Robię habilitację

Wpisy

  • piątek, 02 grudnia 2016
    • Proporcja, do cholery

      Zwrócono mi uwagę na zakończone niepowodzeniem postępowanie z pedagogiki. Przytaczamna początek, po pierwsze, uchwałę o nienadaniu stopnia, a po drugie, odwołanie od niej. Oba dokumenty są ciekawe i można z nich wiele wyczytać szczególnie o praktykach naukowych w pedagogice (choć nie tylko). Ten wpis więc jest nieobiektywnym (i być może nieuzasadnionym) obrazem pedagogiki polskiej na podstawie jednego postępowania. 

       

      1. Rozporządzenie mówi o dorobku popularyzatorskim, a więc habilitację można nadać na jego podstawie.

      2. Uzasadnieniem tego, że autorka nie pisze międzynarodowo (ERIH) jest to, że mało ludzi pisze.

      3. Rozprawa habilitacyjna jest naukowa, bo zawiera wstęp teoretyczny, a jej część naukowa jest tak samo długa jak praktyczna.

      4. Samodzielność naukową mierzy się samodzielnością napisania książki. A na dodatek rzetelnym podejściem do 'wskazówek autorytetów', z którymi autorka konsultowała się w czasie pisania rozprawy. Na dodatek nad całością rozprawy czuwał jeden 'Pan Profesor', do którego habilitantka zgłosiła sie z zarysem rozprawy. Ale dobitnie podkreśla, że wszystko napisała sama, testy statystyczne sugerował jednak 'Pan Profesor'.

      5. Na szczęście korekty dokonały 'panie polonistki', w przeciwieństwie do 'Pana Profesora' pisane małą literą.

      6. Syntezą jest to po prostu obecność w rozprawie.

       

      Potem już stwierdziłem, że życie jest za krótkie, żeby to czytać. Mam wrażenie, że to odwołanie pokazuje dyscyplinę naukową, która rządzi się własnymi prawami i regułami, do których reszta z nas nie ma i nie chce mieć dostępu. Nie ma więc po co pchać do niej psychologów, którzy uprawiają inną naukę. I rzeczywiście recenzje negatywne napisał psycholog i profesorka pedagogiki, która ma doktorat z psychologii. Trudno się nie zastanawiać, co by było, gdyby trud recenzencki podjęli prawidziwi pedagodzy.

       

      Mam jednak dodatkowy komentarz. Zaskakuje mnie bowiem dyskusja recenzentów i habiltantki na temat naukowości jej książki. To dyskusja bezcelowa. Dla wielu fizyków pedagogika z gruntu rzeczy nie może być naukowa, nie mówiąc już o wynurzeniach filozofów, którzy być sobie piszą 'narracje' na temat metody naukowej, ale z pewnością jej nie stosują! W rzezcywistości naukowość to kwestia kontekstu dyscyplinarnego, filozoficznego, ideologicznego (wszyscy pamiętamy radziecką socjologię), a wreszcie po prostu uznaniowego. Ja z kolei muszę powiedzieć, że mnie jest obojętne, czy odkrycie penicyliny nazwiemy nauką czy przypadkiem.

       

      Pomimo tego wszystkiego, Centralna Komisja w uzasadnieniu odrzucenia odwołania habilitantki odnosi się właśnie do naukowości rozprawy habilitantki. Co więcej, Prezydium twierdzi, że żadna z monografii habilitantki nie spełnia, uwaga, 'formalnych kryteriów monografii naukowej'. Ja z kolei chciałbym zapytać, co to są te formalne kryteria? Przecież wymóg 'wstępu teoretycznego' jest tak samo absurdalny, jak twierdzenie, że jego brak wskazuje na nienaukowość monografii. Pokazał nam choćby Wittgenstein, że ani nie trzeba żadnego wstępu (Tractatus), ani żadnego warsztatu bibiograficznego (Dociekania). No, ale na szczęście Wittgnestein nie stara się o polską habilitację, bo byśmy go pogrzebaczem pogonili.

