Robię habilitację

Wpisy otagowane „nauka”

  • sobota, 24 listopada 2018
    • Nauka pod specjalnym nadzorem

      Kilka dni temu dowiedzieliśmy się, że brytyjski doktorant został skazany na dożywocie w Zjednoczonych Emiratach Arabskich. Oczywiście wiem tyle, co napisano w mediach (a pisano również w Polsce), nie chcę się więc wypowiadać na temat sprawy. Wydaje mi się jednak, że wiadomościach nie zadano jednego kluczowego pytania. 

       

      Gdzie do cholery był promotor? Mamy bowiem brytyjskiego doktoranta, którego doktorat dotyczy spraw, powiedzmy, wrażliwych, a według niektórych doniesień, bardzo wrażliwych. I teraz tenże doktorant jedzie do niedemokratycznego kraju, w którym tzw. 'due process' (nie znalazłem polskiego odpowiednika), mówiąc oględnie, szwankuje. Jednak tenże doktorant tak po prostu jedzie sobie, robi sobie badania jakby nigdy nic. Nie znam się za bardzo na studiach o bezpieczeństwie, wydawałoby mi sie, że to nie jest najlepszy pomysł. I gdybym ja był promotorem, to zaprosiłbym doktoranta do stuknięcia się w łeb.

       

      I mam trzy refleksje dnia. Pierwsza: świat wcale nie jest taki przyjazny, jak nam, w Europie, się wydaje. I w większości krajów, młynarz, który mówi do cesarza: Są jeszcze sądy w Berlinie, dostałby baty. Gdyby miał dużo szczęścia.

       

      Druga: uprawianie nauki wcale nie jest zawsze łatwe, proste i przyjemne. Co więcej, wcale nie jest uznawane za pozytywne lub chociaż neutralne. Warto przypomnieć choćby szykany wobec gender studies na Węgrzech (a i próby tegoż w Polsce, choćby w Szczecinie) czy proces wytoczony prof. Bilewiczowi. O pewnym historyku polskiego pochodzenia z Princeton to się boję pisać z nazwiska, bo zaraz się zlecą masy, które będą chciały dać odpór.

       

      Trzecia: nauka była, jest i zawsze będzie polityczna. To jest nieuniknione. Od nas zależy, co z tym robimy. Dzisiaj jeszcze możemy o tym spokojnie porozmawiać. Co będzie jutro?

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (383) Pokaż komentarze do wpisu „Nauka pod specjalnym nadzorem”
      Tagi:
      Autor(ka):
      habilitant2012
      Czas publikacji:
      sobota, 24 listopada 2018 12:52
  • poniedziałek, 29 października 2018
    • Akademickie miareczkowanie

      Dzisiaj post nieco lżejszy, ale chyba jednak poważny. Oto link do tweeta z fragmentem zabawnego przemówienia Carol Greider, laureatki nagorda Nobla z fizjologii/medycyny. Greider mówi o tym, że w dniu, kiedy została poinformowana o tym, że przyznano jej Nobla, jej wniosek grantowy, dotyczący również badań nad telomerami, został tego samego odrzucony przez NIH. Smaczkiem tego odrzucenia jest to, że komitet grantowy wiedział już o przyznaniu Nobla, uznał jednak nadal, że jej wyniki są zbyt wstępne. Noblistka dodaje, że nawet nagroda Nobla nie jest gwarancją, że ktoś nie powie ci, że i tak nie masz pojęcia o tym, co robisz.

       

      Mnie jednak uderzyło co innego. Otóż zastanawiam się nad przyznawaniem grantów. Zastanawiam się na przykład nad tym, za co i po co przyznajemy granty i czy przyznający je eksperci dokonują refleksji nad swoimi uprzedzeniami czy preferencjami. Ba, prof. Śliwerski idzie nawet dalej, gdy tweetuje o ustawkach psychologów, żeby przepchnąć każde badziewie (pisał tu o grancie dla prof. Bilewicza). I choć ja wolę nie mówić o spisku psychologów przeciwko pedagogom i innym, przypominam sobie szeroko podawany tweet jednego z bardzo znanych brytyjskich psychologów, Richarda Bentalla, który napisał, że całościowy czas poświęcony tylko na pisanie grantów to dobrze ponad rok. Grantu nie dostał, bo wychodzi znacznie poza mainstream psychologiczny. 

