Robię habilitację

Wpisy

  • czwartek, 21 lutego 2019
    • Czerwona kreska

      Jako że pisałem o nieudanych habilitacjach wcześniej, z kronikarskiego obowiązku postanowiłem odnotować koniec batalii dr. Marka Migalskiego o uzyskanie habilitancji. UKSW (znany w pewnych kręgach jako Uksford) nadał politykowi stopień, kończąc tym samym 10-letnią drogę przez recenzje.

       

      Tak jak poprzednio, nie mam zdania na temat habilitacji dr. Migalskiego. Mam jednak komentarze. Po pierwsze, cytowany w linkowanym artykule Antoni Dudek napisał:

       

      W dniu dzisiejszym Rada Wydziału Nauk Historycznych i Społecznych UKSW po długiej dyskusji zatwierdziła w tajnym głosowaniu habilitacje dra Marka Migalskiego. Za głosowało 36 członków Rady, przeciw 1, zaś 3 wstrzymało się od głosu. W ten sposób po 10 latach habilitacyjna odyseja dra Migalskiego, która niestety wystawia fatalne świadectwo polskiemu środowisku akademickiemu znalazła swój finał.

       

      I rzeczywiście, warto przypomnieć, że w poprzednich postępowaniach, dorobek dr. Migalskiego uzyskiwał pozytywne recenzje. To rady naukowe odrzucały jego wniosek. Gdyby trzymać się osądu recenzentów, habilitant powinien był uzyskać habilitację już dawno temu.

       

      Jednak sprawy nie są aż tak oczywiste. Twitter podrzucił mi ciekawy tweet w którym autor pisze: 

       

      Taka była "hipoteza" habilitacji dr. Migalskiego. I tak, startował w "naukach o polityce", a nie w poezji, publicystyce, zawodach metaforycznych czy opowiadaniu bajek

      https://twitter.com/BrzezinskiMich/status/1097938882925088769

      .com/Brzezins

       

      Hipoteza była o tym, że rząd PiS z determinacją podjął się "dzieła budowania narodu". Przyznam, że nie znam się za bardzo, jednak mam duże wątpliwości co do falsyfikowalności takiej hipotezy. Na cytowanym już zresztą tutaj blogu, prof. Jaskułowski zrecenzował dzieło Migalskiego w poście pod znamiennym tytułem:  Jak nie pisać o narodzie

       

      I teraz uwagi natury ogólnej. Nigdy nie lubiłem Migalskiego-polityka. Nie lubię jego poglądów, nie lubię jego polityki. Jednak mój komentarz dotyczy wszystkich naukowców-polityków, również tych, których (jeśli tacy są) lubię. Wolałbym, żeby naukowiec, który stał się politykiem, został w polityce. I żeby polityk, obojętnie, czy po sukcesach czy po okresie politycznej nędzy i rozpaczy, nie wracał do nauki. Chciałbym, żeby kierunek na linii nauka-polityka odbywał się tylko w jedną stronę i żeby nie było powrotu. Moim zdaniem, jest to szczególnie ważne w naukach społecznych i humanistycznych. Naukowiec polityk niesie ze sobą bagaż polityczny, którego, jak to kiedyś mówił Andrzej Drawicz, nie sposób zostawić w szatni. Nie chciałbym też, żeby mnie uczył profersor-polityk. Bałbym się, czy nie zostanę uwalony, gdy wygłosze poglądy niezgodne z linią partyjną egzaminatora.

       

      Oczywiście, bez żadnych wątpliwości, jest dla polityków miejsce na uczelniach. Ba, były MSZ pracuje obecnie na Harvardzie! Niech jednak (były-)polityk nie udaje, że jest badaczem, naukowcem, niech nie prowadzi doktorantów. Rozdzielmy politykę od nauki. Niech to będzie nasza gruba czerwona kreska.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (9) Pokaż komentarze do wpisu „Czerwona kreska”
      Tagi:
      Autor(ka):
      habilitant2012
      Czas publikacji:
      czwartek, 21 lutego 2019 20:36
  • piątek, 15 lutego 2019
    • Rektor to ma klawe życie

      W komentarzach pojawiła się linka do artykułu prof. prof. Dominika Antonowicza i Tomasza Pietrzykowskiego na temat nowej ustawy, zwanej, nie wiadomo dlaczego i po co, Konstytucją dla nauki. Artykuł jak artykuł, postanowiłem jednak zareagować, bo mnie zwyczajnie wkurzyły peany autorów na temat 'urealnionej autonomii' uczelni. Panowie Profesorowie piszą o tym, że teraz będzie ważniejszy rektor, a uczelnie będą mogły sobie statuty same pisać. Autonomia całą gębą!