       

      Nie mam zielonego pojęcia, czy habilitantce należy się habilitacja, czy nie. Wiem jednak, że argumenty w jej odwołaniu jednak są mniej więcej tak samo nonsensowne jak argumenty Centralnej Komisji, że praca 'metodyczna' nie może być nauką. Wolałbym też, by CK nie uzurpowała sobie prawo do określania, co jest nauką. Znajcie proporcję, mocium panowie, co?

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (5) Pokaż komentarze do wpisu „Proporcja, do cholery”
      Tagi:
      Autor(ka):
      habilitant2012
      Czas publikacji:
      piątek, 02 grudnia 2016 18:54
  • poniedziałek, 28 listopada 2016
    • Lista hipokryzji

      Czas na wpis o Słowacji. Wpis zainspirowany został artykułem czaspisma Wprost o znamiennym tytule "Lista wstydu nauki polskiej".  W odpowiedzi  ja napiszę wpis o, mam nadzieję, równie znamiennym tytule "Lista hipokryzji".

       

      Kampania przeciwko słowackim habilitacjom trwa od dawna, co rusz ktoś sie oburzaa na kolejne stopnie nadawane u sąsiadów, a prof Śliwerski na swoim blogu systematycznie grzmi przeciwko habilitacjom, które kalają polskie gniazdo naukowe. Muszę przyznać, że z wieloma argumentami Profesora trudno się nie zgodzić. Ludzie jeżdżą na Słowację nie dlatego, że tam taki wysoki poziom, ale dlatego że tam łatwiej.

       

      Jednak cała ta kampania nie odpowiada na jedno kluczowe, moim zdaniem, pytanie. A co robicie z poziomem habilitacji polskich? Otóż to, co mnie irytuje w dyskusji nad habiitacjami słowackimi (która zahaczyła nawet poziom ministerialny), to to, że wiele argumentów, które wytacza się przeciwko importowanym doktorom habilitowanym, można zupełnie spokojnie wytoczyć wobec habilitacjom polskim.

       

      Czy polska habilitacja daje gwarancje jakości i rzetelności procesu recenzyjnego? Oczywiście, nie. Czy może daje gwarancje stosowania kryteriów z ustawy i rozporządzenia? Oczwyiście, też nie. A może wreszcie habilitacje polskie są po prostu sprawiedliwe i uczciwe? Bardzo proszę mnie nie rozśmieszać! W polskiej habilitacji jak w soczewce skupiają się wszelkie patologie polskiego życia naukowego.  Od szefa, który wstrzymuje, przez niecuczciwe i ignoranckie recenzje, do akceptowania nieuczciwości naukowej i hurtowych spółdzielni recenzyjnych pod egidą Centralnej Komisji.

       

      Patrzę na polskie postępowania habilitacyjne od mniej więcej 5 lat. I, mówiąc szczerze, jasny szlag mnie trafia, gdy widzę kolejną filipikę pedagogiczną czy dziennikarską na temat habilitacji na Słowacji. Otóż zupełnie nie interesuje mnie to, co się tam dzieje, interesuje mnie bowiem to, co się dzieje w habilitacjach polskich. Niech sobie Słowacy łby urywają habilitacyjnie, a polscy doktorzy niech sobie tam jeżdżą, ile tylko im się podoba. Zaiste, gdy patrzę na polskie habilitacje choćby z pedagogiki, słabszego poziomu naukowego nie sposób sobie wyobrazić. I Słowacja naprawdę nam wielu szkód nie robi, nawet jeśli z dna robi dno trochę głębsze.

       

      A więc, jeśli miałaby powstać lista wstydu nauki polskiej, to ona powinna dotyczyć polskich habilitacji, polskich recenzentów, polskich recenzji, polskich plagiatów. A jak się już z tym wszystkim uporamy, jak nieuczciwość recenzencka obłożona będzie banicją, wtedy zajmijmy się habilitacjami na Słowacji. Dopóki tego nie zrobimy, przychodzi na myśl przysłowie o źdżble i belce w oku.

