczów:

    1. Potrzebuję jakiegoś wydawnictwa o przetwarzaniu informacji. Takiego, w którym znajdę omówienie pojęć danych surowych i informacji przetworzonej, etapów analizy danych, integracji wyników analiz cząstkowych, ich interpretacji itd. Chodzi mi więc o w miarę ogólną pozycję, niekoniecznie sprofilowaną pod konkretną dyscyplinę nauki. Czy ktoś z Państwa może mi coś polecić? Może być w polish or english.

    2. Czy ktoś z Państwa wie, czy błąd wnioskowania, polegający na tym, że przy uprawdopodobnianiu twierdzenia za przesłankę służy m.in. uprawdopodobniane twierdzenie (w ukrytej postaci), ma jakąś nazwę?

    Nie mam kogo zapytać, bo na uczelniach medycznych nikt sobie taki ,,bzdurami'' nie zawraca głowy.

  • trzy.14 napisał(a) komentarz datowany na 2018/07/21 20:49:06:

    haluciński,
    Ad 2. Błędne koło?

  • trzy.14 napisał(a) komentarz datowany na 2018/07/21 20:54:17:

    haluciński,
    Czy można wykorzystać Pana wykształcenie prawnicze?
    Czy dobrze rozumiem, że PiS ustami Przyłębskiej w sprawie prezydenckiego prawa łaski otworzył baaaardzo szeroko drzwi do depenalizacji aborcji (po zmianie prezydenta), o innych przedziwnych konsekwencjach nie wspominając?

  • dr.kananga napisał(a) komentarz datowany na 2018/07/21 20:56:01:

    Petitio principii

  • czlowiek.z.makulatury napisał(a) komentarz datowany na 2018/07/21 21:54:54:

    @halucinski - Jeśli chodzi o pozycję, która najlepiej przybliży intuicję badań i statystyki bez zagłębiania się w matematyczne "hieroglify" to Wheelan Charles - Naked Statistics. Jest to książka znakomita do tego celu. Chłop ma znakomitą swadę do tłumaczenia w przystępny sposób. Natomiast trzeba rozumieć, że jest to książka dosyć podstawowa.

  • halucinski napisał(a) komentarz datowany na 2018/07/21 22:12:58:

    @Trzy.14, @Dr.kananga

    Oczywiście, że tak. Naprawdę jestem tępy. Dziękuję Panom.

    @Czlowiek.z.makulatury:

    Dziękuję Panu, poszukam tej książki. Mam jedynie nadzieję, że pozycja nie skupia się zbytnio na statystyce, a traktuje właśnie o ,,intuicji badań'', bo o to mi chodziło.

    Ale, ale... od czasu mojego przyznania się do bycia miernotą matematyczno-statystyczną postanowiłem coś zrobić na tym polu. Kupiłem za śmieszne pieniądze podręcznik D. Morina pt. ,,Probability for the Enthusiastic Beginner''. Jest świetny.

  • halucinski napisał(a) komentarz datowany na 2018/07/21 23:30:01:

    @Trzy.14:

    > Czy dobrze rozumiem, że PiS ustami Przyłębskiej w sprawie prezydenckiego prawa
    > łaski otworzył baaaardzo szeroko drzwi do depenalizacji aborcji (po zmianie
    > prezydenta), o innych przedziwnych konsekwencjach nie wspominając?

    Penalizacja spędzania płodu nie jest bezpośrednio determinowana przez normy konstytucyjne. Nie mają racji działacze ruchów pro-life, którzy głoszą wszem i wobec, że z ustawy zasadniczej można wywieść zakaz aborcji. To, co głoszą, jest obłudą, o czym świadczy fakt, że te same osoby chcą znowelizowana art. 38 Konstytucji RP do postaci: ,,Rzeczpospolita Polska zapewnia każdemu człowiekowi prawną ochronę życia od poczęcia''.

    Prawo nie definiuje pojęcia ,,człowiek''. Poszczególne grupy prawników postulują różne definicje człowieka, oparte na etapach jego rozwoju ontogenetycznego. Według jednych z człowiekiem mamy do czynienia od chwili zapłodnienia komórki jajowej. Zdaniem drugich o człowieku można mówić od momentu zagnieżdżenia się zapłodnionej komórki jajowej w błonie śluzowej macicy. Wedle trzecich człowiek istnieje od mniej więcej 10. tygodnia ciąży, gdy zaczyna działać układ nerwowy płodu, a łożysko przejmuje funkcję hormonalną od ciałka żółtego ciążowego. Jeszcze inni uważają, że z człowiekiem mamy do czynienia od rozpoczęcia czynności porodowej macicy. Jak widać, (prawie) nikt nie kwestionuje tylko statusu człowieka od początku porodu.

    Wniosek z tego jest taki, że ustawodawca ma dość sporą swobodę w ustaleniu, od którego etapu rozwoju ontogenetycznego należy otoczyć ochroną życie człowieka. Konstytucja wcale nie nakazuje wprowadzenia zakazu aborcji. Nie nakazuje, bo milczy na ten temat. Ustrojodawca pozostawił tę kwestię nierozstrzygniętą. Był to wybór świadomy: w latach dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku priorytetem było uchwalenie ustawy zasadniczej. Próby uregulowania kwestii aborcji w projekcie konstytucji skończyłyby się tym, że nie byłoby żadnej ustawy zasadniczej.

    (Aby nie robić z tego wykładu, nie poruszam tu kwestii kolizji z innymi przepisami konstytucyjnymi, np. prawem do decydowania o swoim życiu osobistym. Ale te kolizje też są bardzo ważne przy interpretowaniu przepisów konstytucyjnych. Chodzi o to, że normę konstytucyjną zawsze interpretuje się z szeregu przepisów konstytucyjnych, a nigdy z jednego).

    Te ,,inne przedziwne konsekwencje'' są, z punktu dzisiejszej sytuacji politycznej, ważniejsze. W wyroku, o którym Pan wspomniał, obecny TK uznał, że konstytucja nie ogranicza prezydenta w stosowaniu prawa łaski w procesie karnym. Zdaniem obecnego TK należy literalnie interpretować art. 139: ,,Prezydent Rzeczypospolitej stosuje prawo łaski. Prawa łaski nie stosuje się do osób skazanych przez Trybunał Stanu''. Z przepisu konstytucyjnego wynika jedynie, że prezydentowi nie wolno zastosować prawa łaski wobec skazanych przez TS.

    Skoro obecny TK jest za literalnym stosowaniem Konstytucji, to powinien uznać -- jeśli wpłynie taki wniosek -- że prof. Gersdorf wciąż jest I Prezesem SN (używam tu pewnego skrótu myślowego). Art. 183 ust. 3 Konstytucji stanowi: ,,Pierwszego Prezesa Sądu Najwyższego powołuje Prezydent Rzeczypospolitej na sześcioletnią kadencję spośród kandydatów przedstawionych przez Zgromadzenie Ogólne Sędziów Sądu Najwyższego''. W tym przepisie konstytucyjnym nie ma żadnej mowy o tym, że I Prezes SN musi być sędzią czynnym, a nie sędzią w stanie spoczynku. (Ładnie o tym napisał niedawno prof. Gwiazdowski w swoim felietonie (linka).

    Jeżeli obecny TK orzekłby inaczej, jeszcze bardziej podkopałby swoją i tak już nadwątloną reputację. Wydaje się, że takie orzeczenie świadczyłoby o tym, że obecny TK interpretuje prawo arbitralnie, tj. w zależności od doraźnej potrzeby. To najcięższy zarzut, jaki można wysunąć przeciw sądowi czy trybunałowi.

    PS. Idąc po bandzie, można wręcz rzec, że art. 183 ust. 3 nic mówi, że I Prezesem SN musi być sędzia! Widzi Pan, do czego prowadzi literalne interpretowanie konstytucji?

  • halucinski napisał(a) komentarz datowany na 2018/07/21 23:32:30:

    @Trzy.14:

    Miało być:

    PS. Idąc po bandzie, można wręcz rzec, że art. 183 ust. 3 nic nie mówi, że I Prezesem SN musi być sędzia! Widzi Pan, do czego prowadzi literalne interpretowanie konstytucji?

  • trzy.14 napisał(a) komentarz datowany na 2018/07/21 23:59:57:

    haluciski,
    Mnie chodziło o to że wg Przyłebskiej prezydent może ułaskawiać kogo chce i kiedy chce, a wg polityków PiS nie musi nawet czekać na jakikolwiek wyrok, ba! może wstrzymać wszelkie postępowania jeszcze zanim sprawa trafi do sądu. Idąc tym tropem każdy kolejny prezydent może hurtem ułaskawić lekarzy i kobiety podejrzane (już na tym etapie!) o dokonanie aborcji. A kolejny to hurtowe ułaskawienie "cofnąć". Gdzie to rozumowanie może zaprowadzić w innych sprawach aż boję się pomyśleć.

    Z innej perspektywy:
    Prezydent staje się stanowiącym prawo królem, czy raczej w naszej tradycji carem, acz marionetkowym(!), a jednocześnie wprowadza się znaną z historii zasadę, że czyj kraj, tego wyznanie czy jakoś tak: Cuius regio, eius religio. W XVI wieku to był postęp, ale nie zapobiegł on wojnie 30-letniej, a mamy nie XVI a XXI wiek. W tej chwili co prawda konflikt nie ma (chyba) podłoża religijnego, ale mechanizmy dostrzegam podobne. A przede wszystkim widzę w tym przerażającą krótkowzroczność.

    sorki za zupełny off-topic

  • halucinski napisał(a) komentarz datowany na 2018/07/22 00:15:30:

    @Trzy.14:

    > Mnie chodziło o to że wg Przyłebskiej prezydent może ułaskawiać kogo chce i kiedy
    > chce, a wg polityków PiS nie musi nawet czekać na jakikolwiek wyrok, ba! może
    > wstrzymać wszelkie postępowania jeszcze zanim sprawa trafi do sądu.

    O tym napisałem (po prawniczemu chyba ;)) w drugiej części posta. Dokładnie do tak absurdalnych wniosków prowadzi literalne interpretowanie poszczególnych przepisów konstytucyjnych (tu: art. 139).

  • trzy.14 napisał(a) komentarz datowany na 2018/07/22 06:44:10:

    www.oecd-ilibrary.org/docserver/abf2c877-en.pdf?expires=1532210208&id=id&accname=guest&checksum=F2A559AE4C404600B5610F3511D8F285

    Póki co przejrzałem tylko obrazki i to jest bardzo interesująca lektura.

    Na przykład rys. 12. Wydatki na edukację wyższą w Polsce w stosunku do PKB nie wydają się specjalnie niskie, są nawet nieco wyższe od wydatków w Niemczech. Ale w przeliczeniu na studenta wydatki te w Niemczech są już o ok. 70% wyższe, co znaczy, że przeciętny polski "akademik" jest przeciążony dydaktyką.

    Z tego samego rysunku wynika też, że system, w który zapatrzeni są nasi reformatorzy (nauki, a nie edukacji, bo edukacja wyższa w Polsce jest przecież na wszechświatowym poziomie), czyli USA, jest zwyczajnie drogi co otwiera pytanie o to, czy uczelnia amerykańska jest lepsza, bo jest, ech, zarządzana jak fabryka (?), czy dlatego, że jest 3-razy intensywniej finansowana w przeliczeniu na produkt jednostkowy (=wykształcony student).

    Z tego samego rysunku wynika, że Korea postawiła na wyjątkowo masową edukację wyższą. Nie ma więc co narzekać na sam fakt upowszechnienia wykształcenia wyższego, ile na to, ze często jest to wykształcenie relatywnie słabe i/lub skoncentrowane na "studencie zdolnym" (fig. 9) (czyli niewymagającym wysiłku ze strony systemu edukacji, por. wynik Finlandii czy nawet wspomnianej tu Korei).

    Rysunek 11 z lewej obrazuje nasze zapóźnienie cywilizacyjne (liczba pracowników na stanowiskach badawczych), a 11 po prawej to dla mnie całkowita, kompletna niespodzianka. Byłem pewny, że Polska jest fabryką doktorów. Tymczasem Niemcy "produkują" doktorów z ponad 4-krotnie większą intensywnością.

    Ramka na str 21 daje ciekawą perspektywę na "polski niebieski laser".

    the original Polish research team abstained from commercialising intermediate inventions, aiming for developing the blue laser technology by themselves with government funds of the order of PLN 30 million over 2000-04, but no help from leading researchers in the field or entrepreneurs familiar with commercialising research. In the end, their GaN crystal growth method turned out to be relatively easy to substitute and foreign competitors were soon able to reduce manufacturing costs with mass-production.

    Powyższy przykład wskazuje na to, jak ważna jest wymiana pokoleniowa w celu dokonania przełomu mentalnościowego, niezbędnego do sprawnego poruszania się we współczesnym świecie.

  • trzy.14 napisał(a) komentarz datowany na 2018/07/22 06:57:52:

    A to ciekawostka prawna dla p. Halucińskiego:
    scontent-waw1-1.xx.fbcdn.net/v/t1.0-9/37057288_10217087687603269_250662395997847552_n.jpg?_nc_cat=0&oh=e56815026cd589c357a943053b463874&oe=5BCFB253

  • henboot napisał(a) komentarz datowany na 2018/07/22 07:18:17:

    @trzy.14
    Propaganda sukcesu jak za towarzysza Edwarda. Autochtoniczna struktura uczelni od II wojny, niektórzy zachowują się jak za czasów towarzysza Wiesława. Niekompletną wiedzę z poprzedniej epoki zapisaną na pożółkłej kopi z kopi wykorzystują do improwizowana radosnej twórczości nazywanej interdyscyplinarnością. Uczelnia amerykańska jest lepsza, bo jest, zarządzana koncepcją rozwoju w dłuższym horyzoncie czasu, struktura uczelni to najlepsi z najlepszych zgromadzeni z różnych ośrodków.
    Na amerykańskiej uczelni uczony który nie posiada materiałów przestaje być uczonym.
    Jak można porównywać przeciętny ośrodek akademicki z zachodniej Europy czy Ameryki z polskim folwarkiem w którym dominują inne cele, studenci i badania tylko przeszkadzają.

  • trzy.14 napisał(a) komentarz datowany na 2018/07/22 11:44:53:

    js.c
    Prof. Galasiński jako językoznawca zapewne zaleciłby analizę tego, w jakim celu napisano to ministerialne podsumowanie. Dla mnie jest jasne, że jego adresatem są politycy i być może także dziennikarze.

    Czyli, panie i panowie naukowcy, etap zalotów się zakończył. Kto się dał nabrać, ten trąba.

  • henboot napisał(a) komentarz datowany na 2018/07/22 13:38:13:

    @trzy.14 Gdyby tekst napisał mistrz to można uwierzyć. Mistrz najczęściej miewał objawienia po wizycie w komitecie wojewódzkim partii, po których kreował nowe kierunki badań co należało podać do publicznej wiadomości jako wybitność mistrza oraz przykład wolności nauki w Polsce. Analizując źródła wiedzy należy wykluczyć takie objawienia z braku źródła. Pozostają wizje i nawiedzenie. Biorąc poprawkę na wiek oraz przyjmowane farmaceutyki trudno rozgraniczyć źródła wiedzy.
    Posty ludzi którzy nie kierują się przyjętymi normami społecznymi posiadają wagę propagandową, zamieszać, zasiać wątpliwość, zagrać na emocjach, wzbudzić strach, poczucie nierealnego zagrożenia, na strachu można coś ugrać.
    To typowa propaganda z minionych czasów, nie przystaje do dzisiejszych realiów.

  • pigwa_polska napisał(a) komentarz datowany na 2018/07/22 14:02:03:

    @halucinski

    skoro nie ma definicji - to czy - przy założeniu zaistnienia szczególnych okoliczności - jest możliwe bez naruszania uznać, że człowiekiem jest dopiero osoba posiadająca stopień naukowy dr. hab.? i dopiero taka osoba ludzka zasługuje na ochronę prawną?

  • trzy.14 napisał(a) komentarz datowany na 2018/07/22 16:28:31:

    pigwa,
    Można, jeżeli ustawodawca uchwali taką właśnie definicję.

  • halucinski napisał(a) komentarz datowany na 2018/07/22 16:41:29:

    @Pigwa_polska:

    > skoro nie ma definicji - to czy - przy założeniu zaistnienia szczególnych okoliczności
    > - jest możliwe bez naruszania uznać, że człowiekiem jest dopiero osoba
    > posiadająca stopień naukowy dr. hab.? i dopiero taka osoba ludzka zasługuje
    > na ochronę prawną?

    W nauce prawa istnieje zakaz takiego wykładania przepisu, który prowadzi do absurdu. A teraz proszę sobie odpowiedzieć, jak należałoby ocenić powyższą propozycję. Powtórzę: zgoda wśród prawników panuje chyba tylko co do tego, że z momentem rozpoczęcia czynności porodowej macicy można mówić o człowieku.

    To jest blog naukowy, a nie prawniczy. Nie chciałbym tu rozpoczynać dyskusji na temat prawniczej definicji człowieka. Problem polega na tym, że tej debacie nie dałoby się abstrahować od kwestii światopoglądowych, religijnych i naukowych.

    To, na jakie etapy rozwoju ontogenetycznego postulowano by rozciągnięcie definicji prawniczej człowieka, w dużej mierze zależałoby od wartości, wyznawanych przez poszczególnych rozmówców. Dla jednego zapłodniona ludzka komórka jajowa jest już człowiekiem, tyle że w najwcześniejszym możliwym stadium rozwoju, dla drugiego to tylko -- no właśnie -- komórka, z której dopiero powstanie człowiek. Biolog czy lekarz może zaakcentować, że skoro rozważamy etapy rozwoju ontogenetycznego człowieka, to od momentu zapłodnienia mamy do czynienia z człowiekiem, bo w przeciwnym razie nie mówilibyśmy o rozwoju ontogenetycznym człowieka. Językoznawca być może podniesie, że w języku naturalnym człowiekiem nazywa się istotę żywą, która wyróżnia się najwyższym stopniem rozwoju psychiki i życia społecznego i która jako jedyna wytworzyła kulturę (vide: dowolny współczesny słownik języka polskiego, rejestrujący znaczenia wyrazów w języku naturalnym). Z kolei filozof przytoczy Arystotelesowską definicję człowieka i szereg kolejnych, niejednokrotnie rozbieżnych, które stworzyli późniejsi myśliciele.