       

      I zastanawiam się, czy autorzy tak na poważnie, czy może jednak nie rozumieją. Nie rozumieją, że dopóty dopóki MNiSW ustala zasady finansowania dydaktyki, badań, a na dodatek wyznacza ramy parametryzacyjne uczelni, o żadnej autonomii nie może być mowy. Na tym blogu dyskutowano już nie raz zasady parametryzowania dyscyplin, podważanie interdyscyplinarności, zmiany w uprawnieniach do nadawania stopni i wiele innych. One wszystkie w rzeczywistości ograniczają tę wychwalaną autonomię.  Inymi słowy, gdzie tu autonomia, jeśli moi pracownicy nie mogą publikować książek, choć na całym świecie w historii to one się liczą, bo minister sobie tego zażyczył?!

       

      Chciałbym, żebysmy mieli jasność. To minister ustala, co powinniśmy publikować!! I to jest autonomia uczelni? Panowie Profesorowie się ogarną, co?

       

      Nonsensem jest twierdzenie, że badacze teraz będą mogli siebie nawzajem dobierać, a tematy badawcze będą sobie dzielnie sami tworzyć, bo w rzeczywiwstości to MNiSW wyznacza ramy takich działań. A osławiona lista wydawnictw podważa jakiekolwiek działania projakościowe! Zaiste nie rozumiem pomysłu, że to napisanie własnego statutu tworzy tę prawdziwą autonomię. A jak już rektor zostanie królem (na UW i UJ cesarzem), to już będzie naprawdę świetnie.

       

      Nawiasem mówiąc, uważam, że pomysł, iż jednoosobowa władza na uczelni jest lepsza od wspólnego namysłu, jest zwyczajnie głupi. Pomijam już takie rzeczy jak na przykład wybieralność rektora, która moim zdaniem znacznie komplikuje rolę rektora-cysorza.

       

      Nie jestem prawnikiem, ale wydawałoby mi się, że to nie ustawa tworzy autonomię uczelni. I jeśi już, to autonomię stworzyłby BRAK ustawy. I bardzo bym prosił nie pisać już o 'konstytucji dla nauki', jako o najlepszej rzeczy, która się przytrafiła polskiej nauce od czasu zejścia ludzkości z drzewa.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (402) Pokaż komentarze do wpisu „Rektor to ma klawe życie”
      Tagi:
      Autor(ka):
      habilitant2012
      Czas publikacji:
      piątek, 15 lutego 2019 20:02
  • niedziela, 10 lutego 2019
    • Opublikowano łącznie....

      Zwrócono mi uwagę na Sprawozdanie 2016 - Polska Akademia Nauk w liczbach. Mój korespondent zachęcił mnie to wyszukania frazy "opublikowano łącznie", no więc poszukałem. Oto obraz naszej naukowej elity w Wydziale Nauk Humanistycznych i Społecznych: 

       

      • Instytut Archeologii i Etnologii, opublikowano łącznie 336 prac, z czego 75 w recenzowanych czasopismach naukowych o zasięgu międzynarodowym;
      • Instytut Badań Literackich (kategoria A+), odpowiednio, 528 - 36;
      • Instytut Filozofii i Socjologii (kategoria A+), 298 - 23;
      • Instytut Historii (kategoria A+), 684 - 21;
      • Instytut Historii Nauki, 181 - 25;
      • Instytut Języka Polskiego, 104 - 18;
      • Instytut Kultur Śródziemnomorskich i Orientalnych, 59 - 4;
      • Instytut Nauk Ekonomicznych, 70 - 5;
      • Instytut Nauk Prawnych, 277 - 1;
      • Instytut Psychologii, 62 - 30;
      • Instytut Rozwoju Wsi i Rolnictwa, 64 - 4;
      • Instytut Slawistyki, 229 - 11;
      • Instytut Studiów Politycznych, 264 - 18;
      • Instytut Sztuki (kategoria A+), 445 - 68.

      

      Powiedziałbym, że temu palantowi w naukach prawnych, co obraz zaburza, dałbym naganę. Storpedował narrację o tym, że w prawie się nie da. Z drugiej strony wynik Instytutu Nauk Prawnych, który publikuje 276 razy więcej na rynku lokalnym niż międzynarodowym, budzi zachwyt.