       

      Nie mam dobrego rozwiązania na granty. Jednak chciałbym, żebyśmy pamiętali, że modny na temat, nasze preferencje, 'mainstream' nie są dobrymi doradcami, który wniosek powinien zostać finansowany, a który nie.

       

      Na koniec wkleję innego tweeta, który zyskał dużą popularność niedawno:

       

      Indiana Jones in 2018

      • finds the Ark of the Covenant
      • returns mystical stone
      • successfully finds Holy Grail

       

      REF 2021 panel: "So Dr Jones, please could you evidence the reach and significance of your research impact"

       

      I gdy czytam ten zabawny tweet, który niebezpiecznie przypomina rzeczywistość, coraz bardziej myślę, że my już zupełnie nie wiemy, co robimy. I chociaż jeszcze pamietamy o prawie Goodharta, nie pamietamy, do czego ono służy. A jeśli pamiętamy, to jesteśmy przekonani, że nas na pewno nie dotyczy.

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (401) Pokaż komentarze do wpisu „Akademickie miareczkowanie”
      Tagi:
      Autor(ka):
      habilitant2012
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 29 października 2018 12:21
  • piątek, 13 lipca 2018
    • Głową w ścianę

      Postanowiłem zrezygnować z pisania o ustawie i innych sprawach doraźnych i zająć się sprawami nauki! Chcę więc zwrócić uwagę na ostatni post prof. Galasińskiego. Post, jak to często u autora, dotyczy jego własnych doświadczeń, ale przy okazji mówi o sprawach znacznie ogólniejszych. Jak to też często u niego, profesor wali prosto między oczy (choć mi, jak zawsze brakuje, konkretów). Autor mówi przede wszystkim o peer review artykułów, które wychodzą poza utarte szlaki dyscypliny czy pola badawczego, w którym chcą zaisntnieć. Daje przykłady recenzji niekompetentnych, argoanckich, które, jak twierdzi, podważają uczciwość peer review.

       

      Ja piszę o tym z kolei, żeby zwrócić uwagę na dwie rzeczy. Po pierwsze, post lingwisty wskazuje na trudność interdyscyplinarności. To nie tylko trudność "ustawowa", to również trudność wynikająca z naszych przyzwyczajeń, nie mówiąc o niechęci do popatrzenia na to, co robimy z innej strony. Interdyscyplnarność jest trudna nawet w nauce, która jej chce. Po drugie, ważniejsze, to, o czym pisze autor bloga, pokazuje nasze dyskusje na temat rzetelności recenzenckiej w szerszym świetle. Innymi słowy, to nie tylko nasze problemy.

       

      Co z tego wynika? Nie wiem, chyba niewiele. Poza stwierdzeniem, że tak jest i uderzeniem się w piersi w refleksji, chyba niewiele można zrobić. Mam jednak wrażenie, że coraz więcej jest rzeczy, które musimy po prostu zaakceptować i z nimi żyć. A siniaki, których się nabawiamy od walenia głową w mur są po prostu częścią rzeczywistości, w której jesteśmy. Bez sensu trochę.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (223) Pokaż komentarze do wpisu „Głową w ścianę”
      Tagi:
      Autor(ka):
      habilitant2012
      Czas publikacji:
      piątek, 13 lipca 2018 22:57
  • środa, 06 czerwca 2018
    • Czas na myślenie?

      Na Twitterze dyskusja na temat publikowania po polsku (zauważona przez trzy.14), a prof. Galasiński już napisał na temat na swoim blogu.  I mnie trochę zaskoczył.

       

      Profesor zaczyna od tego, że od 'zawsze' publikuje tylko po angielsku i nie zamierza tego zmieniać. Mówi jednak, że gdyby napisał to wszystko po polsku, to nie zmieniłaby się przecież jakość tego, co pisze. Wskazuje więc, że dyskusja na temat języka w rzeczywistości jest na temat polskich praktyk publikacyjnych. Wskazuje przy okazji, że nie ma w Polsce debaty na temat publikowania po polsku, na temat standardów edytorskich czy recenzenckich. Polskiego naukowca odsyła się na zachód, a publikacje po polsku są traktowane z uśmiechem wyższości. Czy jednak muszą być?

       

      Dodam zresztą, że w argumentach na temat, powiedzmy, nauki niemieckiej, która publikuje po niemiecku, nie ma nigdy argumentów na temat jakości tych publikacji i procesu wydawniczego. Zwraca się uwagę jedynie na język.