    I kto z rozmówców będzie miał rację? Nawet jeśli któryś z nich będzie miał rację, to kto autorytatywnie orzeknie, że ów ma rację, a inni się mylą. A może lepiej będzie poddać pod głosowanie postulowane definicje i przyjąć za obowiązującą tę, która cieszy się największym poparciem? Ale kto podejmie decyzję o sposobie zaakceptowania wiążącej wszystkich definicji człowieka. Zagłosujemy nad głosowaniem? A może jednak... I tak dalej, w nieskończoność.

    Mam nadzieję, że nie zrozumie mnie Pani źle, ale nie chcę zgłębiać tutaj tematu definicji człowieka, w każdym razie nie przed wyrażeniem zgody przez Gospodarza, który na pewno zaoponuje. I wcale nie będę się dziwił temu sprzeciwowi.

  • halucinski napisał(a) komentarz datowany na 2018/07/22 16:49:17:

    @Trzy.14:

    > Można, jeżeli ustawodawca uchwali taką właśnie definicję.

    To muszę przekornie zapytać: jak ustawodawca każe Panu pisać artykuły w języku europejskim w ten sposób, że wyrazy mają być umieszczane od dołu kartki ku górze i od prawej do lewej, to też Pan powie, że ustawodawca tak może? A jak ustawodawca nakaże Panu układać wyrazy artykułów w losowo wygenerowanej kolejności, z oznaczeniem liczbowym przy każdym wyrazie, żeby było wiadomo, jak czytać, to też Pan uzna, że ustawodawca tak może?

  • staryzgred2012 napisał(a) komentarz datowany na 2018/07/22 17:09:04:

    @halucinski
    > A jak ustawodawca nakaże Panu układać wyrazy artykułów w losowo
    > wygenerowanej kolejności, z oznaczeniem liczbowym przy każdym wyrazie,
    > żeby było wiadomo, jak czytać, to też Pan uzna, że ustawodawca tak może?


    Wtedy nadchodzi czas, aby zmienic/obalic takiego aberracyjnego ustawodawce.

  • nobooks napisał(a) komentarz datowany na 2018/07/22 17:16:47:

    @haluciński
    By przejść do przykładu bliżej związanego z tematyką blogu, czy interpretacja CK w kwestii wymogu dla tytułu profesora dotyczącego liczby ukończonych przewodów i przewodu otwartego, lecz nie ukończonego, nie jest właśnie wykładnią prowadzącą do absurdu? W jaki sposób kandydat mógłby ją podważyć?

  • henboot napisał(a) komentarz datowany na 2018/07/22 17:45:42:

    @halucinski @staryzgred2012
    > A jak ustawodawca nakaże Panu układać wyrazy artykułów w losowo
    > wygenerowanej kolejności, z oznaczeniem liczbowym przy każdym wyrazie,
    > żeby było wiadomo, jak czytać, to też Pan uzna, że ustawodawca tak może?

    > Wtedy nadchodzi czas, aby zmienic/obalic takiego aberracyjnego ustawodawce.

    Ekonomiczniej będzie jak ustawodawca zadba o dobrą opiekę zdrowotną.
    W pewnym wieku "obalanie" oraz "zmienianie" kojarzy się z noszeniem pampersa.

  • trzy.14 napisał(a) komentarz datowany na 2018/07/22 18:58:11:

    halucinski,
    Ależ ustawodawca właśnie tak robi!

  • trzy.14 napisał(a) komentarz datowany na 2018/07/22 19:28:41:

    Swoją drogą, kto powinien dostawać granty NCN i dlaczego:
    Barbara Engelking czy Wojciech Muszyński?

    Kontekst: naszdziennik.pl/polska-kraj/199361,pol-miliona-na-antyhistorie.html

  • halucinski napisał(a) komentarz datowany na 2018/07/22 19:45:19:

    @Nobooks:

    Chodzi o ten komunikat (linka do strony jakiejś uczelni)?

  • kragon napisał(a) komentarz datowany na 2018/07/22 19:59:14:

    @trzy i 14/100

    Pisi szykuja sie do przejecia NCN.
    Wtedy w koncu bedzie sprawiedluwie. A i uczelnie regionalne (torun, lublin) odczuja nalezne wsparcie. No i krol z krolowa polski beda dowartosciowani.

  • trzy.14 napisał(a) komentarz datowany na 2018/07/22 22:47:02:

    Mobbing w PAN:

    vod.pl/programy-onetu/reportaze-onetu-mobbing-w-pan/z81mgth

  • nobooks napisał(a) komentarz datowany na 2018/07/22 23:08:42:

    @halucinski
    Tak, o ten. Byl na stronie CK też.

  • trzy.14 napisał(a) komentarz datowany na 2018/07/22 23:31:23:

    kragon,
    Tak się niedawno zastanawiałem, jakie to szczęście, że partia rządząca nie nazywa się np. Nauka i Postęp, dzięki czemu wyżywa się gdzie indziej i na kim innym.

  • halucinski napisał(a) komentarz datowany na 2018/07/23 00:26:08:

    @Pi:

    > Tak się niedawno zastanawiałem, jakie to szczęście, że partia rządząca nie nazywa
    > się np. Nauka i Postęp, dzięki czemu wyżywa się gdzie indziej i na kim innym.

    Jeśli będzie mi dane kiedykolwiek poznać Pana, dostanie Pan ode mnie butelkę whisky za ten komentarz. Popłakałem się ze śmiechu.

    @Nobooks:

    Odpowiem jako prawnik, nie jako naukowiec (czy raczej nałkowiec). Przedkonstytucyjny ustawodawca przyjął, że liczba wypromowanych doktorów jest jedną z miar przedgowinowej doskonałości naukowej przyszłego profesora. W swojej decyzji ustawodawca wykazał jednak niekonsekwencją: wymaga od tzw. profesoranta jednego wypromowanego doktora i jednego promowanego doktoranta. Przecież o sukcesie promotora można mówić dopiero w chwili nadania jego podopiecznemu stopnia doktora, więc wymóg bycia promotorem nieukończonego przewodu doktorskiego jest dla mnie nielogiczny.

    Cesarsko-królewska interpretacja jest -- dla mnie -- po prostu następstwem nielogiczności przedrewolucyjnego ustawodawcy, ale jako taka nie jest contra legem. CK jedynie zaakcentowało rozpisany w ustawie wymóg łącznego spełnienia trzech warunków: 1) samodzielnego wypromowania jednego doktora, 2) zrecenzowania dwóch prac doktorskich lub dwóch wniosków habilitacyjnych, 3) pomocnictwa w wypromowaniu jeszcze jednego doktora lub samodzielnego promowania jeszcze jednego doktoranta.

    Ale z ręką na sercu muszę przyznać, że pomimo kilkukrotnego przeczytania poniższego wyimka z komunika, nie rozumiem go:

    ,,Stosowanie wykładni polegającej na uznaniu, że omawiany przepis przewiduje możliwość spełnienia tylko jednego argumentu z dwuargumentowego warunku, o ile jest on pomnożony w stosunku do niezbędnego minimum przewidzianego w tym przepisie, nie znajduje zatem podstaw prawnych''.

    Mój gminny rozumek chyba nie nadąża za cesarsko-królewską umysłowością.

    > W jaki sposób kandydat mógłby ją podważyć?

    Tak na pierwszy rzut, czyli nie zgłębiwszy tematu, nie widzę takiej możliwości na etapie indywidualnego postępowania o nadanie tytułu profesorskiego.

  • pigwa_polska napisał(a) komentarz datowany na 2018/07/23 00:35:11:

    @halucinski
    Te moje uwagi wlasnie mialy doprowadzic do poruszenia naszych naukowoawansowych wariactw.

    [1] doktorat = oryginalne rozwiązanie problemu naukowego
    [2] habilitacja = osiągnięcia, które nie muszą nawet się przybliżać do rozwiązania czegokolwiek - a walorem jest jak zwiążą
    [3] profesura = osiągana bez znaczenia jakim sposobem

    Tak - światopogląd ma znaczenie.
    Korwinowcy twierdzą, że można dzieciaka - należącego do rodziców - zutylizować do czasu pełnoletniości - bo dziecko jest własnością taty i mamy.

    Co ciekawe - z tym człowiekiem w łonie matki. Jeśli podstawą moich poglądów prawniczych miałaby być Biblia z Hebrajskim sposobem rozumowania - nie od razu znaczy to, "od poczęcia".
    (9): I jeśli tak można powiedzieć, w osobie Abrahama i Lewi, który pobiera dziesięcinę, dał dziesięcinę; (10): był bowiem jeszcze w lędźwiach praojca swego, gdy Melchisedek wyszedł na jego spotkanie. [Biblia, Hebrajczyków 7]
    Lewi - syn Jakuba - syna Izaaka - syna Abrahama => był w lędźwiach Abrahama. Tak z grubsza - 150 lat przed poczęciem.
    Ochrona prawna poczętego dziecka wyglądała tak:
    (22): Jeżeli dwaj mężowie się biją, a przy tym uderzą kobietę brzemienną tak, że przedwcześnie rozpocznie sie jej akcja porodowa, ale ani niemowlę ani matka nie poniosą dalszej szkody, to sprawca zapłaci grzywnę, jaką mu wyznaczy mąż tej kobiety, a uiści ją w obecności rozjemców. (23): Jeżeli zaś dziecko lub kobieta, w wyniku przedwcześnie wywołanej akcji porodowej poniesie dalszą szkodę prowadzącą do śmierci niemowlęcia lub śmierci matki, to wtedy da życie za życie, [Biblia, Wyjścia 21] Ten tekst opatrzony czasem komentarzem Jana Kalwina - jest używany przez zwolenników ochrony życia od poczęcia.

    Jednak ochrona ta nie była bezwzględna.
    (18): Jeżeli ktoś ma syna upartego i krnąbrnego, który nie słucha ani głosu swojego ojca, ani głosu swojej matki, a choć oni go karcą, on ich nie słucha, (19): to pochwycą go jego ojciec i matka i przyprowadzą do starszych jego miasta, do bramy tej miejscowości, (20): i powiedzą do starszych miasta: Ten nasz syn jest uparty i krnąbrny, nie słucha naszego głosu, żarłok to i pijak. (21): Wtedy wszyscy mężowie tego miasta ukamienują go i poniesie śmierć. Wytępisz zło spośród siebie, a cały Izrael to usłyszy i będzie się bał. [Biblia, Powtórzonego Prawa 21]

    Jak widać - dziecko - podobnie jak chcą tego korwiniści - na wniosek rodziców niezadowolonych z wyników ich pracy nad wychowaniem dziecka - mogło być poddane "późnej aborcji" - termin nieprawidłowy - ale nie mam pomysłu na lepszy.

    I te przepisy ustawy 2.0 - w zależności od światopoglądu Ministra - mogą być używane tak, że będą przydatne w "odzyskiwaniu" dla PiS uczelni - lub jak PiS od władzy odejdzie - jej następcy polityczni mogą jeszcze lepiej wykorzystać do ich celów.

  • trzy.14 napisał(a) komentarz datowany na 2018/07/23 01:00:29:

    halucinski,
    Moim zdaniem CK wyklucza tym "pomnożeniem" możliwość zastąpienia jednego warunku drugim, za to wykonanym z naddatkiem, "przemnożonym", czyli zwielokrotnionym. Wypromowanie w przeszłości nawet 5 doktorów nic nie da, jeżeli nie ma się tu i teraz doktoranta aktualnie otwartego. Podobnie jak posiadanie 5 doktorantów z otwartym przewodem ale żadnego z nadanym stopniem.

    To ciekawe, że zdjęli komunikat z tą interpretacją ze swojej strony. System wpadł w kolejny etap "rozwibrowywania", zanim ktokolwiek zaczął go naprawdę rozwibrowywać? Znaczy się, łowy zaczęte: składaj wniosek, kto w Boga wierzy!

  • halucinski napisał(a) komentarz datowany na 2018/07/23 01:32:30:

    @Pigwa_polska:

    Dziękuję za objaśnienie.

    @Trzy.14:

    > Moim zdaniem CK wyklucza tym "pomnożeniem" możliwość zastąpienia jednego
    > warunku drugim, za to wykonanym z naddatkiem, "przemnożonym", czyli
    > zwielokrotnionym. Wypromowanie w przeszłości nawet 5 doktorów nic nie da,
    > jeżeli nie ma się tu i teraz doktoranta aktualnie otwartego. Podobnie jak posiadanie
    > 5 doktorantów z otwartym przewodem ale żadnego z nadanym stopniem.

    Dobrze, Pi, teraz rozumiem, ale za to mam nowe wątpliwości. Proszę przeczytać art. 26 ust. 1 pkt 3 ustawy, do którego odnosi się cesarsko-królewski komunikat:

    3) posiada osiągnięcia w opiece naukowej uczestniczyła co najmniej:
    a)  raz w charakterze promotora w przewodzie doktorskim zakończonym nadaniem stopnia oraz
    b) raz w charakterze promotora pomocniczego w przewodzie doktorskim zakończonym nadaniem stopnia lub uczestniczy w charakterze promotora w otwartym przewodzie doktorskim, oraz
    c) dwa razy w charakterze recenzenta w przewodzie doktorskim lub w przewodzie habilitacyjnym lub w postępowaniu habilitacyjnym
    - z zastrzeżeniem ust. 2 i 3.


    A teraz proszę jeszcze raz przeczytać ten wyimek:

    ,,Stosowanie wykładni polegającej na uznaniu, że omawiany przepis przewiduje możliwość spełnienia tylko jednego argumentu z dwuargumentowego warunku, o ile jest on pomnożony w stosunku do niezbędnego minimum przewidzianego w tym przepisie, nie znajduje zatem podstaw prawnych''.

    Jako ścisłowiec będzie Pan łaskaw poprawić mnie, jeśli pobłądziłem, bo nie jestem geniuszem logiki formalnej. Na mój gminny rozumek w pkt 3 jest mowa o trzech warunkach, które muszą być łącznie spełnione, przy czym jednym warunkiem dwuargumentowym jest ten oznaczony lit. b, bo to alternatywa łączna. Mylę się? Wtedy z komunikatu wynikałoby, że cesarsko-królewscy żądają, by w chwili składania wniosku kandydat na profesora co najmniej: samodzielnie wypromował jednego doktora oraz pomógł w wypromowaniu jeszcze jednego (czyli: drugiego) doktora, oraz samodzielne promował (aspekt niedokonany!) kolejnego (czyli: trzeciego) doktora.

  • halucinski napisał(a) komentarz datowany na 2018/07/23 01:57:32:

    @Pigwa_polska:

    On a second thought...

    > kobietę brzemienną tak, że przedwcześnie rozpocznie sie jej akcja porodowa,
    > ale ani niemowlę ani matka nie poniosą dalszej szkody

    To, że interpretację tego rodzaju tekstów należy przeprowadzać tylko w języku oryginału, jest chyba dla nas oczywiste i już choćby z tego powodu to, co napiszę, może być kwestionowane.

    Ale aż prosi się zapytać, w którym miesiącu ciąży musiała być Hebrajka, żeby Hebrajczyk uznał ją za brzemienną. W trzecim, kiedy błogosławiony brzuszek dopiero się zaokrągla i staje się widoczny dla przeciętnego mężczyzny? Pytam nie po to, żeby zakpić, ale po to, by uzmysłowić Pani potrzebę wzięcia pod uwagę poziomu ówczesnej ,,diagnostyki''. Przecież nie było sposobów, by wcześniej wykryć ciążę. To raz.

    A dwa: co oni rozumieli przez ,,akcję porodową''*? To tylko przypuszczenie, ale być może chodzi o skurcze macicy. Jeśli tak jest, to czy pojęcie ,,przedwcześnie wywołana akcja porodowa''* nie odnosi się przypadkiem do ostatnich dwóch, trzech miesięcy ciąży, czyli nie obejmuje tego, co dziś rozumiemy przez poronienie?

    * Bardzo współcześnie brzmią mi te sformułowania w naszym przekładzie.

    Czy może być tak, że pogląd, który z tego fragmentu biblijnego wywodzi nakaz bezwzględnej ochrony życia poczętego, jest błędny, i ta błędność zasadza się nie na kwestiach światopoglądowych, ale na nieznajomości znaczeń słów z ówczesnego języka oraz niebraniu pod uwagę poziomu ówczesnej wiedzy o fizjologii? Tak luźno pytam. W sumie wzbudziła Pani moją ciekawość.

  • staryzgred2012 napisał(a) komentarz datowany na 2018/07/23 06:59:31:

    @henboot
    > > Wtedy nadchodzi czas, aby zmienic/obalic takiego aberracyjnego ustawodawce.
    > Ekonomiczniej będzie jak ustawodawca zadba o dobrą opiekę zdrowotną.
    > W pewnym wieku "obalanie" oraz "zmienianie" kojarzy się z noszeniem pampersa.


    Parę dni temu sugerowałem ci, abyś tak bardzo nie eksponował swojej niedojrzałości, a - obecnie dodam - wręcz głupoty. Niestety, nie skorzystałeś z rady. Dodatkowo, dotąd brałem cię za nieco nawiedzonego doktoranta/gowinowego hunwejbina - obecnie jestem nieomal pewny, że jesteś jedynie najemnym hejterem, wynajętym przez albo ministerstwo, albo kanapową partyjkę Gowina, aby uprawiać propagandę wpływu w sieci. Dlaczego? Bo nawet agresywni zeloci gowinowej demolki, tacy jak Natalia Letki, czy pełni zetempowskiego zapału agitatorzy, jak Górski, nie są tak prymitywni w swojej argumentacji. A twoja argumentacja jest zwyczajnie prymitywna i ordynarna.