       

      Obraz PAN, jaki wyłania się z tej krótkiej listy, jest tyle mizerny, co nierówny. Jak zwykle przewodzą psycholodzy, jak zwykle historyków wena nie opuszcza. Obraz ten pokazuje również, że skala niemożności międzynarodowej dyscyplin jest znacznie szersza niż mogłoby się wydawać. O ile prawnicy zawsze tłumaczą, że w prawie nie ma sensu publikować nie po polsku, o tyle niemiędzynarodowa slawistyka dziwi. Wybitnie lokalny instytut rozwoju rolnictwa, powiedziałbym, zaskakuje, a już politologia, która nie występuje na świecie, szokuje.

       

      A to wszystko w instytucji, która zajmuje się (prawie) tylko badaniami. PAŃstwo nie latają od zajęć do zajęć i nie organizują zaliczeń. Trochę chciałbym, żeby w związku z tym pokazali nam wszystkim, jak się robi naukę.

       

      Na końcu dodałbym jeszcze, że skoro niektóre z powyższych instytutów zdobyły kategorię A+, większość pozostałych ma A, to aż strach pomyśleć, jak wyglądają polskie nauki humanistyczne i społeczne w jednostkach z kategorią B.

       

       

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (244) Pokaż komentarze do wpisu „Opublikowano łącznie....”
      Tagi:
      Autor(ka):
      habilitant2012
      Czas publikacji:
      niedziela, 10 lutego 2019 19:19
  • sobota, 02 lutego 2019
    • Gdzie te kobietyyyyyy?!

      Minister Gowin powołał  Zespół ds monitorowania wdrażania reformy>. Oto jego skład:

       

      prof. dr hab. Maciej Żylicz -- przewodniczacy
      Łukasz Kierznowski
      dr hab. prof. nadzw. Marcin Krawczyński
      Dominik Leżański
      dr hab. n. med. Wojciech Maksymowicz
      dr hab. Zbigniew Marciniak
      prof. dr hab. inż. Grażyna Ptak
      dr hab. Dariusz Surowik
      dr inż. Janusz Szczerba
      dr Dominik Szczukocki
      dr hab. Lech Trzcionkowski
      dr hab. inż. Jerzy Woźnicki 

       

      I właściwie wszystko fajnie, nie znam ludzi, nie wiem, czy się nadają, ale przypomniał mi sie wpis prof. Galasińskiego, w którym opowiada, dlaczego zapytał na konferencji, czemu w panelu na ogółnorefleksyjny i niespecjalistyczny temat nie ma ani jednej kobiety. Polecam ten wpis do refleksji dla nas wszystkich.

       

      Galasiński pisze:

       

      So why did I challenge the panel? Because I challenge the idea that it is only men who create disciplines, results, ideas that are worth listening to. And the panel was about the discipline and it was constructed by men for men to speak for the discipline....

       

      Nie jestem pewien, do jakiego stopnia zgadzam się z lingwistą. Jednak myślę, że warto zadać pytanie, dlaczego w zespole ministerialnym jest tylko jedna kobieta, tzw. token woman. Nie wierzę, że nie dało się znaleźć ze dwu innych, które mogłyby pomonitorować i dostać za to pieniądze.

       

      I zanim zostanę odsądzony od czci i od wiary za 'ideologię gender', na piszę o zdarzeniu, o którym usłyszałem z wiarygodnego źródła już jakiś czas temu. Otóż w sprawie chodziło o to, kto ma być rencezentem w jakimś postępopwaniu awansowym, Były dwie kandydatury, mężczyzny i kobiety. I w pewnym momencie padł argument następujący: dajmy to jemu, bo on musi utrzymywać rodzinę. Argument przeważył, recenzję, a zatem honorarium, dano panu profesorowi, a nie pani profesor. Smaczku historii dodaje to, że o ile małżonka recenzenta pracowała i jego rodzina była dwudochdowa, o tyle kandydatka na recenzentkę była matką samotnie wychowująca dziecko.

       

      Parytet? Raczej nie. Ale przestańmy udawać, że ten okropny gender w polskiej nauce nie ma żadnego znaczenia.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (524) Pokaż komentarze do wpisu „Gdzie te kobietyyyyyy?! ”
      Tagi:
      Autor(ka):
      habilitant2012
      Czas publikacji:
      sobota, 02 lutego 2019 12:18
  • piątek, 25 stycznia 2019
    • Jak kocioł garnek cytował

      Środowisko napisało kolejny list otwarty. Nie za bardzo wiem, po co, ale skoro miało potrzebę, to napisało. List jak list, nie różni się od innych listów otwartych. Nie chciałbym się wymądrzać, ale przede wszystkim nie różni się ogólnikami. I choć, ja z innych nic z niego nie wynika, ja i tak chciałbym dodać do niego swoje trzy grosze.

