Robię habilitację

Wpisy otagowane „nauka”

  • niedziela, 14 stycznia 2018
    • Lingwista się wkurzył

      Na tweet z nowym wpisem prof. Galasińskiego zareagowałem mówiąc o tym, że większość z nas zna ból niekompetentnego i nieuczciwego peer review, ale niewielu z nas odważyło się na napisanie o tym wprost. Sam autor blogu również zatrzymuje się przed zidentyfikowaniem czasopism i redaktorów, o których jest jego wpis. Podejrzewam, że sam nadal chce publikować.

       

      Z doświadczenia znam zjawiska, o których mówi Profesor; gdy zapytałem kilka innych osób, okazało się, że też ich doświadczyli. Powstaje więc pytanie - czy można z tym coś zrobić, a jeśli można, to co. No i pomyślałem, że to o tym będzie mój nowy wpis o uzdrawianiu peer review. Niestety, wpis nie powstanie, bo nie mam pojęcia, jak to zrobić. Nawet gdyby powstało nowe repozytorium durnych recenzji, to i tak przecież nie napiszę na nim pod nazwiskiem, wskazując, że Journal of X and Y własnie przysłał mi głupią recenzją, której nie zakwestionował redaktor dr John Editor.

       

      Co zostało? Niewiele. Ale ostatnio natknąłem się na inicjatywę podpisywania recenzji. Tak, tych anonimowych. Podpisując się, biorę odpowiedzialność za to, co się piszę. Wskazuję na to, że moja recenzja jest moją 'prawdziwą' oceną. Zadałem sobie więc pytanie, czy zacznę podpisywać się pod recenzjami, które piszę? Niestety, odpowiedziałem sobie, że nie, a może raczej nie, a w najlepszym przypadku, że nie wiem. Jednak uczciwie rozważę to. Za każdym razem mając nadzieję, że nie recenzuję artykułu profesora z Polski.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (14) Pokaż komentarze do wpisu „Lingwista się wkurzył”
      Tagi:
      Autor(ka):
      habilitant2012
      Czas publikacji:
      niedziela, 14 stycznia 2018 20:19
  • wtorek, 14 listopada 2017
    • Jeden z pięciu na dwadzieścia

      Czytam dyskusję na temat wyższości artykułów nad książkami, a może odwrotnie i przypominam sobie propozycję, żeby ograniczyć liczbę wszystkich publikacji jednej osoby do, powiedzmy, 20 (niestety, nie potrafię znaleźć źródła, z którego się o tym dowiedziałem). Każdy świeżo upieczony doktor dostawałbym 20 oczek na całość kariery. Po opublikowaniu 20. publikacji delikwent nie mógłby dalej publikować. Koniec.

       

      Propozycja, rzecz jasna, nie do końca poważna, ale warta uwagi. A to dlatego, że zamiast rozważać, czy warto publikować książkę czy artykuł, ja bym wolał się zastanawiać, czy w ogóle warto opublikować tę książkę czy artykuł.

       

      Jakiś czas temu natknąłem się również na stronę Slow science, pochwałę namysłu w nauce. Bardzo podobałoby mi się, gdybym, na przykład, mógł mieć jeden rok na każde pięć (może siedem, nie wiem), w którym mógłbym tylko myśleć. Nie musiałbym pisać wniosków, raportów, artykułów. Mógłbym poczytać, zastanowić się. Wiecie, poszerzyć horyzonty.

       

      I mam pytanie do czytelników. Zakładając, że macie do dyspozycji tylko 20 publikacji na całą karierę, ile z Waszych dotychczasowych publikacji weszłoby do tej dwudziestki? Bo jak ja się zastanowiłem, to wyszło mi, że jestem gdzieś w 1/4. Mneij więcej. I że może nie zapełnię moich wszystkich 20 pozycji.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (55) Pokaż komentarze do wpisu „Jeden z pięciu na dwadzieścia”
      Tagi:
      Autor(ka):
      habilitant2012
      Czas publikacji:
      wtorek, 14 listopada 2017 17:47
  • sobota, 28 października 2017
    • Mów i nie marudź

      Na blogu prof. Galasińskiego nowy wpis na temat przepraszania za poziom angielskiego konferencyjnego prelegenta (i nie tylko). Profesor-lingwista staje po stronie przepraszających, ja z kolei mam raczej odwrotne skojarzenia. Mnie zawsze te przeprosiny irytowały i irytuja. Mam też poczucie absurdalności sytuacji. No bo skoro już przyjeżdza delikwent na tę konferencję i zdecydował się na niej coś powiedzieć, to trochę za późno przepraszać, że on po angielsku może me i be, ale już na pewno nie kukuryku. Z kolei nigdy nadmiernie mi nie przeszkadzały nawet szalone przekształcenia słów, o ile tylko dało się domyśleć, o co chodzi mówiącemu. Co więcej, zdarzyło mi się myśleć, że przeprosinami prelegent wymusza na słuchaczach litość dla siebie. 

       

      To wszystko jednak małe piwo wobec tego, że niejednokrotnie zdarzyło mi się być na konferencji, na której prelegent wyrecytował wykuty na pamięć referat, a potem nie był w stanie odpowiedzieć na żadne pytanie, bo po prostu nie mówił po angielsku. A ja w nosie mam, że mówi bezokolicznikami, jeśli tylko ma coś ciekawego do powiedzenia. No ale niech chociaż te bezokoliczniki z siebie wydusi.