    Współczuję Gowinowi, że musi posługiwać się takimi okazami jak ty, choć z drugiej strony, daje to nadzieję, że cała ta pseudoreforma tym szybciej się wywróci. Dla wyjaśnienia: zmienić/obalić idiotę-legislatora można legalnie - kartką wyborczą, ale dla prymitywa propagandowego to zbyt trudne do zrozumienia, więc uciekasz się do argumentacji na poziomie komentarzy Onetu. Pozostaje zatem jedynie ignorować cię, zwyczajnego trolla.

  • nobooks napisał(a) komentarz datowany na 2018/07/23 07:04:03:

    @halucinski
    Tak jak pisal pi, chodzi o przypadki, gdy CK na podstawie tej swojej intepretacji odrzuca wniosek kandydata, który wypromował 7 doktorów, lecz nie ma otwartego postępowania.
    Prawdopodobna intencja ustawodawcy jest taka: 2 wypromowanych doktorów to trochę za dużo, zatem niech będzie 1 i drugi zaczęty [= otwarty przewód] (lub zamiast tego zaczętego - promotor pomocniczy w habilitacji).
    Ja bym powiedział, że CK stosuje wykładnię językową do samych przyimków, natomiast już nie stosuje jej do odrzucenia przypadków "kompensacji" większą liczbą ukończonych przewodów. Argument kompensacji daje się jednak wywieść w następujący sposób:
    1) ustawodawca nie ogranicza czasu, w jakim musiało nastąpić wypromowanie
    2) wypromowany doktor musiał tuż przed wypromowaniem mieć otwarty przewód, co wynika z obowiązującej procedury lub, jak kto woli, ze znaczenia w polskim kontekście wypromowania doktora
    3) zatem każdy dodatkowy (1+) wypromowany doktor musiał spełnia warunek dodatkowego otwartego przewodu w przeszłości (znaczenie otwartego postępowania przynajmniej tuż przed obroną zawiera się w promowaniu doktora)
    Biorąc 1, 2 i 3 łącznie, można argumentować, że 2 wypromowanych doktorów spełnia warunki ustawowe z naddatkiem. Inna interpretacja prowadzi do absurdu (gdzie CK odrzuca z powodów formalnych wniosek osoby, która wypromowała 7 doktorów).

    @pi
    Faktycznie ciekawe, że CK usunęło tę interpretację ze strony!

  • h_hornblower napisał(a) komentarz datowany na 2018/07/23 07:20:45:

    @Zgred
    >>@henboot: "Pozostaje zatem jedynie ignorować cię, zwyczajnego trolla".<<

    Ale jednak zamiast zignorować, wywaliłeś dwa magazynki tekstu ad personam...

  • henboot napisał(a) komentarz datowany na 2018/07/23 08:29:57:

    @staryzgred2012
    Rozumiem że jest to Twój świat w którym każdy ma domniemane miejsce.
    Nihil Novi winy stanu rzeczy musi się znaleźć, przerabialiśmy to w poprzednim wieku.
    Od tego czasu medycyna ma bardzo duże osiągnięcia.

  • trzy.14 napisał(a) komentarz datowany na 2018/07/23 09:10:04:

    pigwa se tu kolejny raz jaja robi, tekst oryginalny i 3 polskie tłumaczenia Księgi Wyjścia 21:22: www.biblia-internetowa.pl/2Moj/21/22.html plus kontekst w sąsiednich zdaniach.

  • trzy.14 napisał(a) komentarz datowany na 2018/07/23 09:52:30:

    haluciński,
    Myślę, że kluczem do egzegezy myśli cesarsko-królewskiej są tak cenione w naszym kręgu kulturowym koncepcje: prawa powielaczowego oraz zasiedzenia na urzędzie.

    Mianowicie w poprzedniej ustawie nie było punktu środkowego, tego o promotorze pomocniczym. Wiemy, że najbardziej diamentowi członkowie są tymi członkami przez wiele kolejnych kadencji, nawet 20 lat z rzędu. W zasiedziałych głowach punkt środkowy zlał się więc z punktem pierwszym i wg CK są dwa główne kryteria profesorskie: jedno promotorskie i jedno recenzenckie.

    Gdzie tu prawo powielaczowe? Prawo powielaczowe ma to do siebie, że jest niechlujne, niespójne, nieprofesjonalne.

    nobooks,
    Twoje interpretacja jest bardzo zdroworozsądkowa w pozytywnym sensie. Właśnie tak te warunki powinny być sformułowane. Jednak gdyby ta interpretacja była prawdziwa, to po co ustawodawca dodał słowo "uczestniczy", akcentując tym samym czas teraźniejszy i formę niedokonaną w tekście, w którym wszystkie inne czasowniki mają cas przeszły i formę dokonaną?

    Mnie już ktoś, kto rozważał złożenie wniosku pytał o to, jak ja rozumiem ten zapis. Odpowiedziałem, że moim zdaniem musi mieć tu i teraz doktoranta z otwartym przewodem, skoro jest za stary, by mógł załapać się na promotorstwo pomocnicze; ale dodałem też, że to nie ja jestem od ostatecznej interpretacji prawa, więc jeśli wszystko inne jest OK, to trzeba próbować.

    @wszyscy
    Ten artykuł z nowelizacji Kudryckiej to tylko przedsmak tego, co przyniesie nam ustawa Gowina. Najważniejsze przy tym jest nawet nie to, że jest on niejasny, tylko że obowiązuje tak długo, mimo że od wielu lat wszyscy zainteresowani są tej niejasności (i szkodliwości) świadomi. Innym przykładem złego prawa jest obowiązujące rozporządzenie w sprawie "kryteriów oceny osiągnięć osoby ubiegającej się o nadanie stopnia doktora habilitowanego", które jest praktycznie w całości powszechnie ignorowane. I akurat to nie wywołuje żadnej reakcji CK.

  • pigwa_polska napisał(a) komentarz datowany na 2018/07/23 10:24:57:

    @trzy
    serdecznie dziękuję za link - nie robie se jaj - polskich przekładów całej Biblii jest ponad 15 a Nowego Tstamentu z górką 30, do tego dochodzą komentarze - i parafrazy - w tym przypadku byla przytoczona parafraza [współczesna - "akcja porodowa"].
    @halucinski
    nie wiem jak wielkie musiałoby byc pobicie aby u mniej niż 3 miesięcznej kobiety wywołać poronienie, z własnych doświadczeń rodzicielskich - wydaje mi się, że generalnie do któregoś etapu ciąży zwyczajnie nie da się udowodnić związku (czy są jakieś współczesne orzeczenia, gdzie taka nieprzyjemna sprawa była? konkubent pobił partnerkę w 2 miesiącu i w wyniku tego kobieta poroniła - czy wyrok uznawał, że poronienie było w związku z pobiciem?)
    Co do ciąży - nie wiem, jak z ponad miesięcznym brakiem "tego co zwykle bywa u kobiet (Rodzaju 18:11)" radzili sobie ówcześni naukowcy i prawnicy.
    Zdaje się 6 miesięczna ciąża Elżbiety (dziecko: Jan zwany Chrzcicielem) to najmłodsza wspominana ciąża. Z dyskusją wśród zwolenników ochrony życia 6 miesięcznych dzieci - związany jest tu argument, że Jan wtedy był już napełniony Duchem Świętym, teksty Biblijne twierdzą, że napełnienie Duchem Świętym jest możliwe przez świadomą osobistą wiarę - co za tym idzie - Jan był w 6 miesiącu życia prenatalnego na tyle świadomy aby uwierzyć (a co za tym idzie - na tyle świadomy, aby odrzucić Boga, jeśli jego wiara ma być autentyczna).
    Co do wcześniejszych miesięcy ciąży - niż 6 - wydaje mi się, że nie ma biblijnych argumentów a jedynie filozoficzne. Nasza medycyna rozwinęła się na tyle, że jesteśmy w stanie potwierdzić lub zanegować ciążę testem w 10 dniu a może i wcześniej, a zobaczyć też znacznie wcześniej.
    I tu pojawia się poważny problem dla fundamentalisty wierzącego w wystarczalność Biblii. Bo skoro Bóg (zgodnie z poglądem fundamentalisty) zawarł w Biblii wszystko co pewne i niezbędne - i wiedział - jak rozwinie się diagnostyka medyczna - to też milczenie w Biblii, dla ciąż młodszych niż 6 miesięcy, powoduje, że większość fundamentalistów uważa, że ochrona życia dziecka poczętego ma być gwarantowana prawem powyżej 5 miesiąca (20 lub 22 tydzień). Agresywne działania antyaborcjonistów oczekujących ochrony wcześniej - to najczęściej działania ludzi, którzy poza Biblią przyjmują jako źródło ich wiary, tradycję i "nauczycielski urząd kościoła" lub ich odpowiednik.

  • charioteer1 napisał(a) komentarz datowany na 2018/07/23 11:39:26:

    @nobooks
    Kiedy wszedl w zycie zapis, ze kandydat na profesora ma miec jednego wypromowanego i jednego ze wszczetym przewodem, glownym problemem przez dluzszy czas bylo to, ze wszyscy te przepisy ignorowali, a CK przez bardzo dlugi czas ukrywala wnioski z zakonczonych postepowan. Ta interpretacja pojawila sie na stronie CK po wielu latach od wejscia w zycie przepisu. Przypuszczam niesmialo, ze pojawienie sie tej interpretacji nalezy wiazac z jakims postepowaniem sadowym, albo kontrola NIK.

  • halucinski napisał(a) komentarz datowany na 2018/07/23 12:07:46:

    @Nobooks & @Trzy.14:

    Do głowy przychodzi mi tylko jedno (w miarę) racjonalne uzasadnienie uregulowania, że kandydat do tytuły profesora ,,uczestniczy w charakterze promotora w otwartym przewodzie doktorskim'': ustawodawca chciał, żeby osoba starająca się o tytuł profesora brała czynny udział w rozwoju kadry naukowej. Ujmując to od strony negatywnej, można by powiedzieć, że celem ustawodawcy (chyba) było wyłączenie z kręgu kandydatów do tytułu profesorskiego tych osób, które od lat nie wypromowały już żadnego doktora. Jeżeli taka była rzeczywista intencja ustawodawcy, to był on jednak niekonsekwentny, gdyż jednocześnie dopuścił do składania wniosków o tytuł profesora tych doktorów habilitowanych, którzy wiele lat temu samodzielnie wypromowali jednego doktora i pomogli w wypromowaniu drugiego doktora, ale obecnie nie biorą czynnego udziału w rozwoju kadry naukowej.

    Jak napisałem wczoraj, cesarsko-królewska wykładnia przepisu jest jedynie następstwem nielogiczności przedgowinowego ustawodawcy. Podtrzymuję swoje stanowisko, że nie widzę możliwości podważenia tej interpretacji na etapie indywidualnego postępowania o nadanie tytułu profesorskiego. Sądy administracyjne bardzo często stosują wykładnię literalną, podobnie jak urzędnicy, stąd złośliwi określają sędziów administracyjnych mianem urzędników z łańcuchami. Szczerze wątpię, czy sąd administracyjny zdecydowałby się przełamać dominującą linię orzecznictwa cesarsko-królewskiego i uciec się do wyższych poziomów wykładów, aby nadać przepisowi sensowniejsze brzmienie. Oczywiście mogę się mylić, wszak wyroki boskie i wyroki sądów administracyjnych są nieprzewidywalne.

    Gdybym był doktorem habilitowanym, któremu parę lat temu uwalono wniosek profesorski na podstawie kontrowersyjnego art. 26 ust. 1 pkt 3 lit. c ustawy, wniósłbym wtedy skargę konstytucyjną. Dziś to już nie ma sensu, i to nie dlatego, że obecny TK jest jaki jest*, ale dlatego, że wkrótce wejdzie w życie ustawa Gowinowa. TK proceduje skargi konstytucyjne długo, w najlepszym razie trwa to rok, więc orzeczenie o niekonstytucyjności przepisu, który już nie będzie obowiązywał, nie da niczego poza osobistą satysfakcją.

    Nie pamiętam, jakie ustawa Gowina stawia wymogi wobec kandydatów do tytułu profesora, a nie chce mi się sprawdzać. Jeżeli kontrowersyjne uregulowanie zostało w niej powielone, trzeba by przejść nową procedurę o nadanie tytułu profesorskiego, dostać gola i dopiero można składać skargę konstytucyjną. Alternatywna droga polega na skłonieniu jakiegoś związku zawodowego nauczycieli akademickich, by wystąpił do TK z wnioskiem o kontrolę konstytucyjności rzeczonego uregulowania. Jest to w zasadzie sprawa pracownicza, więc TK powinien przyjąć taki wniosek. Jedyny problem polega na tym, że ów wniosek mogłyby złożyć tylko władze ogólnopolskie związku zawodowego. Krótko mówiąc, per aspera ad astra.

    *Wbrew pozorom obecny TK normalnie proceduje i normalnie orzeka w sprawach niepolitycznych, a kwestie nadawania stopni naukowych i tytułu naukowego do takich nie należą.

  • piotrcandida napisał(a) komentarz datowany na 2018/07/23 12:16:03:

    Na szczęście wymogi posiadania wypromowanego doktora, czy też posiadania doktoranta z otwartym przewodem doktorskim zostały słusznie zniesione w nowej ustawie. Dlatego w razie wątpliwości najlepiej chwilę zaczekać.

  • trzy.14 napisał(a) komentarz datowany na 2018/07/23 12:51:49:

    piotrcandida,
    Nie wiem, czy słusznie, czy niesłusznie. O ile się orientuję, bo nie śledzę wszystkich poprawek, w obecnej wersji profesorskość zależy WYŁĄCZNIE od dobrej lub złej woli recenzentów. Jeśli ustawodawca tak nie ufa naukowcom, że recenzentów każe losować, to dlaczego całą procedurę przenosi na barki tych nieodpowiedzialnych, przypadkowych recenzentów?

    Być może w chemii czy matematyce recenzenci działają (w większości) dobrze. Ale w naukach ekonomicznych? W dziedzinach artystycznych? A jak to będzie w znanej z układów nieformalnych medycynie?

    Po usunięciu kryteriów ilościowych utrącić słabą kandydaturę będzie dokładnie tak samo łatwo jak dotychczas. Jednocześnie przepchnąć słabą, ale ustosunkowaną kandydaturę będzie o niebo łatwiej.

    Rozmawiałem niedawno z innym, SŁABYM kandydatem. Jego blokują warunki "grantowe", co jest źródłem jego wielkiego rozżalenia. Ale z rozmowy wywnioskowałem, że warunek promotorski mógł być podstawowym motywem promowania przez niego doktorów.

    OK. Można z jednej strony cieszyć się, że wraz z usunięciem kryterium promotorskiego zniknie zachęta dla promowania doktoratów przez "słabych" promotorów. Ale tak naprawdę zniknie też zachęta do JAKIEJKOLWIEK PRACY NAUKOWEJ wychodzącej poza kategoryzacyjne minimum. Tego chcemy?

  • h_hornblower napisał(a) komentarz datowany na 2018/07/23 13:10:30:

    @pigwa: "Agresywne działania antyaborcjonistów oczekujących ochrony wcześniej [niż 20-22 tydzien ciąży]- to najczęściej działania ludzi, którzy poza Biblią przyjmują jako źródło ich wiary, tradycję i "nauczycielski urząd kościoła" lub ich odpowiednik".

    Dodajmy jednak dla porządku, że wbrew temu, co serwują społeczeństwu media głównego ścieku, u źródeł "poglądów antyaborcyjnych" nie musi koniecznie leżeć religia. Równie dobrze motywacja może być filozoficzna (a ściślej: etyczna).

    Co ciekawe, te wspomniane przez Ciebie 20-22 tygodnie to granica, powyżej której (jak się OBECNIE ZWYKLE przyjmuje) płód może odczuwać ból.

  • leros76 napisał(a) komentarz datowany na 2018/07/23 13:50:45:

    @trzy.4
    Recenzenci w postępowaniu profesorskim nie będę chyba jednak losowani, mowa o wybieraniu. Moim zdaniem wymogi być może obniżono, ale podwyższono próg uznaniowości. Na praktycznie każdym etacie Rada Niezwykłości i Nieprawdopodobności będzie mogła wniosek odrzucić.

  • piotrcandida napisał(a) komentarz datowany na 2018/07/23 13:52:17:

    @trzy.14
    O warunkach do profesury według nowej ustawy pisałem już tu wielokrotnie.
    Brak jasnych kryteriów jest zupełnie innym problemem. Prawdopodobnie zostało to zrobione celowo, żeby umożliwić wielu "starym" i zasłużonym habilitowanym, którzy nie byli w stanie sprostać wymaganiom do profesury.
    Wymóg posiadania wypromowanych doktorów nie był żadną zachętą do rozwoju nauki, bo w wielu dziedzinach (właśnie o których wspominasz) poziom tych doktoratów był żenujący.

  • p-tau napisał(a) komentarz datowany na 2018/07/23 15:42:04:

    @3.14:
    Ale tak naprawdę zniknie też zachęta do JAKIEJKOLWIEK PRACY NAUKOWEJ wychodzącej poza kategoryzacyjne minimum. Tego chcemy?
    To tego na razie się to sprowadza. Pytanie jak będzie ze szkołą doktorską. Chodzi mi o to czy prowadzenie zajęć w takiej szkole nie będzie zachętą do robienia stopni/tytułów.

  • halucinski napisał(a) komentarz datowany na 2018/07/23 15:46:42:

    @piotrcandida:

    > O warunkach do profesury według nowej ustawy pisałem już tu wielokrotnie.
    > Brak jasnych kryteriów jest zupełnie innym problemem. Prawdopodobnie zostało
    > to zrobione celowo, żeby umożliwić wielu "starym" i zasłużonym habilitowanym,
    > którzy nie byli w stanie sprostać wymaganiom do profesury.