       

      Galasiński odnosi się również do intensyfikacji pracy akademickiej. Wszystkiego ma być więcej i częściej. I pisze na to:

       

      It may well be that preserving an article in Polish means preserving academia which is still thoughtful. Academia which stops to think and consider. 

      

      Bo skoro coraz częściej publikujemy, skoro, jak cytuje, połowę opublikowanych artykułów czytają tylko redaktorzy i recenzenci, to może warto by zwolnić. I nie iść drogą szalonego Zachodu, który publikuje jak szalony.

       

      Ja mam jednak znów problem z tym, co napisał lingwista. Jego argumenty znów dają oręż tym, którzy walczą polską naukę dla Polaków i po polsku. Ale być może moja reakcja wskazuje na to, że nam tutaj potrzeba spokojniejszej debaty na temat tego, po co i dla kogo publikujemy. Bo ja rzeczywiście nie mam większych wątpliwości, że publikuję głównie po to, żeby mieć więcej publikacji. Nie jestem z kolei pewien, czy to ma jakikolwiek sens.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (271) Pokaż komentarze do wpisu „Czas na myślenie?”
      Tagi:
      Autor(ka):
      habilitant2012
      Czas publikacji:
      środa, 06 czerwca 2018 21:09
  • sobota, 14 kwietnia 2018
    • Obcy w raju

      Dzisiaj, na świeżo, o nowym wpisie na blogu prof. Galasińskiego. Wpisie, który dla jednych będzie rzeczową oceną sytuacji szerokich nauk społecznych i humanistycznych spoza strefy języka angielskiego, dla innych będzie alibi do nienawiązywania kontaktu z nauką międzynarodową. Dodam, że w jednym z tweetów Galasiński odcina się od tej drugiej interpretacji swego wpisu.

       

      Co mówi Profesor? No, mówi, że to, że napiszemy dobry tekst po angielsku, nie wystarcza, żeby tekst zaistniał. Że publikowanie z polskimi danymi, z badaniami robionymi w Polsce (Polska jest tu traktowana metonimicznie jako kraj spoza anglosfery) jest trudniejsze. Mówi wprost - dane po angielsku traktowane są jako domyślne, jako mówiące nam o uniwersaliach natury ludzkiej, dane po polsku mówią nam jedynie coś o Polsce. Oczekuje się, że dane polskie zostaną zanalizowane w kontraście do tych nienacechowanych kontekstem kulturowym - danych angielskich.

       

      Inspiracją wpisu był list dwóch uczonych, z Białorusi i Ukrainy, którym zwrócono uwagę, że cytują literaturę po rosyjsku. W jednym z tweetów, prof. Stec dopowiedział, że wysyłał wydawnictwu książki, żeby udowodnic, że cytuję z istniejących źródeł. To tak idiotyczne, że trudno skomentować, jednak zdarzyło się.

       

      I teraz mój krótki komentarz. Mam ambiwalentny stosunek do tego postu. Ma on zwrócić uwagę na nierówności w traktowaniu nauki. Nauka anglojęzyczna ma fory na polu międzynarodowym, ta nieanglojęzyczna od czasu do czasu musi walczyć o to, żeby nie uznano jej za wielbłąda. Jestem przekonany, że Profesor nie miał tylko pecha i opisuje przynajmniej część rzeczywistości nauki nieanglojęzycznej.

       

      Jednak obawiam się również, że prof. Galasiński zrobił nam niedźwiedzią przysługę. Obawiam się, że jego tekst stanie sie manifestem nieudacznictwa i doskonałym źródłem argumentów, dlaczego mi się nie udało. Przecież nie mogło się udać, ja jestem z Polski, a Polaków nie chcą, dyskryminacja jak w pysk strzelił! Warto więc pamiętać, że zarówno autorowi postu, jak i wielu innym, udaje publikować. Nadludzkim wysiłkiem, ale się jednak udaje.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (231) Pokaż komentarze do wpisu „Obcy w raju”
      Tagi:
      Autor(ka):
      habilitant2012
      Czas publikacji:
      sobota, 14 kwietnia 2018 19:10

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny

Czytam

Warsztat badacza

Dariusz Galasiński - Blog

Graham Scambler - Blog

LSE - Blogs

Piotr Stec

language: a feminist guide