       

      Przychodzi też na myśl to, ze habilitacje na Słowacji wymykają się spod kontroli naczelników polskich dyscyplin naukowych, którzy ani nie mogą sie poznęcać nad habilitantami, ani też nie mogą zarobić na tych wszystkich postępowaniach. I to jest dopiero lista wstydu!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (10) Pokaż komentarze do wpisu „Lista hipokryzji”
      Tagi:
      Autor(ka):
      habilitant2012
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 28 listopada 2016 00:39
  • niedziela, 27 listopada 2016
    • (Nie)fart

      Trzy.14 uprzedził mnie zwracając uwagę na najnowszy wpis na blogu, który śledzę.  Autor przedstawia chłodną kalkulację pisania po polsku i po angielsku. I jest to właśnie kalkulacja, a nie okrzyki, dlaczego po angielsku jest lepiej, a po polsku gorzej.

       

      Oto prosty przykład: napisałeś książkę po polsku, ale to jednak poźniej napisana, powiedzmy, "tematycznie i "wynikowo" podobna książka po angielsku jest ważniejsza. Problem pierwszeństwa pojawia się bowiem jedynie w Polsce, poza Polską książka po polsku nie istnieje. Najgorsze jest jednak to, że nie mówimy tu moim zdaniem o żadnej nieuczciwości. Autor książki po angielsku przedstawia swoje dane, swoje argumenatcje, tak sie tylko składa, że jego badania dały podobne wyniki, co badacza z Polski. Tyle że polskie wyniki właśnie nie istnieją. Staną się, jak pisze profesor, przypisem w książce po angielsku. Sprawiedliwe? Zapewne nie. No ale czy życie akademickie od razu musi być sprawiedliwe?

       

      Jeśli ktokolwiek miał wątpliwości, czy warto publikować w języku międzynarodowej nauki, to linkowany wpis rozwiewa wiele wątpliwości. A to dlatego, że zazwyczaj mówi się o recenzjach, o cytowaniach, o uczciwości. Wpis w ogóle tego nie porusza. Wskazuje bowiem na prostszą i bardziej fundamentalną regułę - nie wchodząc w obieg nauki zrozumiałej międzynarodowo, nie istniejesz (w niej). A konsekwencje tego są takie, że nawet jeśli odkryjesz coś, to jeśli będziesz miał szczęście, nikt o tym nie będzie wiedział. Jeśli będziesz miał pecha, to w glorii chwały będzie chodzil kto, kto odkrył to po tobie.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (21) Pokaż komentarze do wpisu „(Nie)fart”
      Tagi:
      Autor(ka):
      habilitant2012
      Czas publikacji:
      niedziela, 27 listopada 2016 01:21
  • sobota, 26 listopada 2016
    • Wspólnota czego?

      Z rozpędu jeszcze jeden wpis refleksyjny i dam spokój na jakiś czas. Jakiś czas temu media społecznościowe obiegło CV amerykańskiego naukowca, który zapisał w nim swoje porażki, było ich wiele, znacznie więcej niż sukcesów. Ja bym się nie odważył, jednak rozmawiałem wczoraj o naszym zawodzie. Moja rozmówczyni i ja zgodziliśmy się, że kariera akademicka to ciąg nieustannych porażek i niewielu sukcesów (nawet wliczając w to habilitację). Jesteśmy poddawani ciągłej ocenie, zazwyczaj zresztą krytycznej czy nawet negatywnej, ciągle jeteśmy odrzucani (nawet jeśli to nic personalnego). Pozytywy zapewne są, ale jest ich coraz mniej.