    Tak, często Pan pisze, że kryteria na profesurę są niewłaściwe. To ja pozwolę sobie poprosić, oczywiście zupełnie niezobowiązująco, żeby Pan przedstawił nam swoją propozycję kryteriów do tytułu naukowego profesora.

    Jako prawnik dodam tylko, że kryteria powinny być uniwersalne, czyli dało się je stosować w każdej dziedzinie i dyscyplinie naukowej, i możliwe do spełnienia, bo prawo nie może nakładać na ludzi obowiązków nie do wykonania, natomiast istnienie ewentualnych wyjątków musi być odpowiednio uzasadnione, aby nie można było wysunąć zarzutu dyskryminowania określonych grup kandydatów do tytułu naukowego profesora.

  • charioteer1 napisał(a) komentarz datowany na 2018/07/23 16:19:40:

    @p-tau
    > Chodzi mi o to czy prowadzenie zajęć w takiej szkole nie będzie zachętą do robienia stopni/tytułów.

    Zgodnie z art. 115 ustawy uczestniczenie w kształceniu doktorantów nalezy do podstawowych obowiązków nauczyciela akademickiego będącego pracownikiem dydaktycznym, badawczym, badawczo-dydaktycznym bez wzgledu na zajmowane stanowisko. Zajecia w szkole doktorskiej moga prowadzic magistrzy.

  • p-tau napisał(a) komentarz datowany na 2018/07/23 16:35:00:

    @chario
    rozwiewa Pani moje złudzenia...

    Czy zatem nie ma sensu robić awansu naukowego?

  • pigwa_polska napisał(a) komentarz datowany na 2018/07/23 16:49:18:

    Ale nam się temat ultraGowinowy zrobił :-) reforma Gowina z jego czasów PiS + antyaborcyjny Gowin z czasów PO

    @all
    tak - zgadza się przesłanki mogą być etyczne

  • doktorgolgi napisał(a) komentarz datowany na 2018/07/23 17:56:26:

    @halucinski

    [...]propozycję kryteriów do tytułu naukowego profesora.[...]

    Hm, dorobek "w branży" wykraczający poza ramy przeciętności, oceniany przez 5 (x) recenzentów w tym co najmniej 3 (y) spoza Polski; przy czym żaden recenzent nie mógł, i nie może pozostawać w związku z recenzowanym (zawodowym, podległości, współpraca)?
    Czyli coś jak ewaluacja do tenure albo ewaluacja przedłużenia kontraktu dla group leadera?
    Przy czym dla mnie tytuł naukowy profesora to wyłącznie tytuł honorowy, a nie dający (ani wymagany) do pełnienia żadnych funkcji i wykonywania czynności.

  • wpisz_longin napisał(a) komentarz datowany na 2018/07/23 18:54:32:

    @doktorgolgi
    Po co wprowadzać procedurę awansową (z recenzentami), jeżeli to ma być tytuł honorowy? Nie lepiej potraktować tego jak pozostałych orderów i odznaczeń?
    Podane przykłady dają konkretne (również finansowe) korzyści i dlatego wymagają solidnej oceny kandydata.

  • halucinski napisał(a) komentarz datowany na 2018/07/23 19:05:33:

    @Doktorgolgi:

    > Hm, dorobek "w branży" wykraczający poza ramy przeciętności,

    O, dziękuję Panu bardzo. Na razie poprzestańmy na samych kryteriach i wrzućmy je w przepis. Teraz mamy:

    Art. 26. 1. Tytuł profesora może być nadany osobie, która uzyskała stopień doktora habilitowanego lub osobie, która nabyła uprawnienia równoważne z uprawnieniami doktora habilitowanego na podstawie art. 21a, oraz:
    1) posiada osiągnięcia naukowe znacznie przekraczające wymagania stawiane w postępowaniu habilitacyjnym; (...)


    Proponowany przez Pana przepis wyglądałby tak:

    Art. 26. 1. Tytuł profesora może być nadany osobie, która uzyskała stopień doktora habilitowanego lub osobie, która nabyła uprawnienia równoważne z uprawnieniami doktora habilitowanego na podstawie art. 21a, oraz posiada dorobek naukowy przekraczający przeciętny dorobek naukowy wśród osób reprezentujących jej dyscyplinę.

    Jest Pan zadowolony z efektu? Podkreślam, że jedyne, co zrobiłem, to Pańską propozycję wyraziłem językiem prawa, nie wyszedłem poza jej granice, niczego nie dodałem, niczego nie ująłem.

  • nobooks napisał(a) komentarz datowany na 2018/07/23 19:13:19:

    @trzy
    Bardzo wątpię, aby aktualność aktywności leżała w intencjach ustawodawcy, bowiem wszystkie inne wymagania są "za całokształt". Nie ma na przykład wymagania, aby był jakikolwiek dorobek w ostatnich 5 latach - dorobek może być stary.
    Tym bardziej, że otwarcie przewodu słabo świadczy o aktywności. Każdemu można przewód otworzyć (a następnie zamknąć lub nie).

    Zgadzam się z @golgi, że zniesienie wymogu promowania jest korzystne. Zlikwiduje promowanie "dla tytułu" (często gęsto figuranckie, szczególnie od czasu wprowadzenia pomocniczych), natomiast doktoranci będą tam, gdzie będą rzeczywiste zespoły badawcze z sensownym podziałem pracy i rzeczywiste badania. I bardzo dobrze.

  • doktorgolgi napisał(a) komentarz datowany na 2018/07/23 19:34:05:

    @wpisz_longin
    @halucinski (bardzo zacnie mi Pan to unaocznił - podoba mi się!)

    W sumie to sobie tak wyobrażam (zbyt idealistycznie zapewne):
    Nominuje" się delikwenta do tytuła profesora poprzez złożenie wniosku, może ze skromną laudacją. Nadaje go sam Jaśnie Nam Panujący Prezydent, który wniosek weryfikowałby poprzed przedstawienie go wspomnianym przeze mnie recenzentom - coś na kształt scientific advisory board.
    I koniecznie brak jakichkolwiek kryteriów poza naukowymi - wg mnie nie powinien to być tytuł za dokonania organizacyjne, dydaktyczne (choć proszę - mógłby być i profesor dydaktyki), grantobiorcze czy towarzyskie. Także żadnego promotorstwa etc. Co więcej żadnej wysługi lat etc. Decyduje dorobek naukowy - żaden problem nadawania tytułu "młodym pistoletom", jak i "żuczkom", które swój dorobek wyskrobały na przestrzeni lat.
    Główną rolą recenzentów byłoby zweryfikowanie tezy o ponadprzeciętności dorobku - idąc tu po linii, że tytuł jest honorowy oraz istotnie wyróżniający, a nie "chlebowy".

    Ale fakt, już widzę - jak miałby się dokonać proces wybierania tychże recenzentów; kto podsuwałby kandydatów; kto ich zatwierdzał - no i mamy CK 2.0. Znamiennie...
    Niemniej jednak, wciąż obstawiam przy swoim, że weryfikacja czegokolwiek w nauce (stopni, grantów, artykułów, etc.) winna się odbywać w ramach recenzji eksperckich, które muszą być jawne, wynagrodzone odpowiednio, a wybrór recenzentów transparentny; wszystko z naciskiem na brak jakichkolwiek zależności i koniecznie z zewnętrznym punktem widzenia.

    Wiem, idealizuję - ale ogólnie marzy mi się coś na kształt wspominanych tutaj "otwartych recenzji" jak w eLife, czy na kształt działania scientific advisory boards, które to np. zajmują się ewaluacją naukową instytutów.

    Np. w takich Maxach Planckach, członkowie tych rad są z zewnątrz i jedynie ich honor oraz renoma powstrzymuje ich (skutecznie) przed nierzetelnością. Co jest z kolei wymuszone de-anonimizacją oraz brakiem powiązań.

    Rozmarzyłem się... koledzy zacznijcie sprowadzać na ziemię!

  • piotrcandida napisał(a) komentarz datowany na 2018/07/23 21:23:08:

    @halucinski
    O profesurze powinien decydować wyłącznie dorobek naukowy, który powinien być ponadprzeciętny. To od wielu lat jest słuszne kryterium zapisane w ustawach. Praktyka pokazuje jednak, że to fikcja i tytuł dostają ludzie, których dorobek jest żenująco slaby. Dlatego konieczne są wymogi dodatkowe, zaporowe, żeby ustawo odrzucić miernych kandydatów. Na przykład takie jak były w jeden z wcześniejszych wersji nowej ustawy. Takimi kryteriami mogłoby być kierowanie przynajmniej jednym grantem krajowym lub międzynarodowym, współpraca międzynarodowa, której efektem byłyby publikacje w renomowanych czasopismach międzynarodowych (np. z impact factorem). To są wymogi, wyłącznie odsiewające tych, którzy nie zasługują na taki tytuł.

  • halucinski napisał(a) komentarz datowany na 2018/07/23 22:01:48:

    @Doktorgolgi:

    > bardzo zacnie mi Pan to unaocznił - podoba mi się!

    A nie wydaje się Panu, że tak sformułowany wymóg na tytuł profesorski jest równie ogólnikowy co dotychczasowa wersja?

    @Doktorgolgi & @Piotrcandida:

    > dorobek "w branży" (...) oceniany przez 5 (x) recenzentów w tym co najmniej
    > 3 (y) spoza Polski

    > publikacje w renomowanych czasopismach międzynarodowych (np. z impact factorem)

    No dobrze, a co z dziedzinami, które z założenia są ,,krajowe'', np. nauki prawne. Jak takiego polskiego karnistę, który ma ogromny wkład w rozwój krajowego prawa karnego materialnego lub procesowego (zostawmy na chwilę na boku to, czym jest ten ogromny wkład), ma ocenić recenzent zagraniczny? Prawo karne jest z natury rzeczy bardzo specyficzne dla danego kraju: Polski, Czech, Niemiec, Danii, Francji, Włoch itd. Przecież taka osoba nie będzie miała wystarczającego pojęcia o prawie karnym w naszym kraju, żeby rzetelnie ocenić jakość dorobku tego karnisty. I jak taki karnista ma publikować w międzynarodowych czasopismach? Przecież karnistów z innych krajów co do zasady nie interesuje rozwój prawa karnego w Polsce, tak jak polskiego karnisty co do zasady nie interesuje czeskie, niemieckie, duńskie, francuskie czy włoskie prawo karne.

    Tego problemu nie ma w naukach medycznych ani -- o ile dobrze się orientuję -- w naukach fizycznych, matematycznych, technicznych itd.

    Jak napisałem w jednym z wcześniejszych postów, kryteria na tytuł profesorski powinny być uniwersalne i osiągalne dla uczonych ze wszystkich dziedzin i dyscyplin nauki. Z punktu prawa od ogólnej zasady można wprowadzać zasady szczegółowe, czyli wyjątki, ale ich istnienie musi być dobrze umotywowane, nadto nie powinny one faworyzować ani dyskryminować osób podpadających pod ogólną zasadę ani pod zasadę szczegółową (wyjątek).

    No to moje pytanie brzmi: jak *konkretnie* ustalić te kryteria, żeby było sprawiedliwie? (Wiem, to wielkie słowo, ale w prawie przecież idzie o sprawiedliwość).

    @Piotrcandida:

    > O profesurze powinien decydować wyłącznie dorobek naukowy, który powinien
    > być ponadprzeciętny. To od wielu lat jest słuszne kryterium zapisane w ustawach.
    > Praktyka pokazuje jednak, że to fikcja i tytuł dostają ludzie, których dorobek jest
    > żenująco slaby.

    Czy to oznacza, że zgadzamy się co do tego, że problem nie leży w prawie stanowionym, ale w niewłaściwym stosowaniu tego przez uprawniony organ cesarsko-królewski? Innymi słowy: czy nie jest tak, że istniejące uregulowania (pomijając nieszczęsny wymóg ,,posiadania'' doktoranta z otwartym przewodem) są dobre, tylko ich aplikacja w praktyce została wypaczona?

  • piotrcandida napisał(a) komentarz datowany na 2018/07/23 22:57:05:

    @halucinski
    Aplikacja prawa kuleje od kilkudziesięciu lat i nie ma sensu się łudzić, że się sama naprawi.
    Jeśli karnista ma wyśmienity dorobek to bez problemu opublikuje kilka artykułów w czasopiśmie z IF porównujący np. prawo karne w różnych krajach z tym w Polsce. Nie róbmy z karnistów ludzi nieporadnych życiowo.

  • doktorgolgi napisał(a) komentarz datowany na 2018/07/23 23:11:03:

    @halucinski
    A nie wydaje się Panu, że tak sformułowany wymóg na tytuł profesorski jest równie ogólnikowy co dotychczasowa wersja?

    Stąd mój komentarz :) - bardzo zacnie mi Pan to unaocznił - podoba mi się!

    Czy to oznacza, że zgadzamy się co do tego, że problem nie leży w prawie stanowionym, ale w niewłaściwym stosowaniu tego przez uprawniony organ cesarsko-królewski? Innymi słowy: czy nie jest tak, że istniejące uregulowania (pomijając nieszczęsny wymóg ,,posiadania'' doktoranta z otwartym przewodem) są dobre, tylko ich aplikacja w praktyce została wypaczona?

    W rzeczy samej - nie problemem jest rzekomo wadliwe prawo, ale jego aplikacja. W sedno Pan tutaj trafił. Także, choć "prawna hochsztaplerka" jest mi obca, są bodajże komentarze o "duchu" prawa, intencjach prawodawcy, a nie wyłącznie ślepej literze. Ale zgadzam się w pełni.

    @piotrcandida
    Niestety, ale wydaję mi się, że oboje wpadamy tutaj w pułapkę zbijania pojedynczych argumentów (u Pana: Jeśli karnista ma ... miast dostrzeżenia sedna na podstawie analogii, które to sedno podsuwa się nam za pomocą "wyjątków od reguły". Ja osobiście pasuję, i zgadzam się - kryteria na [...] powinny być uniwersalne i osiągalne dla uczonych ze wszystkich dziedzin i dyscyplin nauki. Z punktu prawa od ogólnej zasady można wprowadzać zasady szczegółowe, czyli wyjątki, ale ich istnienie musi być dobrze umotywowane, nadto nie powinny one faworyzować ani dyskryminować osób podpadających pod ogólną zasadę ani pod zasadę szczegółową (wyjątek).

  • halucinski napisał(a) komentarz datowany na 2018/07/23 23:33:06:

    @Piotrcandida:

    > Jeśli karnista ma wyśmienity dorobek to bez problemu opublikuje kilka artykułów
    > w czasopiśmie z IF porównujący np. prawo karne w różnych krajach z tym w Polsce.

    A niby jak ma porównywać systemy karne różnych krajów świata, skoro jest wyśmienitym znawcą tylko polskiego prawa karnego? Żeby móc kompetentnie wypowiadać się na tematy prawne, trzeba nie tylko umieć przeczytać przepisy obowiązujące w danym państwie, ale należy świetnie znać stosowany tam model wykładni, piśmiennictwo i oczywiście orzecznictwo.

    @Doktorgolgi:

    > Stąd mój komentarz :)

    Dobra, już łapię. ;)

  • halucinski napisał(a) komentarz datowany na 2018/07/24 00:01:23:

    @Piotrcandida:

    > Aplikacja prawa kuleje od kilkudziesięciu lat i nie ma sensu się łudzić, że się sama
    > naprawi.

    Sama nie naprawi się, to jasne. Tu zgadzam się z Panem. Uważam jednak, że trzeba nad tym pracować. Jak? Zamiast gmerać przy przepisach ustanawiających wymogi na tytuł profesorski, co moim zdaniem jest ślepą uliczką, sugerowałbym zmianę sposobu wybierania członków CK czy jak tam to nobliwe ciało będzie teraz się nazywać.

    Założenie, że dorobek naukowy na tytuł profesora może ocenić tylko osoba już posiadająca ten tytuł, jest -- moim zdaniem -- słuszne. Trudno mi sobie wyobrazić, by ten dorobek mógł oceniać magister, doktor czy doktor habilitowany. Zostawiłbym więc bierne prawo wyborcze takie, jakie jest, tzn. w CK zasiadają tylko profesorowie.

    Zmiana, która zdaje się wskazana, dotyczy czynnego prawa wyborczego. Otóż poszerzyłbym krąg osób uprawnionych do wybierania członków CK o osoby posiadające stopień naukowy, czyli doktorów i doktorów habilitowanych. Wydaje mi się, że to rozbiłoby istniejące koterie, jeśli nie wszystkie, to przynajmniej większość. Proszę zwrócić uwagę, że taki kandydujący do CK profesor musiałby cieszyć się poparciem nie tylko innych profesorów, lecz także doktorów i doktorów habilitowanych. Ten wniosek wynika z arytmetyki, przecież doktorzy i doktorzy habilitowani tak naprawdę stanowiliby większość uprawnionych do głosowania.

    A reszta zostałaby tak naprawdę w rękach wyborców. Wszystkiego za ludzi nie da się zrobić. Od tego, czy w ogóle zagłosowaliby, i od tego, na kogo zagłosowaliby, byłby uzależniony skład CK. Jeśli wyborcy zechcieliby oddać głos i wybraliby przyzwoitych profesorów, mieliby przyzwoicie prowadzone postępowania profesorskie (habilitacyjne zresztą też).

    Oczywiście ryzyko skorumpowania tak zmodyfikowanego systemu wyborczego też istniałoby, ale śmiem wysunąć tezę, że byłoby ono mniejsze niż dzisiaj.

    To takie spojrzenie prawnika-teoretyka (nie praktykuję).

  • trzy.14 napisał(a) komentarz datowany na 2018/07/24 00:31:29:

    halucinski,
    Proszę pamiętać, że praktycznie każde wybory do CK poprzedzane są umowami/zmowami dziekanów zaprzyjażnionych jednostek co do wspólnego kandydata. Potem głosuje się "frontalnie" na "swojego". Od "swojego" nie wymaga się wielkiegi dorobku, tylko tej swojskości czyli poparcia, gdy nadejdzie chwila próby. Dlatego do CK wybiera się stare wygi, diamenty, byłych rektorów, dziekanów, ludzi, którzy znają i są znani. Poszerzenie kręgu wyborców raczej tego nie zmieni, dopóki nie zmieni się praktyka funkcjonowania CK, co ładnie Pan wyłuszczył.

