Robię habilitację

Wpisy

  • niedziela, 19 lutego 2017
    • Do roboty!

      Niedawny wpis prof. Śliwerskiego stał się przyczynkiem do dyskusji na temat opisanego tam postępowania habilitacyjnego. Ja jednak chciałbym zwrócić uwagę na co innego. Profesor pisze:

       

      Akademicy nie zdają sobie sprawy z tego, że profesorowie wybierani w tajnych wyborach do składu Centralnej Komisji nie są urzędnikami, ani też nie mogą ponosić odpowiedzialności za braki, zaniechania czy błędy popełniane przez etatowych pracowników tego organu, gdyż nie mają na nie wpływu. 

       

      Za poruszenie odpowiedzialności za prace CK na Twitterze, już jakiś czas temu prof. Śliwerski był łaskaw uniemożliwić mi czytanie jego tweetów (znaczy: zabanował mnie), ale skoro tym razem sam postanowił napisać, czuję się więc usprawiedliwiony. Może bez owijania w bawełnę: uważam, że to umywanie rąk z odpowiedzialności jest skandaliczne, szczególnie w przypadku członków prezydium CK.

       

      A może zadam inne pytanie: to co, do cholery, prezydium Centralnej Komisji robi, jeśli nie ma żadnego wpływu na to, jak pracuje Komisja? Chciałbm bowiem zwrócić uwagę, nie po raz pierwszy zresztą, że zgodnie ze statutem, odpowiedzialność za prace CK ponosi przewodniczący oraz właśnie prezydium. Ta wizja prac CK, w której jacyś niezależni urzędnicy pracują w oderwaniu od biednych profesorów, którzy nie mają na nich żadnego wpływu, to nieporozumienie i kolejna karkołomna interpretacja prawna prof. Śliwerskiego.

       

      Ale w dalszej części wpisu Profesora czytamy:

       

      Sprawa trafiła do sądu w okresie, kiedy CK już nie obraduje (okres wakacyjny) a profesorowie są już na urlopach. Tym samym CK nie składa apelacji, bo kiedy odpowiedzialni za to wracają z urlopów, jest już po terminie, a więc wyrok WSA upełnomocnia się. Habilitowana osoba "załatwiła" sobie habilitację. 

       

      I mówiąc szczerze jasny szlag mnie trafił. No co to za straszna habilitantka, która nie uznała, że urząd centralny może przestać pracować przez dwa miesiące. I nie poczekała, aż prof. Śliwerski i jego koledzy muszą na wakacje pojechać, żeby mogli się odwołać. No chamstwo, po prostu! Przecież to są 'argumenty' z przedszkola! Od habilitacji zależy akademickie życie zawodowe w Polsce i nikt nie będzie czekał, aż prezydium z wakacji wróci. Powiedziałbym więc, że to nie "habilitowana osoba "załatwiła" sobie habilitację.", ale to Centralna Komisja dała.... ciała, bo nie organizuje pracy tak, żeby takie rzeczy się nie zdarzały.

       

      Tak, Panie Profesorze, Pan też.  I skoro więc już Pan nie poczuwa się do odpowiedzialności, to może przynajmniej zrobiłby to Pan w ciszy.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (26) Pokaż komentarze do wpisu „Do roboty!”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      habilitant2012
      Czas publikacji:
      niedziela, 19 lutego 2017 18:27
  • czwartek, 16 lutego 2017
    • Kup pan cegłę

      Dostałem ciekawego maila w sprawie opłat za postępowanie. Napisał do mnie habilitant, od którego oczekuje się, że dobrowolnie pokryje 'administracyjną' część postępowania habiitacyjnego. Mój korespondent cytuje niejednokrotnie omawiany komunikat MNiSW w sprawie pobierania opłat za postępowania awansowe.

       Sprawa rozbija się o następujący akapit:

       

      Jednocześnie § 5 ust.1 ww. rozporządzenia pozwala na przejęcie obowiązku wypłaty jedynie wynagrodzenia przysługującego wskazanym tam osobom, a nie przejęcie kosztów jakie w związku z tymi postępowaniami faktycznie ponosi jednostka organizacyjna przeprowadzająca daną procedurę.

       

      oraz o to, że pracodawca habilitanta chce właśnie pokryć jedynie koszty wymienione w komunikacie, a nie całości postępowania. Z kolei jednostka przeprowadzająca postępowanie nie uważa za stosowne pokrywać koszty, którymi w ogóle nie jest zainteresowana - habilitant nie jest pracownikiem tejże jednostki. A przecież jednostka ponosi koszty: delegacji, materiałów czy wreszcie czasu pracy osób zajmujących się postępowaniem.