       

      Jadąc na konferencję, podejmujemy zobowiązanie, że jesteśmy w stanie wygłosić referat. Moim zdaniem drugorzędne jest to, jak (nie)pięknym językiem to zrobimy. Zamiast więc przepraszać za to, że Joseph Conrad przewraca się w lingwistycznym grobie, może lepiej zastanowić się nad tym, czy uda się nam zrozumieć i odpowiedzieć na proste pytanie. A potem, sorry Panie Profesorze, nie marudzić, że nam ludzie te ochłapy litości rzucają.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (138) Pokaż komentarze do wpisu „Mów i nie marudź”
      Tagi:
      Autor(ka):
      habilitant2012
      Czas publikacji:
      sobota, 28 października 2017 16:35
  • niedziela, 01 października 2017
    • Widzianka?

      Zwrócono mi uwagę na recenzje w postępowaniu doktorskim. Jedna z tych recenzji jest na niecałą stronę. I powstaje pytanie: jak krótka może być recenzja doktoratu?

       

      Ja sam mam dość mieszane uczucie wobec recenzji prof. Falki (nie znam faceta, ale wygląda na dość przyzwoitego fizyka z dość przyzwoitego ośrodka). Z jednej strony, można by powiedzieć, że napisał wszystko, co trzeba napisać. Nie dość, że ocenił pracę, to na dodatek nawet zwrócił uwagę na kluczowe jej elementy. Starczy? No niby starczy. I gdybym dostał taką recenzję od takiego Falki, to bym ze dwa razy podskoczył ze szczęścia. Ale jednak trochę brak mi w tej recenzji krytycznego podejścia do doktoratu. Czy coś można było zrobić inaczej, może lepiej, czy można o czymś jeszcze pomyśleć?

       

      Wydaje mi się, że recenzja doktoratu to nie jest tylko krótki komentarz i widzianka pod wypracowaniem doktorskim. To również dyskusja z doktorantem, dzięki której doktorant może popatrzeć na to, co zrobił nie tylko jako na dzieło o skończonym pięknie. Wydaje mi się, że recenzja doktoratu to zaproszenie doktoranta do dyskusji ze starszym kolegą. Nestety recenzent za bardzo podyskutować nie chce.

       

      Chciałbym zwrocić przy okazji uwagę, że oto mamy doktorat, w którym obaj recenzenci są zza granicy, obaj działający w nauce międzynardowoej. Okazuje się, że da się  to zrobić. Gratulacje dla doktoranta, promotora, no i pewnie fizyków polskich (choć mogą się zrobić jeszcze bardziej zarozumiali!)

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (15) Pokaż komentarze do wpisu „Widzianka?”
      Tagi:
      Autor(ka):
      habilitant2012
      Czas publikacji:
      niedziela, 01 października 2017 11:49
  • sobota, 23 września 2017
    • Głupota, głupcze

      Nie pisałem przez 2 tygodnie - konstytucja nauki znużyła mnie dość szybko. Na argumenty, że potrzebne są donosy habilitacyjne, pardon, anonimowe recenzje, właściwie to szkoda odpowiadać. Podobnie jest z przeflancowaniem CK na Radę Galaktycznej Doskonałości Nauki Polskiej, a i innymi rzeczami. No więc postanowiłem przeczekać.

       

      A teraz chcę zwrócić uwagę na artykulik - pochwałę głupoty w nauce. To artykuł o podstawach nauki, o tym, że niewiedza, obezwładniający problem, niemożność jego rozwiązania jest kluczową częścią tego, co robimy. Ciężko jest uprawiać naukę i, mówi autor, powinno być ciężko. A my powinniśmy uświadamiać doktorantom, że właśnie tak jest. Co więcej, jeśli jest łatwo, to robimy coś nie tak. Kiedyś napisałem pochwałę porażki, Schwartz mówi podobnie - porażki są częścią naukowego życia. Dobrze tylko z nich się czegoś nauczyć.

       

      Gdy czytałem cytowany artykuł, przypomniał mi się szeroko tweetowany post na blogu profesora lingwisty sprzed dwóch miesięcy. Ten pozornie uprzejmy i konstruktywny tekst jest ostrą krytyką badań humanistycznych, które idą na skróty. Mnie jednak wtedy zastanowiło odwrócenie tradycyjnej krytyki/debaty akademickiej, z oczekiwanego dzisiaj 'Róbcie to tak' na krytykowane 'Robicie to źle'. Mam trochę wrażenie, że wychodzą w nim polskie korzenie profesora, który zamiast chwalić i sugerować, postanowił walić młotkiem po głowie. Wydaje mi się, że nas głównie krytykowano. Trzeba by pedagogów zapytać, co jest bardziej skuteczne, jednak osobiście wolę wiedzieć, co robię źle w zamian ogólnych zasad dobrego postępowania.

       

      Niestety, zakończę pesymistycznie. Uprawiamy naukę coraz szybciej, mamy pisać coraz więcej, mamy robić coraz więcej badań, mamy zdobywać coraz więcej pieniędzy (najlepiej tych dobrych pieniędzy). Coraz więcej ludzi i coraz częściej mówi, że mamy za mało czasu na myślenie, bo przecież musimy uzasadnić wydatek pieniędzy Jana Podatnika na nasze pensje. Szybciej, szybciej, szybciej niestety wcale nie oznacza lepiej. To również oznacza, że wyzwania, które sobie stawiamy, sa coraz banalniejsze. Porażka wcale nie jest akceptowana, a my musimy być nieustannie mądrzy.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (51) Pokaż komentarze do wpisu „Głupota, głupcze”
      Tagi:
      Autor(ka):
      habilitant2012
      Czas publikacji:
      sobota, 23 września 2017 10:56

Kanał informacyjny

Czytam

Warsztat badacza

Dariusz Galasiński - Blog

Graham Scambler - Blog

LSE - Blogs

Piotr Stec

language: a feminist guide