    Problem z ograniczeniem biernego prawa wyborczego do profesury dobrze kiedyś skomentował bloger Doktrynalia: w ten sposób do CK wybiera się reprezentantów tematyk zaprzeszłych, tzn. "solidnych" tak bardzo, jak solidne są intelektualne truchła. Nie znam profesorów tytularnych, którzy reprezentowaliby tematyki nieistniejące 20 lat temu, choć takich tematyk jest przecież całkiem sporo. Wystarczy rozejrzeć się dookoła, jak przez 20 lat zmienił się świat.

  • charioteer1 napisał(a) komentarz datowany na 2018/07/24 00:58:18:

    Wybory do CK dzialaja mniej wiecej tak, jak wybory rektorow. W typowej sytuacji jest tak, jak pisze 3.14. Glosy sa policzone przed glosowaniem. Rozszerzenie uprawnionych do glosowania o habilitowanych moze byc dobrym pomyslem, ale w praktyce zobaczymy, jak to wyjdzie.

    Dobry kandydat do CK/RDN przede wszystkim musi miec duza znajomosc srodowiska i pewne walory etyczne. Mozemy sobie postulowac najrozniejsze rzeczy, ale w praktyce trzeba spojrzec na to, jakie sa realia tworzone przez obowiazujace przepisy. Jezeli ma byc trzech czlonkow na dyscypline, to kandydat nie moze byc waskim specjalista, ktory nosa nie wychyla poza swoja dzialke, bo oczekuje sie od niego, ze bedzie wyznaczal recenzentow do postepowan rowniez spoza swojej specjalnosci. Co do walorow etycznych, to roznie z tym bywa w praktyce, ale to juz inna historia.

  • flamengista napisał(a) komentarz datowany na 2018/07/24 09:19:20:

    Chciałem tylko nieśmiało zauważyć, że od 15 lat jesteśmy w UE, co wymagało i wymaga nadal dostosowania polskiego prawa do prawa unijnego, a także porównań jak przepisy prawa unijnego są implementowane w innych krajach członkowskich.

    W tym kontekście argument o "lokalności" polskich prawników jest mocno chybiony. Owszem, tacy też są potrzebni jak i potrzebni są lokalni ekonomiści czy politolodzy. Ale niska internacjonalizacja polskich prawników jest poważnym problemem - nie tylko dla środowiska akademickiego i polskiej nauki, ale przede wszystkim dla funkcjonowania państwa i polskiej demokracji.

    W tym aspekcie ustawa 2.0 nie zmienia nic, wręcz przeciwnie roztacza parasol ochronny nad pewnymi koteriami.

  • henboot napisał(a) komentarz datowany na 2018/07/24 10:46:03:

    @trzy.14

    Proszę pamiętać, że praktycznie każde wybory do CK poprzedzane są umowami/zmowami dziekanów zaprzyjażnionych jednostek co do wspólnego kandydata. Potem głosuje się "frontalnie" na "swojego". Od "swojego" nie wymaga się wielkiegi dorobku, tylko tej swojskości czyli poparcia, gdy nadejdzie chwila próby. Dlatego do CK wybiera się stare wygi, diamenty, byłych rektorów, dziekanów, ludzi, którzy znają i są znani. Poszerzenie kręgu wyborców raczej tego nie zmieni, dopóki nie zmieni się praktyka funkcjonowania CK, co ładnie Pan wyłuszczył.

    Problem z ograniczeniem biernego prawa wyborczego do profesury dobrze kiedyś skomentował bloger Doktrynalia: w ten sposób do CK wybiera się reprezentantów tematyk zaprzeszłych, tzn. "solidnych" tak bardzo, jak solidne są intelektualne truchła. Nie znam profesorów tytularnych, którzy reprezentowaliby tematyki nieistniejące 20 lat temu, choć takich tematyk jest przecież całkiem sporo. Wystarczy rozejrzeć się dookoła, jak przez 20 lat zmienił się świat.

    Z zawartości postu wynika że problem został obalony. Po obaleniu problemu odczuwalny jest dyskomfort. Krótka pamięć uniemożliwia samodzielne podjęcie czynności eliminujących dyskomfort, wymianę pampersa.

  • piotrcandida napisał(a) komentarz datowany na 2018/07/24 12:02:23:

    @halucinski
    Jeśli wybitny znawca polskiego prawa karnego nie jest w stanie porównać go z tym panującym w UE, to moim zdaniem nie zasługuje na tytuł profesora. Nie jesteśmy zaściankiem Europy przecież.

    @wszyscy
    W CK działają kliki i w wielu dziedzinach wybierani są profesorowie znani ale niekoniecznie tacy, którzy posiadają znaczący, międzynarodowy dorobek naukowy. Są to raczej ci, którzy potrafili się dobrze odnaleźć w polskiej rzeczywistości. Większość to osoby z największych ośrodków naukowych wybranych w drodze wzajemnego poparcia i układów, tak jak to dobrze opisał trzy.14. Poszerzenie grona uprawnionych do głosowania nic tu nie może zmienić.

  • halucinski napisał(a) komentarz datowany na 2018/07/24 13:16:50:

    @all:

    Nie przekonam Państwa. Nie taki był zresztą mój zamiar. :)

  • henboot napisał(a) komentarz datowany na 2018/07/24 14:20:19:

    @piotrcandida

    W CK działają kliki i w wielu dziedzinach wybierani są profesorowie znani ale niekoniecznie tacy, którzy posiadają znaczący, międzynarodowy dorobek naukowy. Są to raczej ci, którzy potrafili się dobrze odnaleźć w polskiej rzeczywistości. Większość to osoby z największych ośrodków naukowych wybranych w drodze wzajemnego poparcia i układów, tak jak to dobrze opisał trzy.14. Poszerzenie grona uprawnionych do głosowania nic tu nie może zmienić.

    Nihil Novi www.youtube.com/watch?v=nnzPNWNKWFQ&feature=youtu.be&t=36
    stara nauka nie poszła w las jako żywo, ten sam styl, zamieszanie i dezinformacja.

  • trzy.14 napisał(a) komentarz datowany na 2018/07/24 21:38:44:

    niska internacjonalizacja polskich prawników jest poważnym problemem - nie tylko dla środowiska akademickiego i polskiej nauki, ale przede wszystkim dla funkcjonowania państwa i polskiej demokracji.

    I to jest sedno problemu! Tzn. sedno problemu leży przede wszystkim w centralnym ośrodku władzy, który najzwyczajniej na świecie nie potrzebuje do rządzenia - mających choćby tylko kontakt ze światem - prawników (ekologów, politologów, immunologów etc., po chwili refleksji - także matematyków, chemików, inżynierów, lekarzy etc.).

  • trzy.14 napisał(a) komentarz datowany na 2018/07/24 22:33:20:

    www.nik.gov.pl/aktualnosci/finansowe-nieprawidlowosci-w-polskiej-akademii-nauk-wynagrodzenia-naukowcow-niezgodne-z-ustawa-kominowa.html



  • czlowiek.z.makulatury napisał(a) komentarz datowany na 2018/07/24 23:58:54:

    @trzy.14 - pominąłeś, a pamiętajmy, że także ekonomistów nie potrzebuje. Wystarczy spojrzeć na obecny skład RPP.

  • piotrcandida napisał(a) komentarz datowany na 2018/07/25 11:27:17:

    @henboot
    Zamiast sie naśmiewać zobacz sobie na dorobek członków KC w naukach ekonomicznych. Większość tego towarzystwa nie posiada publikacji z IF, albo miała takie 20 lat temu.
    @czlowiek.z.makulatury
    Dokładnie, w RPP jest osoba, która miała problem z uzyskaniem habilitacji, bo jej dorobek był po prostu kiepski. Dorobek większości członków jest słaby. To są fachowcy z łapanki, którzy są posłuszni obecnej władzy.

  • alpacone napisał(a) komentarz datowany na 2018/07/25 11:48:33:

    @trzy.14
    Jestem załamany. Rozumiem, że biedne kadry kierownicze PAN są już tak wątłe i pognębione socjalnie iż muszą mieć specjalne dodatki lunchowe i komputerowe. A nagrody? Rozumiem, że za sumienne zjedzenie lunchu? Aż boję się pytać co oznacza "zwrot użytkowania kosztów mieszkania". W najbardziej optymistycznym wypadku należy rozumieć, że ktoś miał mieszkanie służbowe za publiczne pieniądze. Niestety nie umiem pisać o tym inaczej - młodzi ludzie w nauce muszą wiązać ledwo koniec z końcem (oczywiście jeśli idzie o finansowanie badań!) co przejawia się ogólną mizerią w wielu przypadkach, a tu proszę - na mieszkanie, na jedzenie, na komunikację, na komputery i na koniec - w nagrodę.

  • alpacone napisał(a) komentarz datowany na 2018/07/25 11:54:20:

    (w ramach uzupełnienia)
    I jeszcze w uznaniu za poniższy całokształt!

  • trzy.14 napisał(a) komentarz datowany na 2018/07/25 13:49:20:

    alpacone,
    Głowa do góry! Ktoś musi bidować, by ktoś mógł kosić siano. Wasze poświęcenie nie będzie zapomniane i jest to cena, jaką gotowi jesteśmy zapłacić!

  • trzy.14 napisał(a) komentarz datowany na 2018/07/25 16:24:21:

    www.rp.pl/Publicystyka/307239918-Prof-Leszek-Pacholski-Nie-promujmy-przecietnosci.html

  • zitterbewegung napisał(a) komentarz datowany na 2018/07/25 16:49:50:

    W Niemczech wciąż można uzyskać habilitację, ale na wielu wydziałach nie wymaga się jej od kandydatów na stanowiska profesorskie. Nadaje ją uczelnia, a nie ciało centralne.

    W Niemczech jest taka deregulacja, że każdy land ma swoją ustawę. Generalnie habilitacja jest uprawnieniem do nauczania i kolokwium habilitacyjne jest obowiązkowe. "Na wielu wydziałach" to większość czy mniejszość? Ponieważ czekanie na habilitację przeciąga prekariat, co więcej jest limit uzyskania jej w ciągu 12 lat, były ok. 10 lat temu ruch, żeby na nowo system scentralizować m.in. w celu likwidacji habilitacji.

    No i u nas przecież to nie CK nadaje habilitację a rada wydziału.

  • js.c napisał(a) komentarz datowany na 2018/07/25 17:26:49:

    @trzy.14
    Tezy artykułu na ogół nieaktualne. Nowa ustawa zniosła więź między liczbą habilitowanych, a jakimikolwiek uprawnieniami. Uczelnia, jeśli ma takie życzenie, może sobie żyć "jak na Zachodzie", gdzie o wszystkim decyduje "pracodawca". Może nieomal zignorować system habilitacyjno-profesorski, jedyną więzią z tym systemem (poza prestiżem i tego typu elementami, trwającymi siłą bezwładu) jest konieczność pewnej liczby habilitowanych do promowania doktorów. Ale to w gruncie rzeczy drobiazg: obecnie mamy nadpodaż habilitowanych, zatem problem ujawni się może dopiero za kilkanaście lat. Dodatkowym amortyzatorem jest instytucja promotora pomocniczego, faktycznie prowadzącego doktorat (można sobie np. wyobrazić "dyżurnych" promotorów formalnych, nawet niekoniecznie na stanowisku profesorskim, bo i tak haracz z racji formalnego promotorstwa paru doktoratów da im godziwy dodatek do pensji).

    Zatem: nigdy nie postrzegałem habilitacji jako źródła zła wszelkiego, ale teraz to już naprawdę nie ma sensu "kopać leżącego". Prawdę mówiąc, już do środowisk naukowych w poszczególnych dyscyplinach należy nadanie temu stopniowi tej czy innej rangi. Funkcja "socjalna" (recenzent decydował nie tyle o doskonałości dorobku, ale o tym, czy habilitant kwalifikuje się do wyrzucenia z systemu akademickiego) przestała istnieć - i bardzo dobrze. Całe zło habilitacji leżało w (źle skonstruowanym) systemie minimów kadrowych. Teraz jednak system ten wyrzucono w całości, być może zresztą "wylewając dziecko z kąpielą".


  • henboot napisał(a) komentarz datowany na 2018/07/25 19:05:53:

    @zitterbewegung

    W Niemczech jest taka deregulacja, że każdy land ma swoją ustawę. Generalnie habilitacja jest uprawnieniem do nauczania i kolokwium habilitacyjne jest obowiązkowe. "Na wielu wydziałach" to większość czy mniejszość? Ponieważ czekanie na habilitację przeciąga prekariat, co więcej jest limit uzyskania jej w ciągu 12 lat, były ok. 10 lat temu ruch, żeby na nowo system scentralizować m.in. w celu likwidacji habilitacji.

    Trzeba być oderwanym od rzeczywistości aby porównywać niemiecką naukę z polskim folwarkami, wylęgarniami patologii lub mieć inny cel.

  • flamengista napisał(a) komentarz datowany na 2018/07/25 19:59:04:

    Zalecałbym ostrożność pomiędzy oceną ekonomii a dorobkiem członków RPP. Ekonomia to nie tylko polityka pieniężna, do RPP powinni iść głównie makroekonomiści zajmujący się polityką pieniężną i rolą banku centralnego. Oczywiście, jest to stanowisko polityczne więc i dobór kandydatów jest według klucza politycznego. Zawsze taki był, choć szczęśliwie trafiali się też fachowcy.

    Natomiast co do poziomu polskiej ekonomii to wiadomo, szału nie ma. Ale wiadomo, dlaczego tak się stało - ekonomia i nauki o zarządzaniu były głównymi "beneficjentami" boomu w edukacji wyższej w ostatnich 2 dekadach, co fatalnie odbiło się na jakości badań. Widać jednak pewną poprawę w ostatnich latach (2016 i 2017), co pokazuje ranking scimagojr.com: polska ekonomia zajmuje 21-23 miejsce na świecie, co z grubsza pokrywa się z pozycją naszej nauki w ogóle.

  • czlowiek.z.makulatury napisał(a) komentarz datowany na 2018/07/25 21:57:59:

    Przeczytaj jeszcze raz. Nie chodziło o ocenę ekonomii, a twierdzenie trzy.14, że obecna władza nie potrzebuje specjalistów i zaczął wymieniać dyscypliny, a ekonomii nie wymienił. Przytoczę "I to jest sedno problemu! Tzn. sedno problemu leży przede wszystkim w centralnym ośrodku władzy, który najzwyczajniej na świecie nie potrzebuje do rządzenia - mających choćby tylko kontakt ze światem - prawników (ekologów, politologów, immunologów etc., po chwili refleksji - także matematyków, chemików, inżynierów, lekarzy etc.)."

    Na co ja podałem przykład ekonomistów z RPP. Weźmy np. takiego dr Eryka Łona. Np.:

    "Członek RPP wystrzelił nagle z pomysłem, który wywołał i śmiech, i niedowierzanie

    Dzięki jednemu artykułowi prof. Eryka Łona, członka Rady Polityki Pieniężnej internet rozpalił się od komentarzy. Tych prześmiewczych, jak i tych sugerujących, że Łon jest w swoich ocenach raczej osamotniony. O co chodzi? Członek RPP zasugerował, że NBP powinien zaangażować się na polskiej giełdzie. Innymi słowy, kupować akcje spółek i skupować obligacje korporacyjne."

    To jest mniej więcej tak, jakby Minister Zdrowia zawierzył zdrowie Polaków Matce Boskiej Częstochowskiej... a nie zaraz czekaj... to tak jakby Minister Obrony Narodowej powołał zaciąg pospolitego ruszenia do obrony kraju... kurczę, może jakby... eeee... Minister Spraw Wewnętrznych wziął policjantów do cięcia konfetti... ?

    O czym my tu mówimy w ogóle.

  • trzy.14 napisał(a) komentarz datowany na 2018/07/25 22:31:34:

    ech, makulaturowy, życie przerasta wyobraźnię...

    wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/7,114883,23468823,jestesmy-z-chorymi-nie-tylko-jako-fachowcy-minister-zawierza.html

  • trzy.14 napisał(a) komentarz datowany na 2018/07/25 22:41:03:

    ha, ha, to się dałem złapać, z tym konfetti to prawda i z pospolitym wzruszeniem też (!)

  • halucinski napisał(a) komentarz datowany na 2018/07/26 00:04:48:

    Z przywołanego artykułu: ,,Minister zdrowia Łukasz Szumowski wziął udział w Pielgrzymce Służby Zdrowia na Jasną Górę. Podczas niej wypowiedziano Akt Zawierzenia Polskiej Służby Zdrowia Matce Bożej''.

    Mnie, na szczęście, nie mógł nikomu zawierzyć, bo ja nie służę, tylko pracuję.

  • staryzgred2012 napisał(a) komentarz datowany na 2018/07/26 04:43:58:

    @halucinski
    > Mnie, na szczęście, nie mógł nikomu zawierzyć, bo ja nie służę, tylko pracuję.

    Niestety, ani obecna władza, ani żadna poprzednia, nie dostrzegały i wciąż nie dostrzegają tej subtelnej różnicy, gdyż oferują, jako "opium dla ludu", medale za długoletnią SŁUŻBĘ, a nie za długoletnią PRACĘ.

  • flamengista napisał(a) komentarz datowany na 2018/07/26 08:41:07:

    Ależ polska gospodarka też została zawierzona najwyższym siłom. Obecna strategia ekonomiczna to: rozdajemy pieniądze rodzinom, emerytom (planowana emerytura +), rolnikom - kolejne grupy zaraz się pojawią. I niech się dzieje wola nieba.

    Wola nieba oczywiście nastąpi, bo stwórca zbyt zajęty innymi sprawami pozwoli działać siłom rynkowym. I dlatego będziemy mieć tu drugą Hiszpanię (i tak jestem tylko umiarkowanym pesymistą, bo może być Grecja).