       

      Mój korespondent napisał, że pokryje koszty. Są niewielką częścią postępowania (choć nie mówimy tu i kilku stówach)  i znacznie ważniejsze jest to, by uzyskać stopień. Habilitant boi się po prostu, że zantagonizuje jednostkę, od której to zależy. Sprawa jest rozwiązana.

       

      Jednak problem jest poważny, moim zdaniem. Przerzucenie części kosztów postępowań habilitacyjnych na jednostki je prowadzące jest nieuczciwe, szczególnie w przypadku uczelni prywatnych. Te koszty nie zostaną przecież 'wchłonięte', ale zostaną pokryte przez innych 'klientów' uczelni, w tym przez studentów. To z kolei wydaje się jeszce bardziej niesprawiedliwe. Dlaczego (hipotetyczy) ja mam pokrywać koszty habilitacji osoby, która ma dla mnie znaczenie zeszłorocznego śniegu? A może i jeszcze mniejsze. Nawet przyjmując, że z punktu widzenia pojedynczego studenta mówimy o groszach, to jednak z zasady uczelnia nie powinna oczekiwać pokrywania kosztów, które ze studentem nie są w jakikolwiek sposób związane.

       

      Co więcej, tak naprawdę sprawa mojego korespondenta wcale nie została rozwiązana. Przecież on wcale nie zapłaci dlatego, że chce czy uważa, że powinien, ale dlatego, że się boi. Uczelnia zostaje zmuszona do tego, by zachować się, jak opryszek, który mówi do przechodnia "Kup pan cegłę.". Chcąc, nie chcąc, kupuję cegłę, bo się boję, że tą cegłą w pysk dostanę. Habilitant też kupuje.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (41) Pokaż komentarze do wpisu „Kup pan cegłę”
      Tagi:
      Autor(ka):
      habilitant2012
      Czas publikacji:
      czwartek, 16 lutego 2017 21:20
  • sobota, 11 lutego 2017
    • Orgazmy

      Od początku pisania tego blogu unikam pisania o postępowaniach w kilku dyscyplinach. Uznawałem, habilitanci i recenzenci żyja w tak odległym wszechświecie, że nie ma sensu przywoływać takich postępowań. Jedną z tych dyscyplin jest filozofia. Jendak pod poprzednim wpisem zacytowano recenzje w postępowaniu habilitacyjnym prof. Nowaka. Zaglądnąłem do nich i choć usiadłem, żeby mi przeszło, nie przeszło i muszę zacytować kilka fragmentów.

       

      Oto cytat z jednej z recenzji :

      Dociekanie poszczególnych wątków tematycznych u Piotra Nowaka to chwytywanie kolejnych oczek, splatających się w sieć, jaką zarzuca on na Rzeczywistość, aby ją po swojemu poklasyfikować, oswoić, przyswoić, a niekiedy też i ponazywać.  Śledzenie tej „pajęczej” roboty było dla mnie czymś fascynującym, tym bardziej, że wszystko, co wychodzi spod Jego pióra przeniknięte jest intelektualną pasją.  

      I ja mam pytanie: czy recenzentka sobie jaja ze mnie robi? Jakie oczka? Jakie przyswojenie, jakie przesiąknięcia? Może ja jestem jakiś dziwny, ale rezenzja to nie jest miejsce, w którym recenzent/ka powinien dzielić się doświadczeniem klimaksu (intelektualnego czy innego). Mnie zupełnie też nie interesuje recenzenckie śledzenie. Co więcej, drażni mnie używanie dużej litery w zaimkach odnoszących się do habilitanta. Toć to recenzja, a nie list miłosny, do ciężkiej cholery. I choć nie mnie mierzyć się z ontologią recenzji, to może warto zejść na ziemię choć na chwilę. 

       

      Powiedziałbym też, że gdy się tak na chwilę zastanowić, to fragment, do którego dochodzimy chwilę później:

       

      Powiedziałabym wręcz, iż włada on wypracowanym przez siebie, rozpoznawalnym od pierwszego zdania osobistym stylem, polegającym na oscylowaniu  pomiędzy najwyższymi regionami abstrakcji, a plastycznym i obrazowym konkretem.   

      jest bzdurą. To bełkot. Z całym szacunkiem dla recenzentki.