       

      1. Otóż nie tylko w nauce polskiej większości prac nikt nie czyta, co więcej nikt ich nie cytuje (jest na ten temat dużo badań). Być może w Polsce jest takich prac więcej, ale czy autorzy mają jakiś dane na ten temat?

       

      Nie chcę przy okazji być niemiły, ale wg Google Scholar najczęściej cytowany artykuł jednego z autorów ma 33 cytowań, a wszystkich cytowań autor zebrał 130, inny, odpowiednio - 59 i 184. Jeszcze innego najlepszy artykuł został zacytowany 7 razy, a autor, profesor nadzwyczajny, uzbierał cytowań 40. Odpowiednie liczby autora z zagranicy (79 i 605) nie dość że nie odbierają dechu w piersiach, to na dodatek wskazują raczej, że argumenty z listu może nie są od razu chybione, ale naprawdę dadzą się niuansować.

       

      Chciałbym przy okazji dodać, że prof. Śliwerski z często wyśmiewanej tutaj (również przeze mnie) pedagogiki ma h=27, najlepszy tekst uzbierał 325 cytowań, a wszystkich cytowań mają jego teksty dobrze ponad 2000. Autorzy-humaniści listu nie mają startu do tych wyników. I mówiąc szczerze, jak patrzyłem na te liczby i na ten list, odczułem zakłopotanie.

       

      2. Sądzę również, że nie wszyscy autorzy listu przeszliby przez postulowaną przez siebie ocenę o standardach międzynarodowych z sukcesem wzbudzającym pieśń na ustach. Zakładając, że GS rzetelnie odzwierciedla publikacje autorów, mam wiele wątpliwości co do pozytywnej oceny przerw w publikowaniu naszych dzielnych autorów - czasem nawet kilkuletnich. I fajnie się stawiać w roli międzynarodowego uczonego, któremu ocena o standardach międzynarodowych (cokolwiek miałoby to znaczyć) nie straszna, ale, powiedziałbym, be careful what you wish for.... bo nagle się może okazać, że jest klops.

       

      3. Nie za bardzo wiem, co to miałoby znaczyć, że humaniści mają uprawiać naukę o tej samej jakości co biolodzy. To znaczy co? Książki mają przestać pisać. Czy mają mieć takie same wyniki liczbowe. I irytuje mnie, mówiąc szczerze, nawet jako niehumanistę, ta ciągła urawniłowka akademicka, która zawsze oczekuje, że huamniści dostosują się do tego, jak uprawiają naukę fizycy. chooćby z przekory sugerowałbym, żeby fizycy zaczęli pisać samodzielnie i w publikacjach 'zwartych'. I mnie osobiście zupełnie nie przeszkadza historyk studiujący średniowieczne manuskrypty małopolskie. Chciałbym, żeby jego publikacje byłby dobre, ale dalibóg nie mam pojęcia, jak je ocenić z artykułem w Cell czy Science.

       

      Chciałbym też zwrócić uwagę, że już dość dawno odkryliśmy, że nie ma jednej nauki, którą uprawiają wszyscy. Nie sądze też, żeby h=4 podpisanego historyka dało się prosto porównać h=39 biofizyka. Ba, myślę, że na tej podstawie nie można w sposób prosty stwierdzić, że biofizyk uprawia naukę znacznie lepiej niż historyk.

       

      Mam poczucie winy pisząc ten post. Nie chcę bronić nauki wojewódzkiej, bardzo nie chce i jestem jej przeciwny. Bardzo nie chciałbym żeby ten post został uznany za pochwałę Paradyża. Jednak coraz bardziej drażnią mnie polscy naukowcy, którzy pouczają wszystkich wokół, jak uprawiać naukę, implikując przy okazji, że powinniśmy ich naśladować. I wkurzają mnie sugestie, że istnieją jakieś proste i łatwe rozwiązania w nauce polskiej, takie jak np. ocena ze standardami międzynarodowymi czy uprawianie historii tak, jak się uprawia biologię. To pierwsze jest przecież banalnym komunałem, który ukrywa, że nie ma żadnych uniwersalnych i oczywistych 'standardów międzynarodowych', a to drugie nonsensem, który zapomniał o XX wieku.

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (686) Pokaż komentarze do wpisu „Jak kocioł garnek cytował”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      habilitant2012
      Czas publikacji:
      piątek, 25 stycznia 2019 00:46

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny

Czytam

Warsztat badacza

Dariusz Galasiński - Blog

Graham Scambler - Blog

LSE - Blogs

Piotr Stec

language: a feminist guide