    Gorzej, że mam wrażenie że i całą polską naukę też zawierzono - tylko św. Ricie. Przypomnę, to patronka od spraw beznadziejnych, ale nawet ona ma ograniczone moce przerobowe.

  • henboot napisał(a) komentarz datowany na 2018/07/26 09:07:48:

    @czlowiek.z.makulatury
    ... obecna władza nie potrzebuje specjalistów ... z XX wieku.
    W XX wieku obowiązywały inne specjalizacje, inne uwarunkowania, inne kryteria mistrzostwa, dla przykładu: www.youtube.com/watch?v=TLxvKgmpwcE
    Człowiek z czlowiek.z.makulatury w każdym poście pisze ze: "sobie wyobraża", kierowanie się wyobrażeniami w realnym świecie stwarza problemy.

  • trzy.14 napisał(a) komentarz datowany na 2018/07/26 10:18:46:

    henboot,
    W XXI wieku obowiązują dokładnie te same specjalizacje, uwarunkowania i kryteria mistrzostwa, por.
    vod.tvp.pl/video/wiadomosci,25072018-1930,38113256 od ok. 13 minuty.
    Tylko porządnej trybuny zrobić już nie potrafimy,
    youtu.be/_CdXORglNfM?t=244
    za to znacznie lepiej znamy rosyjski, i nawet mamy sztukę katrealistyczną
    www.youtube.com/watch?v=lp7UVX81qE8

  • cutbold napisał(a) komentarz datowany na 2018/07/26 12:38:58:

    Wykonuję odpłatnie usługę, co oznacza, że służę komuś za pieniądze. Jeżeli płaci mi za to społeczeństwo, to znaczy, że służę społeczeństwu. Naprawdę nie rozumiem na czym polega problem przyznania się przed samym sobą, że praca jest właśnie służbą, nie niewolniczą, ale służbą. Nawet mając stopień czy tytuł, jeżeli pobieram pensję z budżetu, to jestem na służbie. Mam wrażenie, że im mniej się o tym pamięta, to tym bardziej ma się skłonności do gadania farmazonów zamiast robienia uczciwe tego, za co się bierze pieniądze (nie jest to przytyk do szanownych dyskutantów ale raczej do medialnych odpływów niektórych akademików). To nie studenci czy uczelnia jest dla mnie, tylko ja jestem dla studentów, bo ich rodzice mi za to płacą, więc ja mam im SŁUŻYĆ swoją wiedzą. Jeżeli ktoś zaproponuje mi się odpowiednią stawkę i spodoba mi się jakiś temat, mogę wykonać dla kogoś USŁUGI. Ja nie mam co do tego żadnych kompleksów.
    Kiedy płacę za wizytę lekarzowi (czy to poprzez ubezpieczenie czy jednorazowo), to liczę, że wykona on dla mnie USŁUGĘ i będzie mi SŁUŻYŁ swoimi umiejętnościami. Nie ma nic gorszego niż przyrosłe do stołka panisko, które konsumuje moje pieniądze i uważa, że mu się to należy i robi łaskę, że ktoś wymaga od niego wykonania pracy, za które pobiera wynagrodzenie.

  • halucinski napisał(a) komentarz datowany na 2018/07/26 14:16:46:

    @Cutbold:

    > Wykonuję odpłatnie usługę, co oznacza, że służę komuś za pieniądze. Jeżeli płaci mi
    > za to społeczeństwo, to znaczy, że służę społeczeństwu. Naprawdę nie rozumiem
    > na czym polega problem przyznania się przed samym sobą, że praca jest właśnie
    > służbą, nie niewolniczą, ale służbą.

    Zabrzmi to może formalnie, ale uważam, że takie dyskusje należy rozpocząć od ustalenia definicji kontrowersyjnego słowa. Słownik Doroszewskiego jest już przestarzały, teraz jego miejsce zajął ,,Uniwersalny słownik języka polskiego''. Ten słownik nie charakteru normatywnego, tj. nie narzuca wzorców językowych, ale rejestruje język naturalny takim, jak go znamy na co dzień. W słowniku czytamy, że ,,służba'' znaczy tyle, co ,,praca na rzecz jakiejś wspólnoty, wykonywana z poświęceniem, działanie dla jakiejś idea, sprawy''.

    Myślę, że ta definicja dobrze oddaje, to co słowo ,,służba'' znaczy w powszechnym mniemaniu. Jak lata temu dyżurowałem przez całą dobę na s.o.r., w spokojniejszej chwili, gdy nie było zagrażających życiu przypadków, nie mogłem nawet zjeść tego jednego posiłku na dobę bez awantury ze strony któregoś z pacjentów czekających na zewnątrz. Zawsze słyszałem: ,,Zamiast pracować siedzi i nic nie robi, typowy przykład służby zdrowia''. Tłumaczenia, że jeszcze nic dziś nie jadłem, nie trafiały do większości ludzi. Dla nich nie liczą się żadne prawa pracownicze, nawet te kilkanaście minut na posiłek. Lekarz ma służyć do upadłego. Od kolegów wiem, że do dziś nic się nie zmieniło.

    Druga część definicji, ta o działaniu, odpada w przedbiegach. Pierwsza byłaby okej, gdyby nie ten warunek poświęcenia. Owszem, obowiązkiem lekarza jest udzielać niezwłocznie pomocy tym ludziom, których życie jest zagrożone. To nie ulega wątpliwości, tu nie ma dyskusji. Ale nie może być tak, że pacjent, który jest w dobrym stanie ogólnym, bo sam przyszedł na s.o.r., będzie wymagał od lekarza natychmiastowej interwencji, nie bacząc na jego prawa pracownicze. Tu lekarz nie musi się poświęcać kosztem swojego dobrostanu. O tym, że taki pacjent jest w dobrym stanie ogólnym, świadczy zresztą sam fakt, że ma siłę awanturować się. Nie żartuję -- jedną z uznanych metod selekcji najbardziej zagrożonych pacjentów urazowych (tzw. triage) jest wyszukiwanie tych, którzy siedzą skuleni (na miejscu katastrofy: leżą) i milczą.

    > To nie studenci czy uczelnia jest dla mnie, tylko ja jestem dla studentów, bo ich
    > rodzice mi za to płacą, więc ja mam im SŁUŻYĆ swoją wiedzą. Jeżeli ktoś
    > zaproponuje mi się odpowiednią stawkę i spodoba mi się jakiś temat, mogę
    > wykonać dla kogoś USŁUGI.

    ,,Usługa'' to ,,pomoc okazana komuś; grzeczność, uprzejmość, przysługa''. Chyba nie o taką usługę Panu chodzi. Drugie znaczenie, funkcjonujące w liczbie mnogiej, jest takie: ,,działalność gospodarcza służąca do zaspokajania potrzeb ludzi, prowadzona przez osoby mające odpowiednie kwalifikacje i dysponujące potrzebnym sprzętem, lokalem itp.'' To już prędzej uczelnia, jako instytucja, świadczy usługi edukacyjne na rzecz studentów i doktorantów. Co prawda ja to robię w jej imieniu, ale też czynię to w ramach pracy, czyli ,,celowej działalności zmierzającej do wytworzenia określonych dóbr materialnych lub kulturalnych''.

    Krótko mówiąc, podtrzymuję, że ja pracuję, nie służę. Pracuję jako pracownik naukowo-dydaktyczny. Dla mnie to wciąż ,,tylko'' praca. Praca, którą wykonuję rzetelnie (tak mi się przynajmniej wydaje), ale której nie muszę wykonywać z poświęceniem. I nie widzę żadnej ujmy w tym, że ,,tylko'' pracuję, a nie służę. :)

  • piotrcandida napisał(a) komentarz datowany na 2018/07/26 14:49:41:

    A humaniści dalej przeciwni reformom, boją się o swoje posadki na uczelniach:
    naukawpolsce.pap.pl/aktualnosci/news%2C30418%2Ckomitet-humanistow-apeluje-do-prezydenta-o-zawetowanie-ustawy-20.html

  • cutbold napisał(a) komentarz datowany na 2018/07/26 15:07:21:

    Skoro piszemy o lekarzach, to w Kodeksie Etyki Lekarskiej pojawia się stwierdzenie "służyć życiu i zdrowiu ludzkiemu". Ponieważ jest to dokument relatywnie nowy, z tego co widzę ostatnie zmiany są nawet późniejsze niż wydanie Uniwersalnego słownika języka polskiego, wygląda na to, że w praktyce służba rozumiana jest jednak jako rzetelna praca.
    Nazwanie wykonywanej pracy służbą podkreśla znaczenie jakiegoś zawodu i wskazuje na pewien szacunek, który powinny mieć osoby korzystające z takich usług, oraz na uprzywilejowanie osób pracujących w służbach (np. porządkowych - policja, dyplomatycznych, zdrowia itd.) ponieważ mogą w świetle prawa podejmować działania niedostępne dla innych obywateli, mają dostęp do aparatury, na której zakup można sobie pozwolić tylko z państwowych finansów, specjalne uprawnienia emerytalne itp. Jest to z pewnością określenie pozytywne, nie pejoratywne. W tym świetle nie widzę specjalnego sensu deprecjonowania swojego zawodu bronieniem się przed określeniem służba.

  • leros76 napisał(a) komentarz datowany na 2018/07/26 15:18:36:

    @piotrcandida
    A ten wniosek o posadkach to wyciągnął Pan na podstawie lektury artykułu, czy z kapelusza?

  • kragon napisał(a) komentarz datowany na 2018/07/26 18:09:25:

    @ leros76

    A jednak humanistka Maria Starnawska, prof. Uniwersytetu Przyrodniczo-Humanistycznego w Siedlcach z KKHP sie boi o posady. Powiedziała bowiem: "ta ustawa spowoduje upadek większości uczelni regionalnych, poza największymi ośrodkami miejskimi w Polsce".

    Takich fragmentow tekstu jest wiecej

  • adam_beast napisał(a) komentarz datowany na 2018/07/26 18:10:55:

    @piotrcandia
    Wg nowej ustawy minimalna (po podwyzce) pensja profesora wynosi niecale 30 zł za godzinę. Asystent oczywiscie polowe tego. To nie posadki to wegetacja.

  • leros76 napisał(a) komentarz datowany na 2018/07/26 18:15:53:

    @kragon

    Domniemuję, że na UPH mogą pracować nie tylko humaniści. Poza tym znam Marię Starnawską i nie sądzę, żeby musiała bać się o posadę. Po prostu nie rozumiem kolejnego ataku na humanistów. Moim zdaniem - a tak myślę, że wiem, co mówię - poziom polskiej humanistyki nie jest różny od poziomu innych dyscyplin. Trochę wybitnych, więcej niezłych, sporo tła. Czy w chemii, bilologii, medycynie jest inaczej? Pytam z ciekawości.

  • halucinski napisał(a) komentarz datowany na 2018/07/26 19:00:26:

    @Cutbold:

    > Skoro piszemy o lekarzach, to w Kodeksie Etyki Lekarskiej pojawia się stwierdzenie
    > "służyć życiu i zdrowiu ludzkiemu". Ponieważ jest to dokument relatywnie nowy,
    > z tego co widzę ostatnie zmiany są nawet późniejsze niż wydanie Uniwersalnego
    > słownika języka polskiego, wygląda na to, że w praktyce służba rozumiana jest
    > jednak jako rzetelna praca.

    Kodeks etyki lekarskiej z 1991 jest dokumentem przestarzałym, który od początku był obarczony wieloma wadami. Nie znam zbioru norm etycznych innej korporacji zawodowej, którego postanowienia byłyby aż trzykrotnie przedmiotem kontroli przez Trybunał Konstytucyjny i tyleż raz zostałyby negatywnie ocenione (tu: orzeczenia TK z 1992, 1993 i 2008). Do dziś zresztą KEL nie przystaje do rzeczywistości, o czym w przystępny sposób pisze dr Radosław Tymiński, znawca prawa medycznego (link). Jak Pan przeczyta ten krótki artykulik, zobaczy Pan, że przepisy ustawowe -- o ironio! -- lepiej chronią podmiotowość pacjenta niż KEL. To paradoksalne, bo -- o ile mi wiadomo -- norma etyczna powinna nakładać na adresata jeszcze większe wymagania niż norma prawna.

    > Nazwanie wykonywanej pracy służbą podkreśla znaczenie jakiegoś zawodu
    > i wskazuje na pewien szacunek, który powinny mieć osoby korzystające z takich
    > usług,

    Moim zdaniem szacunek żywi się do człowieka, a nie do zawodu, który wykonuje. Podkreślam, że to moje osobiste zapatrywanie, przez co trudno z nim polemizować.

    > oraz na uprzywilejowanie osób pracujących w służbach (np. porządkowych -
    > policja, dyplomatycznych, zdrowia itd.) ponieważ mogą w świetle prawa
    > podejmować działania niedostępne dla innych obywateli, mają dostęp do
    > aparatury, na której zakup można sobie pozwolić tylko z państwowych finansów,
    > specjalne uprawnienia emerytalne itp.

    Inżynierzy czy architekci, działający w szeroko pojętej branży budowlanej, też mają uprawnienia do podejmowania działań niedostępnych dla innych obywateli, bo tylko oni mogą zatwierdzać projekty budynków, mostów, poszczególnych instalacji itd. Mimo to mało kto powie, że inżynier czy architekt służy. Prywatny sektor medyczny dysponuje tą samą, a niejednokrotnie lepszą aparaturą co jednostki publiczne. Lekarze nie mają żadnych specjalnych uprawnień emerytalnych, jeśli nie są jednocześnie żołnierzami, błękitnymi rycerzami itd. Jaka tu służba lekarzy?

    > Jest to z pewnością określenie pozytywne, nie pejoratywne. W tym świetle nie
    > widzę specjalnego sensu deprecjonowania swojego zawodu bronieniem się przed
    > określeniem służba.

    Nie zarzucił mi Pan tego, ale na wszelki wypadek napomknę, że w poprzednim poście nie napisałem nic o pozytywnym bądź pejoratywnym wydźwięku słowa ,,służba''. Nie uważam też, że bronienie się przed określeniem ,,służba (zdrowia)'' jest deprecjonowaniem zawodu (lekarza). Bo niby jak?

    Wydaje mi się, że słowo ,,służba'' nierozerwalnie wiąże się z gotowością do poświęcania się w imię jakichś wyższych zasad. Gdy mówi się o służbach mundurowych, nieodłącznie przychodzą na myśl: 1) gotowość poświęcenia życia lub zdrowia przez takiego funkcjonariusza w obronie innego człowieka, 2) podporządkowanie poleceniom dowódcy nawet kosztem swojego życia osobistego. Lekarz nie ma obowiązku poświęcania ani swojego życia, ani swojego zdrowia, ani swojego życia osobistego. Stąd twierdzę, że lekarz pracuje, nie służy.

  • halucinski napisał(a) komentarz datowany na 2018/07/26 19:09:31:

    @Leros76:

    > Czy w chemii, bilologii, medycynie jest inaczej? Pytam z ciekawości.

    W medycynie jest tak samo. Mamy kilku wybitnych naukowców-lekarzy, których artykuły są czytane z wielką uwagą na świecie. Jest też garstka ludzi, których publikacje są czasami dostrzegane zagranicą. No i wreszcie jest ta niemal niezliczona reszta, której prace nie wzbudzają żadnego zainteresowania na świecie lub która w ogóle nie publikuje na łamach międzynarodowych czasopism medycznych.

  • flamengista napisał(a) komentarz datowany na 2018/07/26 20:07:43:

    @ Leros & Kragon: sądzę, że prof. Starnawska słusznie obawia się o pracę swoją i swoich koleżanek i kolegów. Nie ulega bowiem żadnej wątpliwości, że uczelnie takie jak UPH przewidziane są przez ministerstwo do "przekształcenia" (czytaj: likwidacji) w uczelnie zawodowe.

    Takie uczelnie będą mogły mieć 50% kadry bez doktoratów, a pozostałe 50% to mogą być doktorzy - samodzielni przestaną być potrzebni, bo nie będą dawać uprawnień. Więc uczelnie zawodowe oczywiście zaczną redukować zatrudnienie i optymalizować koszty. Zamiast drogich profesorów zatrudni się byłych nauczycieli szkół średnich, będących na wcześniejszej emeryturze. Oczywiście zostanie GTW + paru lokalnych polityków, która porobi doktoraty i zostanie "profesorem" uczelnianym.

    Taki jest oczywisty cel tej reformy a nie wciskanie kitu o "dowartościowaniu" i "docenieniu" roli uczelni zawodowych. Zabierze się $$$ Siedlcom czy Częstochowie, by dać UJ czy UW.

  • halucinski napisał(a) komentarz datowany na 2018/07/26 20:12:28:

    Końcówka wywiadu z Wicegowinem (link):

    Czy jeżeli uczelnie będą zgłaszały problemy z wdrożeniem nowych przepisów, będą mogły liczyć na pomoc resortu?
    W dniu podpisania ustawy przez prezydenta wyślemy do szkół wyższych pismo, w którym opiszemy, na czym polega reforma, jaki jest jej harmonogram i na co uczelnia w związku z jej wdrażaniem może liczyć ze strony ministerstwa.
    Jaką pomoc zaoferuje resort?
    Od połowy września będziemy przeprowadzać szkolenia dla kadry zarządzającej uczelniami, tj. rektorów, prorektorów, kanclerzy, kwestorów. Później zamierzamy jeździć po całej Polsce i przeprowadzać szkolenia tematyczne w poszczególnych obszarach. W połowie września wydamy też podręcznik dotyczący reformy. Zawrzemy w nim informacje na temat tego, jakie zmiany należy wprowadzić, w jakim terminie, jakie są różnice pomiędzy stanem obecnym a przyszłym. Pracuje też zespół międzyuczelniany, który tworzy przykładowy statut.