       

      Gdy patrzyłem na moich profesorów z ławek studenckich, widziałem przede wszystkim wielkich uczonych, z wielkimi osiągnięciami. Część lubiłem, części nie lubiłem, jednak prawie zawsze widziałem ludzi wybitnych. Potem jednak przyszedł doktorat, zacząłem się rozglądać w nauce i okazało się, że niektórzy z tych wielkich wcale tacy wielcy nie są, część z nich wielka nie jest wcale. Co więcej, okazało się, że mój obraz  nauki jako sfery powszechnego szacunku, dążenia do prawdy i piękna był wyjątkowo nierealistyczny. I bardzo szybko ustąpił obrazowi z wszelkimi odcieniami czerni i szarości, z dość niewielką ilością czystej bieli proszku Vanish. 

       

      Paradoksalnie to właśnie próba wepchnięcia nauki polskiej do światowej powoduje, że wlewa się do nas coraz więcej frustracji. To przecież  'umiędzynarodowienie' nauki podważyło (i słusznie!) kolejne wielkości i reewaluację dorobków, kolejne osoby spadły z piedestałów, trzymając się na nich jedynie pustymi deklaracjami. (Tu chciałem jeszcze napisać ironiczną pochwałę trąbienia na cześć swojego dorobku i deklaracji wpływu na 'wspóczesną myśl [tu dyscyplina]' - ile to kompleksów trzeba mieć - ale niech wpis zostanie tylko refleksyjny.)

       

      Gdy rozpoczynałem pracę naukowa, spodziewałem się czegoś zupełnie innego. Mówiąc najogólniej, spodziewałem się prostoty relacji, uczciwości awansów i wspónoty dążenia do celów. Niestety, większość tego, co zobaczyłem, nie miało z tym wszystkim wiele wspólnego.

       

      No to się wyżaliłem. Następny wpis będzie o habilitacjach na Słowacji.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (18) Pokaż komentarze do wpisu „Wspólnota czego?”
      Tagi:
      Autor(ka):
      habilitant2012
      Czas publikacji:
      sobota, 26 listopada 2016 13:45
  • piątek, 25 listopada 2016
    • Potop

      Poprzedni wpis był złośliwy, to dzisiaj refleksyjny. Pod jednym z poprzednich postów wywiązała się dyskusja na temat odrzuceń, których 'doświadczamy'. Jedni mówili o kilku, inni o znacznie większej liczbie odrzuceń. Ja raczej stoję po stronie tych z większą liczbą, licząc każde odrzucenie po drodze jako odrzucenie. Jakiś czas temu jednak przeczytałem na jednym z blogów, które śledzę, wpis zwracający uwagę na dodatkowy aspekt publikacji. Autor mówi o tym, co się dzieje, gdy to, co napisaliśmy już się ukaże.

       

      Mam wrażenie, że dzisiejsza nauka (nie tylko polska zresztą) polega głównie na tym pierwszym - na publikacji, a po publikacji to choćby potop. Choć upraszczam, to jednak słaby artykuł, jeśli tylko opublikowany jest za odpowiednie kudryki czy IFy, liczy się tak samo jak ten, który porusza Ziemię, przynajmniej na początku. Nikt nie pisze przecież recenzji artykułów, a cytowanie negatywne liczy się tak samo jak cytowanie pozytywne.

       

      Nie pamiętam, kiedy ostatnio martwiłem się, jak zostanie przyjęty mój artykuł. Tak, chciałbym żeby został przyjęty jako przełomowy, jednak nie zastanawiam się w ogóle nad tym, czy ktoś może pomyśleć, że to knot. Jak pomyśli, to szkoda, ale trudno. Bywa. Nie zazdroszczę autorowi bloga jego rozterek i obaw, wcale ich nie chcę. Mam jednak wrażenie, że coś tracimy nie mając ich. Nawet jeśli tracimy "tylko" debatę.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (25) Pokaż komentarze do wpisu „Potop”
      Tagi:
      Autor(ka):
      habilitant2012
      Czas publikacji:
      piątek, 25 listopada 2016 00:34

Kanał informacyjny

Czytam

Warsztat badacza

Dariusz Galasiński - Blog

Graham Scambler - Blog

LSE - Blogs