       

      Na fragment z kolejnej recenzji  zwrócono już uwagę w dyskusji. Kpi sobie w żywe oczy recenzent pisząc:

       

      Biorąc pod uwagę dotychczasowy dorobek można zatem przypuszczać, że habilitant będzie podporą Ministerstwa i preferowanego przez nie modelu szkolnictwa wyższego. Dlatego teżwnoszęo poparcie starań habilitanta o uzyskanie kolejnego stopnia akademickiego. Dodam jeszcze, że jego łatwość nawiązywania kontaktów przyczyni się niewątpliwie do intensyfikacji wymiany międzynarodowej z odpowiednimi ośrodkami zagranicznymi.

      Kpi, ale konkluduje pozytywnie. A ja bym się chciał dowiedzieć dlaczego. Skoro to złe i do kitu, recenzent wyzłośliwia się na temat stylu Nowaka i innych rzeczy, to z jakiej paki mamy wniosek o nadanie stopnia? Przecież to nie jest obowiązek!

       

      W nosie mam to też, co pisze trzecia recenzentka:

       

      Dr Nowak jest osobą o niezwykle silnej motywacji naukowej, pisarskiej i nauczycielskiej, prawdziwym pasjonatem swojej pracy, człowiekiem zarazem utalentowanym i pracowitym, wykazującym ogromną energię i determinację w podejmowanych działaniach

      Może jeszcze ma ładne nogi oraz super klatę, ale to wszystko jest nierelewantne! Na kolana mnie jednak rzuciło to:

       

      Piotr Nowak nie przedstawił zwartej „rozprawy habilitacyjnej”. Najpewniej dlatego, że jego zainteresowania, a także konkretne zaangażowania pisarskie, redaktorskie, translatorskie i wydawnicze od wielu lat mają zbyt duży rozmach i rozrzut tematyczny, by miał czas na spokojne napisanie jednej dużej książki (choć nie mam najmniejszych wątpliwości, że bez problemu potrafiłby to zrobić, gdyby na pewien czas nieco ograniczył zakres swojej aktywności)

      Jak byłem mały, to  gdy ktoś coś miał, a ja nie, to mówiłem (nie tylko ja zresztą): "Ja mam to w domu.". Niestety, nikt w to nie wierzył. Okazuje się, że do filozofii zdrowy sceptycyzm nie trafił z podwórka. Recenzentka chciałaby, żeby habilitant napisał, ale jej nie przeszkadza, bo on by napisał, gdyby miał czas.

       

      No coż, jak ja bym miał czas, to bym już dawno zrobił fakultet z filozofii, nie mówiąc o tym, że wynalazłbym lekarstwo na raka, dostałbym medal Fieldsa oraz zdobyłbym nagrodę Nobla z ekonomii. Mam nadzieję, że dyplom ukończenia studiów, medal i Nobel są już w drodze....

       

      Jak to dobrze, że nie robiłem habilitacji z filozofii.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (8) Pokaż komentarze do wpisu „Orgazmy”
      Tagi:
      Autor(ka):
      habilitant2012
      Czas publikacji:
      sobota, 11 lutego 2017 20:34
  • poniedziałek, 06 lutego 2017
    • Przekraczanie granic

      Przed chwilą @StaryZgred zamieścił linka do artykułu w sprawie postępowania dyscyplinarnego wobec profesora filozofii z Białegostoku, który jakiś czas temu pisał o tym, że na uczelni nie ma miejsca dla 'wariatów'. Pisałem o tym we wcześniejszym wpisie również ja; pisałem krytycznie. @StaryZgred pisze o postępowaniu wobec prof. Nowaka jako o wydarzeniu skrajnie niebezpiecznym, kompromitującym uniwersytet o karaniu za poglądy. Nie zgadzam się z tym.

       

      Uważam, że to artykuł profoesora filozofii jest (skrajnie) kompromitujący samego profesora, a przy okazji uniwersytet, na którym pracuje. Wyborcza pisze:

       

      Określeniem „Asperger” Nowak posługuje się w artykule dwa razy, a zamiennie używa słów: „wariat", „szaleniec”, „chory psychicznie", „obłąkany", „upośledzony umysłowo", „półgłówek”, „niezrównoważony psychicznie”, „niepoczytalny”.

       

      Jeśli to nie kompletna kompromitacja, to zaiste nie można się już w naszym kraju kompromitować. Gdybym był rektorem/dziekanem, nie chciałbym, by pracował u mnie profesor, który się tak zachowuje.