    W ciągu ostatnich wielu lat po raz kolejny okazuje się, że adresaci nowo ustanowionych norm prawnych, które bądź co bądź wywracają do góry dotychczasowy bieg rzeczy, nie mogą liczyć na żadne realne wsparcie władzy. Szkolenia dla kadr kierowniczych uczelni na dwa tygodnie przed wejściem w życie ustawy to fasadowa pomoc. Szkolenia tematyczne, prowadzone już po wejściu w życie rewolucjonizującej codzienność akademicką ustawy, nawet nie zasługują na miano fasadowej pomocy.

  • piotrcandida napisał(a) komentarz datowany na 2018/07/26 20:13:22:

    Z humanistami jest taki problem, że jest ich za dużo w stosunku do studentów i w stosunku do wymagań nauki. Uczelnie są przeludnione w większości samodzielnymi pracownikami naukowymi dla których nie ma pracy i nie wiadomo co z nimi zrobić. Powinni być zwalniani, ale jako że są samodzielnymi to się ich trzyma na etatach.

  • leros76 napisał(a) komentarz datowany na 2018/07/26 20:56:14:

    @piotrcandida
    A ja nie wiem, jak jest na każdym uni. Ale proszę sobie wyobrazić, że są takie kierunki jak fizyka, gdzie jest zupełnie podobnie. Przynajmniej u nas.

    @flamengista
    Tak, nie wyraziłem się precyzyjnie. Myślę, że prof. Starnawska nie boi się o swój stołek, tylko o los całego Uni. Mnie martwi to, że to kolejna reforma bez głowy i bez sensu.

  • kragon napisał(a) komentarz datowany na 2018/07/26 22:05:10:

    @leros76
    tyle ze fizycy poza ksztalceniem studentow zajmuja sie nauka

  • staryzgred2012 napisał(a) komentarz datowany na 2018/07/26 22:13:34:

    @kragon
    Nie nawijaj makaronu na uszy. Jak fizykom dowali sie standardowa obecnie, monstrualna liczbe studentow i rownie absurdalna liczbe roznych tematycznie przedmiotow to gwarantuje Ci, ze zadnej nauki uprawiac nie beda.

  • trzy.14 napisał(a) komentarz datowany na 2018/07/26 22:24:02:

    kragon,
    Fizycy, tak jak i reprezentanci innych kierunków, zajmują się sobą. To, że w przypadku fizyki silnie koreluje to z nauką a nie chałturzeniem na drugim etacie lub na nadgodzinach wynika tylko z tego, że za murami uczelni fizyka, w przeciwieństwie do ekonomii, prawa czy wciąż chyba jeszcze pedagogiki, nikomu do niczego nie jest potrzebna. Ba! Z faktu że nawet nadgodzin nie ma wynika, że na uczelniach, poza politechnikami, fizyka też nikomu do niczego nie jest potrzebna, ale to jest też przejaw ogólniejszej choroby związanej z rozbiciem wydziałowo-dzielnicowym.

  • kragon napisał(a) komentarz datowany na 2018/07/27 06:34:05:

    Zgredzie,
    naprawde przedmioty spolhumow sa tak rozne tematycznie? Gdy je wycisnac to w zasadzie nie zawieraja niewiele

  • kragon napisał(a) komentarz datowany na 2018/07/27 06:42:26:

    3 i 14/100

    Fizyka i fizycy mieli wziecie w czasach zimnej wojny. W wojnie bardziej goracej potrzebni sa spece od zagrzeania do boju.

    NB jak to jest ze fizyk z latwoscia rozumie te spolhumowa strone zycia, a taki spolhum na ogol nic nie rozumie z fizyki?

  • leros76 napisał(a) komentarz datowany na 2018/07/27 07:04:08:

    @kragon
    Tego o nauce nie komentuję, bo zwyczajnie jest bez sensu.

    Naprawdę? Każdy fizyk tak bez trudu ogarnie podstawy afrykanistyki, sigillografii, papirologii, kodykologii, etnografii? Poza tym to są znowuż uogólnienia - znałem wybitnego profesora fizyki zainteresowanego neoplatonizmem i literaturoznawcę, który jest świetnym informatykiem. To jest kwestia horyzontów, otwartości i zainteresowań, a nie apriorycznej pogardy dla innej dyscypliny.

  • trzy.14 napisał(a) komentarz datowany na 2018/07/27 10:02:25:

    fizycy w Polsce mieli wzięcie w latach 70. ub. wieku. Z jednej strony CoCom, z drugiej świeży podbój kosmosu, rozwój militarnych technik rakietowych i pewnie już wówczas dostrzegana rola elektroniki, z drugiej uzasadniona nieufność w łagrze bratnich państw socjalistycznych. Z trzeciej o ironio losu - brak tradycji, brak sukcesów, które ułatwiały składanie pustych obietnic: dajcie dolary, to my wam zrobimy mikroprocesory, a później niebieskie lasery. Jak szybkie bywały wówczas kariery! Jeszcze pod koniec lat 80., pomimo ogólnego załamania gospodarki, Polska wydawała ok. 1%PKB na "badania i rozwój". Ku mojemu zdziwieniu, prawdopodobnie gros tych funduszy szedł na instytuty PAN i branżowe, bo odsetek PKB przeznaczany na badania naukowe realizowane na uczelniach od początku lat 90 pozostaje na dość stałym poziomie nieco poniżej 0,2% PKB (obecnie jest to nieco poniżej połowy średniej OECD). I całkiem możliwe, że wśród tych instytutów PAN pobudowanych za gierkowskie kredyty większość zasiedlili fizycy (i chemicy) właśnie.

    W każdym razie pod Warszawą podobno są piękne hipermarkety pobudowane w miejscu dawnych instytutów PAN od elektroniki i fizyki fazy skondensowanej; podobną historię ma podobno budynek Muzeum Powstania Warszawskiego. Mniej więcej wtedy, gdy polska mikroelektronika zdychała, tajwańska zaczęła kwitnąć.

    Dziś pozostały dwie specjalizacje, w ramach których funkcjonują naprawdę duże instytuty PAN: fizyka i chemia. Zdecydowana większość z nich ma swoją siedzibę w Warszawie, duży instytut fizyki jądrowej jest w Krakowie, we Wrocławiu są niskie temperatury. Gałęzią, która rozkwitła w latach 90 są "instytuty międzynarodowe", które specjalizują się w naukach biologicznych. Wspólnym mianownikiem jest to, że nie ma już CoCom, nie ma wspólnoty państw socjalistycznych, granice są otwarte, złotówka wymienialna, w związku z czym reprezentanci państwa nie mają najbledszego pojęcia, do czego im te instytuty miałyby być potrzebne. Póki co zdecydowanie zmniejszono ich finansowanie (obecnie na R&D w jednostkach "rządowych" przeznacza się w Polsce ok. 0,2% PKB, czyli tyle, ile trafia na uczelnie).

    Żeby więc uzasadnić potrzebę swojego istnienia, wymyśla się różne ersatze, jak choćby punkty za publikacje czy szlachetne współzawodnictwo w grantobraniu.

  • alpacone napisał(a) komentarz datowany na 2018/07/27 10:07:37:

    Co do tła przeciętności w naukach przyrodniczych: nawet publikowanie dobrych i dopracowanych artykułów w dobrej jakości czasopisma nie gwarantuje sukcesu, czy nie świadczy o wielkości/nadprzeciętności. Przy takiej ilości danych generowanych co roku w skali świata trzeba mieć trochę szczęścia i trafić na modę w społeczności akademickiej. Od dwóch lat obserwuję wybuch pewnej mody w immunologii, która to koncepcyjnie znana była od lat 70 w biologii roślin. Publikacje rozchodzą się jak świeże bułeczki.

  • leros76 napisał(a) komentarz datowany na 2018/07/27 12:55:52:

    Dzięki, to bardzo ciekawe. W humanistyce jest podobnie - chwilowo trendy są badania emocji (w starożytności, średniowieczu, renesansie), interdyscyplinarne badania nad wpływem klimatu na przemiany społeczne w dawnych epokach, animal studies, etc. Z mojej perspektywy pomału jest coraz lepiej - mój profesor znał świetnie literatury, które badał, ale nie miał dostępu do bibliotek, nie mógł publikować za granicą, nie mógł jeździć na konferencje, stypendia. To był wielki zmarnowany potencjał (człowiekiem był fantastycznym, swoją drogą). Moim zdaniem w perspektywie 10-15 lat będą dyscypliny humanistyczne (nie znam się na naukach społecznych), które będą reprezentować europejską/światową normę.

  • czlowiek.z.makulatury napisał(a) komentarz datowany na 2018/07/27 13:31:06:

    Trzy.14 - nie obraź się, bo strasznie szanuję Twoje posty, ale strasznie popłynąłeś:

    "W 1945 zdecydowano, że elektrownia tramwajowa zostanie odbudowana jako ciepłownia, w związku ze zmianą zasilania sieci trakcyjnej z podstacji trakcyjnych zasilanych z sieci miejskiej (pierwsze podstacje działały już przed II wojną światową). Budynek przekazano Stołecznemu Przedsiębiorstwu Energetyki Cieplnej (SPEC) aż do 2003, kiedy władze miasta zdecydowały ulokować tu Muzeum Powstania Warszawskiego. "

    Nigdy budynek nie należał do żadnych instytutów naukowych, podobnie rzecz się ma z tymi supermarketami rzekomo w miejscu tych PANów. Akurat mam w rodzinie kogoś, kto się zajmował lokalizacjami tych sklepów, przed chwilą gadałem i wielkie oczy zrobił. Warszawa jest zbudowana niesamowicie ekstensywnie, pełno było i jest wolnych gruntów i pół w granicach miasta i poza, nikt nie musiał niczego burzyć.

    Jedynie Galeria Mokotów i biurowce Unibail/Rodamco powstały na gruntach fabryk półprzewodników, które jak oczywiście zaraz tutaj Zgred napisze, zostały wykończone przez Żydów, Balcerowiczów, pedałów i brygady Mariotta. Rzeczywistość jest taka, że w momencie projektowania (a gdzie tam wdrożenia) najnowszych polskich konstrukcji były one przestarzałe o dekady w stosunku do Zachodu. Nic dziwnego, że pozbyto się ich bez żalu i tylko foliarze od zderzaka łagiewki roztaczają wizje jaki to był przemysł zajebisty, tylko skrzydła macki podcięły. Przemilczmy również fakt, że w którym europejskim mieście fabryki znajdują się w najdroższej dzielnicy, ze świetnym dojazdem do centrum koleją, tramwajem i na lotnisko.

    Te potężne macki niszczące polski przemysł narodowy, który już przegonił USA, ale na etapie przejściowym sramy na rękę i rzucamy przez okno, poszły tak daleko, że nigdzie w Europie poza Nokią (a teraz już nigdzie) nie ma najbardziej zaawansowanego przemysłu elektronicznego (w Niemczech też nie) i Europa w dziedzinie ICT/mikroprocesorów zupełnie się nie liczy.

  • halucinski napisał(a) komentarz datowany na 2018/07/27 13:56:54:

    Granty ERC dla czworga Polaków (link). Najlepszy jest uogólniający wniosek o skuteczności pozyskiwania tych grantów:

    ,,Po raz pierwszy taka liczba wyróżnień o łącznej wartości około 6 mln euro została przyznana osobom z naszego kraju, które wskazały polskie placówki naukowe jako miejsca realizacji grantu. Dzięki temu pod względem skuteczności składanych wniosków zbliżyliśmy się do poziomu europejskiego i po raz kolejny możemy poszczycić się sukcesami młodych przedstawicieli polskiej nauki w różnych dziedzinach''.

    A tu -- dla odmiany -- coś o ludziach z agyrią:

    ,,Autobusem 666 na Hel(l), czyli do piekła. Niby niewinny żart, ale trudno nie uznać w nim złośliwej inspiracji, nazywając rzeczy po imieniu - diabelskiej'' (link).

  • staryzgred2012 napisał(a) komentarz datowany na 2018/07/27 14:20:46:

    @czlowiek.z.makulatury
    Czy byłbyś uprzejmy, pisząc swoje elokwentne wpisy, odstosunkować się od mojej osoby i swoją argumentację podpierać własną osobą?

    Te "o dekady opóźnione" fabryki były albo budowane raptem w latach siedemdziesiątych, albo miały kompletnie wymieniony park maszynowy.

  • leros76 napisał(a) komentarz datowany na 2018/07/27 14:21:52:

    No proszę - i jest tam humanista. Bardzo fajnie.

  • pan.toranaga napisał(a) komentarz datowany na 2018/07/27 16:42:11:

    > i jest tam humanista.
    dwaj humaniści.

  • czlowiek.z.makulatury napisał(a) komentarz datowany na 2018/07/27 17:30:14:

    W latach 1970. kupowaliśmy licencje na produkty, które były już wtedy przestarzałe, jak licencje Fiata. Czy ktoś sprzedawałby licencje na coś, co jest dobre i zamierza to produkować? Nie? No właśnie!

    A potem minęło 20 lat kompletnej degrengolady i dekapitalizacji. W rezultacie w 1989 roku dysponowaliśmy technologią pieprzenia kotka za pomocą młotka oraz srania na rękę. Nikt produkowaniem towarów w tych znakomitych przedsiębiorstwach o najnowszych technologiach z lat 1960, gdzie co drugi pracownik przychodził pijany nie był zainteresowany.

    Tak czy owak. Niemcy, Wielka Brytania, Holandia. Oni też nie mają przemysłu elektronicznego, jak cała Europa, której Azja i USA całkowicie odjechały.

  • piotrcandida napisał(a) komentarz datowany na 2018/07/27 17:40:49:

    Nawet kilkaset punktów za monografię, już widzę jakie będą przewałki komu je przyznać:
    konstytucjadlanauki.gov.pl/content/uploads/2018/07/ewaluacja201807-prezentacja-ze-spotka-z-wadzami-uczelni.pdf

  • trzy.14 napisał(a) komentarz datowany na 2018/07/27 18:12:46:

    czlowiek.z.makulatury,
    Moja myśl w najwyższy skrócie: do przemiany ustrojowej uprawianie nauki w Polsce znajdowało zrozumienie wśród najwyższych władz, a później już nie.
    Później myślą dominującą była (i wciąż pozostaje) balcerowiczowska "renta zacofania"

    Analogicznie, po 1989 zanikł związek prac B-R prowadzonych w państwowych/publicznych jednostkach z potrzebami przemysłu, który w większości upadł, bo był państwowy.

    Pozostał państwowy sektor badawczy, a wokół niego próżnia.

    Dopóki uprawianie nauki w Polsce nie nabierze sensu w oczach samego centrum władzy, dopóty będziemy się bujać od punktacji z max = 27, przez taką z max = 50 do takiej z max = 200 a za parę lat z max = 1000. Od systemu hab-prof do systemu grantowego. A za parę lat pewnie w drugą stronę albo i coś nowego wymyślą, gdy nie da się dłużej ukrywać, że to wszystko cały czas nie działa.

    Jeśli coś nie ma sensu, to można tylko sprzedawać fatamorgany, że zaraz niebieski laser albo gaz łupkowy zamiast węgla.

    Nie jestem z W-wy. opowieść o upadku polskiego sektora badań nad półprzewodnikami i nawet tego rachitycznego przemysłu półprzewodnikowego, jaki był, wyczytałem kiedyś w "Saga o niebieskim laserze" pióra kogoś, kto w tej W-wie wtedy pracował.

  • czlowiek.z.makulatury napisał(a) komentarz datowany na 2018/07/27 18:21:32:

    Nie znajduję słów. Jest dokładnie tak, jak myślałem. Będziemy masowo pisać monografie. W statystyce, fizyce i technicznych kurde też. Ja pierdzielę, to się nie dzieje. Znika limit 20% monografii. Akurat 4 monografie przez 4 lata wydawane w garażu uniwerkowym prosto na przemiał na papier toaletowy.

    Note to self: sprawdzić możliwość techniczną drukowania od razu na srajtaśmie.

  • halucinski napisał(a) komentarz datowany na 2018/07/27 18:41:11:

    Na 16. slajdzie w drugim wierszu podano przykład:

    ,,Artykuł w czasopiśmie za 100 punktów autorstwa dwóch fizyków: jednego z podmiotu X, drugiego z podmiotu Y | Publikacja dla podmiotu X w dyscyplinie nauk fizycznych: 70,71 pkt''.

    Czy to oznacza, że podmiot Y, w którym pracuje drugi fizyk, nie dostanie żadnych punktów? Innymi słowy, czy za wieloautorskie, ale jednodyscyplinarne publikacje punkty dostanie tylko podmiot zatrudniający pierwszego autora?

  • czlowiek.z.makulatury napisał(a) komentarz datowany na 2018/07/27 18:42:23:

    @trzy.14 - poza aspektem spiskowym zgadzamy się.

    Pracującym wtedy nie należy wierzyć. W mętnej wodzie komuny wydawało się, że są światowymi innowatorami, a tutaj woda opadła i okazało się, że wszyscy stali z gołymi dupami. Nic dziwnego, że wizje spisku (majtki ukradł Balcerowicz z Żydami z NYC!) padły na podatny grunt, no bo nikt nie chce przyznać, że znaczna część tego co dotąd robili nie miała sensu żadnego, tylko dupa blada. Coś jak przerób węgla na ropę naftową czy próby uzyskania kauczuku z rzepaku i inne tego rodzaju treści. Te absurdy bez przerwy generował centralny planista, który nie był w stanie nadążyć za brakiem impulsów rynkowych i prędkością zmian na świecie. Jak się przewróci ciężarówka z półprzewodnikami, to impuls rynkowy jest natychmiastowy. Cena idzie do góry za godzinę, a nie za 5 lat, jak będzie następny plan.

    Dziś technologia ściemy poszła do przodu i teraz na grządce ziemniaka polskiego będą rosły roboty. Jaki jest tego powód? Taki sam. Brak impulsów rynkowych. Dokładnie tak jak piszesz, nie ma przemysłu, który rodziłby zapotrzebowanie, ale to nie jest żaden spisek, tylko właśnie to, że produkujemy meble, okna, drut miedziany, co jest u nas zyskowne, ale sektora badawczego nie potrzebuje. Podobnie produkujemy zagraniczne towary, co jest zyskowne, ale know-how jest niemiecki, co sektor badawczy ma własny.

    Zamiast tego rząd udając, że nas kocha, próbuje swytworzyć własne impulsy, które generują kolejne absurdy. Można próbować kopiować rynek, ale zawsze się będzie krok w tył za inwencją ludzką w obchodzeniu regulacji. Bo to regulacja jest celem a nie impuls rynkowy. Jak przestawili wajchę teraz z impact factorów na monografie, będziemy pisali monografie.

    Nie ma czasu, trzeba pisać monografie, mam już pomysły na sześć. Dr Wyliżuch już robi mi w Google Translate przeglądy literatury po sześćset stron każdy.

  • halucinski napisał(a) komentarz datowany na 2018/07/27 18:47:54:

    I drugie pytanie: czy program dwuletniego dofinansowania ze środków publicznych 500 czasopism spoza Scopusa i WoSa ,,z ambicją kształtowania międzynarodowego dyskursu'' (slajd 12.) wprowadza wymóg publikacji w sponsorowanych czasopismach wyłącznie w języku angielskim? Bo jeśli nie, to bez sensu -- artykułów po polsku przecież nikt zagranicą czytać nie będzie.

  • kragon napisał(a) komentarz datowany na 2018/07/27 18:56:00:

    Punkty za monografie powinny jednak zalezec od nakladu. Skoro i tak autor i/lub jego uczelnia placi za druk tej makulatury to niech przynajmniej w taki sposob autor sie wysili

  • halucinski napisał(a) komentarz datowany na 2018/07/27 18:56:20:

    Ciekawa jest też deprecjacja komercjalizacji, tak ongiś wychwalanej przez Gowina i wicegowinów. Za pozyskanie środków pozabudżetowych na badania w wysokości 2 mln zł -- 40 pkt, ale za skomercjalizowanie czegoś za tę kwotę -- tylko 10 pkt (slajd 18.). No chyba niewątpliwy sukces, jakim w tym kraju jest sprzedanie czy odpłatne udostępnienie przemysłowi lub biznesowi wyników swoich badań do wykorzystania w praktyce, powinien być wyżej ceniony, nie?

  • czlowiek.z.makulatury napisał(a) komentarz datowany na 2018/07/27 18:59:27:

    @ haluciński- pierwsze pytanie "Czy to oznacza, że podmiot Y, w którym pracuje drugi fizyk, nie dostanie żadnych punktów? Innymi słowy, czy za wieloautorskie, ale jednodyscyplinarne publikacje punkty dostanie tylko podmiot zatrudniający pierwszego autora?"

    Na stronie 10 piszo tak "osiągnięcie naukowe autora
    może zostać wykazane tylko raz"

    winc wychodzi z tego jako no ino raz.

    Więc jak piszesz ze współautorem, to sam sobie szkodzisz i jeszcze w tradycyjnej walce na noże będzie trzeba ustalić, który ze współautorów wykaże sobie tę publikację.

  • czlowiek.z.makulatury napisał(a) komentarz datowany na 2018/07/27 19:02:29:

    @ haluciński - słuszna obserwacja. Jak dla mnie za komercjalizację 1000 pkt to za mało. Piszę to jako ktoś, komu się ta trudna sztuka nigdy nie udała.

  • halucinski napisał(a) komentarz datowany na 2018/07/27 19:08:01:

    @Kragon:

    > Punkty za monografie powinny jednak zalezec od nakladu. Skoro i tak autor i/lub
    > jego uczelnia placi za druk tej makulatury to niech przynajmniej w taki sposob
    > autor sie wysili.

    Nigdy w życiu!

    Ja już widziałem przypadek, gdy z grantu trzeba było wydać pieniądze, żeby broń Boże ich nie zwracać, więc wydawnictwo uczelniane wydrukowało ze pół tysiąca egzemplarzy, czyli nie tak mało jak na krajowe warunki. W księgarni internetowej uczelni sprzedało jakieś 50 sztuk, w stacjonarnej dalsze 20 czy 30, kolejne 150 egzemplarzy autor rozdał zasłużonym osobom ze środowiska, czyli wszystkim, a reszta nakładu (niemal połowa) poszła kilka lat później na makulaturę.

    Jeśli już mamy iść w liczbę egzemplarzy, to tylko tych sprzedanych i zaksięgowanych jako przychód.

  • kragon napisał(a) komentarz datowany na 2018/07/27 19:17:00:

    Alez mosci halucinski, naklad pokrywany z wlasnej kiedzeni trzeba docenic! Czy moze byc wieksze oddanie nauce?

  • kragon napisał(a) komentarz datowany na 2018/07/27 19:18:43:

    Zreszta naklad sprzedany.... czy nie o tym samym mowisz, gdy autor wykupil i rozdawal wokol ;-)

  • halucinski napisał(a) komentarz datowany na 2018/07/27 19:32:36:

    No tak, istotnie, wypadło mi z głowy, że można hurtowo kupować swoją książkę, żeby ją dalej rozdawać niezainteresowanym... Imć Kragonie, no to sam Pan podał kolejny argument przeciw uwzględnianiu wielkości nakładu w punktacji.

  • js.c napisał(a) komentarz datowany na 2018/07/27 19:40:41:

    Kryterium II dla dyscyplin "akademickich" jest bez sensu, bo mierzy prawie wyłącznie stopień konsumpcji środków publicznych. Jeśli już, to powinno działać odwrotnie (od uczelni notujących bardzo dużą konsumpcję środków powinno się wymagać większych efektów). Szkoda, że ten potworek (obecne kryterium III) zostaje prawie bez zmian.

    Ciekaw jestem opinii, czy kryterium to ma pozytywne znaczenie w dyscyplinach bardziej praktycznych (techniczne, rolnicze, medyczne itp.), tzn. czy mierzenie komercjalizacji przychodem ma sens.

    Najważniejszego wciąż nie ma: listy dyscyplin oraz tych wykazów. Ale, niestety, wydawnictwa typu Springer będą zapewne "Poziomem 2". A tam nie jest trudno publikować, zwłaszcza, gdy ma się trochę pieniędzy. To faktycznie może zmienić wzorce publikacyjne nawet w solidnych (dotąd?) dyscyplinach. Pytanie: jak się będzie liczyć monografię (w ramach "Lecture Notes" jakieś tam) z kilkunastoma czy kilkudziesięcioma rozdziałami (każdy mający nawet osobny rekord w Scopusie, a jakże!) autorstwa 3-4 osób, każda po kilka, lub nawet kilkanaście rozdziałów? W naukach technicznych (i wielu innych, np. medycznych?) taka możliwość chyba zabije wszelką sensowną publikowalność. Chyba, że jacyś hobbyści będą ją kultywować w czasie wolnym.

    Jedyny ratunek: ograniczenie tych tworów "monografiopodobnych" (książki, rozdziały, redakcje) do jednej sztuki (w ramach tych 4 sztuk) na 4 lata dla każdego pracownika z osobna. No niech będzie nawet dwie sztuki, ale tylko dla humanistów.

    @halucinski
    Prawie na pewno (prawie: bo kto ich tam wie, co w końcu wykombinują...) nieprawdą jest, że ten "fizyk z uczelni Y" nie otrzyma nic. To temu pierwszemu nie będzie się to liczyło nigdzie indziej (inna uczelnia, inna dyscyplina), natomiast inni współautorzy są traktowani wg analogicznych reguł, każdy coś tam dostanie...



  • kragon napisał(a) komentarz datowany na 2018/07/27 19:48:41:

    Waszmosci, trzeba deceniac poswiecenie dla nauki i... przemyslu poligraficznego.... toz to chleb dzieciom uczonych zabrany ze stolu... nawet Zagloba tak sie nie piswiecal

  • kragon napisał(a) komentarz datowany na 2018/07/27 19:51:52:

    alez drogi js.c,
    konsupcje srodkiw publucznych trzeba doceniac! Jak inaczej nierzad wykaze sie finansowaniem nauki, gdy nikt tych srodkow nue zechce przyjac?

  • halucinski napisał(a) komentarz datowany na 2018/07/27 19:51:58:

    A co się tyczy bardzo szeroko pojętej komercjalizacji po polsku, to proszę sobie UWAŻNIE przeczytać art. 175f Prawa o ustroju sądów powszechnych (dla leniwych pogrubiłem najciekawsze fragmenty):

    § 1. Minister Sprawiedliwości może, w drodze decyzji, przyznać Skarbowi Państwa uprawnienia wynikające z autorskich praw majątkowych do programu komputerowego obsługującego sądowe systemy informatyczne, zwanego dalej programem komputerowym, w zakresie niezbędnym do wykonywania zadań sądów.

    § 2. Decyzja, o której mowa w § 1, może zostać wydana, jeżeli zagrożona jest sprawność działania lub ciągłość funkcjonowania programu komputerowego lub systemu teleinformatycznego wykorzystującego program komputerowy, lub jeżeli zapewnienia ich sprawności działania lub ciągłości funkcjonowania wymaga ważny interes państwa lub dobro wymiaru sprawiedliwości, a porozumienie w tym zakresie z osobą, której przysługują autorskie prawa majątkowe do programu komputerowego, napotyka przeszkody.

    § 3. W decyzji, o której mowa w § 1, określa się:
    1) zakres uprawnień, które mogą obejmować:
    a) korzystanie z programu komputerowego,
    b) trwałe lub czasowe zwielokrotnienie programu komputerowego w całości lub części jakimikolwiek środkami i w jakiejkolwiek formie,
    c) tłumaczenie, przystosowywanie, zmiany układu programu komputerowego lub wprowadzanie w nim jakichkolwiek innych zmian,
    d) rozpowszechnianie, w tym użyczenie lub najem, programu komputerowego lub jego kopii,
    e) zwielokrotnianie kodu lub tłumaczenie jego formy;
    2) czas korzystania z uprawnień nie dłuższy niż dwadzieścia lat.

    § 4. W decyzji, o której mowa w § 1, Minister Sprawiedliwości może nałożyć na osobę, której przysługują autorskie prawa majątkowe do programu komputerowego, obowiązek wydania dokumentacji i kodów źródłowych tego programu, w tym bibliotek i instrukcji niezbędnych do osiągnięcia kodu wynikowego. W takim przypadku decyzja może określać format i formę przekazania dokumentacji i kodów źródłowych.

    § 5. Decyzji, o której mowa w § 1, może zostać nadany rygor natychmiastowej wykonalności.


    Przepisy obowiązują od kilku miesięcy. Skoro ustawodawca już raz zalegalizował 20-letnią nacjonalizację czyjejś własności prywatnej, może to zrobić drugi, trzeci i enty raz.

    Ku przestrodze wszystkim żyjącym i potomnym krajanom, którzy swoją ciężką pracą umysłową stworzą coś użytecznego.

  • kragon napisał(a) komentarz datowany na 2018/07/27 19:52:27:

    alez drogi js.c,
    konsupcje srodkiw publucznych trzeba doceniac! Jak inaczej nierzad wykaze sie finansowaniem nauki, gdy nikt tych srodkow nue zechce przyjac?

  • halucinski napisał(a) komentarz datowany na 2018/07/27 19:55:35:

    PS. Zwracam uwagę, że w przepisach nie ma ani słowa o jakiejkolwiek rekompensacie finansowej. Poszkodowany będzie musiał jej dochodzić w zwykłej drodze sądowej, czyli przez wiele lat i bez gwarancji sukcesu.

  • flamengista napisał(a) komentarz datowany na 2018/07/27 20:01:32:

    @ czlowiek.z.makulatury - monografie wszystkiego nie załatwią, ale faktycznie czeka nas zalew makulatury. Z tego co pamiętam w ostatniej wersji rozporządzenia dot. parametryzacji w ten sposób można było wykazać 40% publikacji.

  • trzy.14 napisał(a) komentarz datowany na 2018/07/27 21:12:04:

    Jesli dobrze rozumiem, jeżeli do tej pory dwóch fizyków-teoretyków z wydziału X opublikowało coś za 40 pkt., wydział wykazywał 1 pracę za 35 pkt; teraz zaś jeden z nich zgłosi, że w tej pracy jest fizykiem, a drugi - matematykiem. I pracę za, powiedzmy, 140 punktów, uczelnia zgłosi dwa razy.

  • trzy.14 napisał(a) komentarz datowany na 2018/07/27 21:12:58:

    Poprawka:

    Jesli dobrze rozumiem, jeżeli do tej pory dwóch fizyków-teoretyków z wydziału X opublikowało coś za 40 pkt., wydział wykazywał 1 pracę za 40 pkt; teraz zaś jeden z nich zgłosi, że w tej pracy jest fizykiem, a drugi - matematykiem. I pracę za, powiedzmy, 140 punktów, uczelnia zgłosi dwa razy.

  • trzy.14 napisał(a) komentarz datowany na 2018/07/27 21:24:38:

    Nie ma tej prezentacji niczego nowego poza slajdem 17 (kryterium II). Czytając propozycje rozporządzenia byłem pewny, że z tego kryterium wyłączono granty NCN, NCBiR, NPRH i wszystkie inne krajowe. To miało sens. Sformułowanie tego punktu było jednak pokrętne i mogłem coś pokręcić. Chyba że w tzw. międzyczasie zadziałała niewidzialna ręka GTW z największych uczelni.

  • js.c napisał(a) komentarz datowany na 2018/07/27 21:30:12:

    @trzy.14
    Chyba tak. W sumie jest to mechanizm podobny do wielokrotnego liczenia tej samej publikacji w sytuacji, gdy współautorzy są z różnych uczelni.

    To by jednak premiowało (dość mocno) "interdyscyplinarność", bo obecność w 140-200 punktowej pracy autorów z kilku czy kilkunastu dyscyplin powoduje, że tę pracę można tyleż razy policzyć w kategoryzacji uczelni?!

    Oczywiście ograniczeniem jest (Scopusowy?) zakres dyscyplinowy czasopisma (aczkolwiek są czasopisma o szerokim spektrum), ale przecież jest to osławione 20% spoza dyscypliny. Ale już się pogubiłem: czy te 20% dotyczy autorów nie deklarujących danej dyscypliny, ale mających artykuł w czasopiśmie z tej dyscypliny, czy może artykułów w piśmie spoza dyscypliny autorstwa autora tę dyscyplinę deklarującego, czy może jeszcze coś innego [poza tym, że w te 20% wchodzą - o ile pamiętam - artykuły doktorantów]?

  • czlowiek.z.makulatury napisał(a) komentarz datowany na 2018/07/27 22:02:16:

    Po co wymyślać jakieś przewały z artykułami w Nature za 200 gowinek, a można zamiast tego wydać monografię w wydawnictwie garażowym np. biorę pierwsze z listy ministerialnej WYDAWNICTWO AKADEMII GÓRNICZO-HUTNICZEJ za 300.

    Ja pierdzielę, będziemy brodzić w zadrukowanym papierze toaletowym.

  • flamengista napisał(a) komentarz datowany na 2018/07/27 22:22:08:

    @ czlowiek.z.makulatury: ale pocieszające jest to, że można zgłosić maksymalnie 4, więc promuje się JAKOŚĆ. To znaczy zgłosi się 4 monografie w wydawnictwie szwagra, nie trzeba będzie się męczyć z jakimiś artykułami z IF.

    Muszę powiedzieć, że propozycja zamiany "kudryków" na "gowinki" bardzo mi się podoba:-D

  • trzy.14 napisał(a) komentarz datowany na 2018/07/27 22:52:28:

    A co do komercjalizacji, to być może niska punktacja jest wynikiem doświadczeń poprzedniej kategoryzacji. Być może większość punktów w tej kategorii została zdobyta z działalności, o jakiej pisał Haluciński (zaćmił mnie zaćmiony Księżyc, szukać dość nisko nad horyzontem w kierunku SSE, i zabrakło mi słowa), czyli uczelnia wykonuje standardowe usługi na posiadanym przez siebie sprzęcie, wchodząc w buty firm komercyjnych, które w rozwiniętej gospodarce powinny wykonywać takie właśnie usługi.

  • dwa.718 napisał(a) komentarz datowany na 2018/07/28 02:28:40:

    @czlowiek.z.makulatury

    Informacja o projekcie punktacji wydawnictw jest gdzieś dostępna? Te 300 za Wydawnictwo AGH to domysły czy wstępny projekt rozporządzenia?

    Jeżeli takie coś przejdzie to już mam przed oczami rozporządzenie rektora nakazujące wszystkim pracownikom publikować jedną monografię rocznie, byle nie za długą by wyszło taniej i łatwiej się utylizowało.

  • tulloch napisał(a) komentarz datowany na 2018/07/28 09:48:54:

    A czy wiadomo jak konkretnie rozwiązano przypadek wielooosobowego zespołu z jednej jednostki, publikującego w tym samym składzie wiele artykułów? Ile z nich będą mogli zgłosić do parametryzacji? Tylko 4? Czy może może odpowiedź kryje się w tajemniczym sformułowaniu "4 SLOTY publikacyjne na pracownika"?

  • piotrcandida napisał(a) komentarz datowany na 2018/07/28 11:15:27:

    Te podziały punktów dla pracownika to i tak nie mają dużego znaczenia, niech się tym martwią uczelnie.

  • staryzgred2012 napisał(a) komentarz datowany na 2018/07/28 14:42:45:

    @piotrcandida
    > Te podziały punktów dla pracownika to i tak nie mają dużego znaczenia,
    > niech się tym martwią uczelnie.


    Jesteś tak nieogarnięty, czy dopiero początkujący? Te podziały mają KLUCZOWE znaczenie dla pracownika, gdyż według właśnie tych podziałów będą liczone punkty decydujące o awansach, zarobkach, nagrodach itd.

Dodaj komentarz

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny

Czytam

Warsztat badacza

Dariusz Galasiński - Blog

Graham Scambler - Blog

LSE - Blogs

Piotr Stec

language: a feminist guide