       

      Czy jednak jest to kara 'za poglądy'? Nie, nie jest. Prof. Nowak ma prawo do swoich poglądów, co więcej, nikt nie chce go zaaresztować, stawiać przed sądem, póki co, nikt go z pracy nie wyrzucił. Moim zdaniem pytanie jest inne. Czy uniwersytet ma prawo zareagować na sformułowania jak powyżej, co więcej, czy ma prawo odnieść się do tego, że profesor publicznie piętnuje swojego studenta? A wszystko dlatego, że ironii nie może na wykładzie używać. Moim zdaniem ma.

       

      Wyobraźmy sobie inną sytuację. Co by było, gdyby prof. Nowak stwierdził, że czarnoskórzy studenci jednak nie powinni się uczyć na unwerystetach? Wszak my tutaj to 'cywilizacja białego człowieka'. A może muzułmanów też nie bierzmy, bo nie da się referencji biblijnych na wykładach robić? Może też homoseksualistów nie będziemy uczyć. Na wszelki wypadek. Podejrzewam, że oburzenie byłoby (raczej) powszechne, tak jak było w wypadku studenta SWPS upomnianego przez uczelnię.

       

      Tu jednak jest inaczej, bo tu mamy do czynienia z 'wariatami' i 'czubkami' itd., których obrażać można bezkarnie. Ba, na tyle wydaje się to bezpieczne, że profesor filozofii (sic!) sam z siebie napisał o tym, żeby ich dyskryminować. I chciałbym zwrócić uwagę, że on sam mówi o dyskryminacji, nie o tym, że oni nie korzystają z wykładów. Bo jemu nie podoba się uczenie 'wariatów'. A wszystko na podstawie jednego studenta, który rzuca mu wyzwanie na wykładach. I nikomu nie przyszło do głowy się zastanowić, czy czasem prof. Nowak bzdur nie gada.

       

      @StaryZgred mówi o tym, że skoro karzemy za poglądy jedne, to możemy za wszystkie. A ja powiem inaczej:  jeśli można dyskryminować jednych, to można dyskryminować wszystkich. Po uważaniu. 

       

      Czy z tego wynika dyscyplinarka? Nie wiem. Ja sam wysłałbym profesora Nowaka na obowiązkowy  kurs tolerancji. Kazałbym też napisać rozprawkę na temat udziału 'wariatów' w rozwoju kultury i nauki. Przypomniałbym też mu, że każdy z nas może się znaleźć po drugiej stronie.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (72) Pokaż komentarze do wpisu „Przekraczanie granic”
      Tagi:
      Autor(ka):
      habilitant2012
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 06 lutego 2017 12:25
  • niedziela, 05 lutego 2017
    • Doniosławość

      Pod poprzednim postem @trzy.14 dał linkę do ostatniego postu prof. Galasińskiego, którego tu kilkukrotnie już cytowałem. Tym razem post jest o strategiach publikacyjnych. Profesor pisze z jednej strony o tym, żeby zgadzać się ze wszystkimi, z drugiej żeby dzielić dane na jak najmniejsze części, aby maksymalizować liczbę artykułów. Mój post to dopisek do, moim zdaniem, zbyt ostrożnego blogu.

       

      Otóż obserwuję szczególnie drugą strategię na co dzień i to, co obserwuję, to pompowanie dorobków publikacyjnych kierowników laboratoriów czy centrów badawczych. Legiony doktorantów piszą publikacje, których współautorami są ich promotorzy i inni kierownicy. Doktoranci stają się mrówkami pracującymi na akademickie królowe. Doktoryzują się, a listy publikacyjne ich szefów rosną, rosną i rosną. Dzięki tym młodym ludziom szefowie cierpią na permanentną, za przeproszeniem, sraczkę publikacyjną, z którą niejednokrotnie trudno konkurować.

       

      Oczywiście rozumiem to, że kierownik-zdobywca (grantu czy laboratorium) umożliwia swym młodszym współpracownikom pracę badawczą i bez wątpienia zasługuje na jakaś formę zaznaczenia go w ich publikacjach. Nie jestem jednak przekonany, czy powinno to być współautorstwo, szczególnie gdy kierownik nawet artykułu nie czyta (znam takich przypadków sporo - i to zarówno w naukach 'ścisłych', przyrodniczych, technicznych, jak i społecznych).

       

      Patrzę na tę gonitwę publikacyjną i marzy mi się zakaz publikacji więcej niż jednego artykułu rocznie. Ale za to artykułu, który mówi coś 'doniosławego'.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (21) Pokaż komentarze do wpisu „Doniosławość”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      habilitant2012
      Czas publikacji:
      niedziela, 05 lutego 2017 12:42

Kanał informacyjny

Czytam

Warsztat badacza

Dariusz Galasiński - Blog

Graham Scambler - Blog

LSE - Blogs