Robię habilitację

Wpisy otagowane „autoreferat”

  • niedziela, 03 września 2017
    • Małe tęsknoty

      Ponad 160 stron! Jak pisze Emanuel Kulczycki, najdłuższy autoreferat zanalizowany przezeń miał 160 stron. Na drugim miejscu plasuje się dokument dobijający do stron 140. Na trzecim miejscu trzy autoreraty na około 120 stron. Odnotowuję te dane jako swoiste kuriozum, z obowiązku kronikarskiego.

       

      Jednak robię to też dlatego, żeby móc się powyzłośliwiać odrobinę. Otóż najdłuższy autoreferat został napisany przez habilitanta w naukach fizycznych, drugi z kolei w medycynie. Co więcej okazuje się, że średnio to wcale nie humanistyka (szeroka czy nie) pisze najdłuższe referaty. To chemicy średnio wypisują 35 stron! Warto by się zastanowić, skąd to się bierze.

       

      Proponuję interpretację 'psychologiczną'. Może po prostu ten fizyk i ten medyk zawsze chcieli napisać ksiąkę, ich dyscypliny na to nie pozwalają, więc wreszcie sobie napisali. 160 stron to, co prawda krótka, ale jednak książka. I fizyk wreszcie 'ma książkę'. I to jest przecież coś. Biedni chemicy wreszcie mogłi puścic literackie wodze i sobie popisać! I mogli opowiedzieć o swych eksperymentach, jak ciecz z zielonej robi się żółta czy czerwona, albo wlejesz coś do menzurki, a tu piana leci. To nie humaniści mogą tym poczarować! Weterynarze opowiedzieli o zwierzątkach, a fizycy, powiedzmy szczerze, o tym, jacy są niesamowici i że to wcale nie jest megalomania, tylko szczera prawda. A biedni humaniści? No, napisali o swoim osiągnięciu.

       

      Tak czy owak, mogę się tylko cieszyć, że to nie ja musiałem przedierać się przez ponad 100 stron autoreferatu, bo w zemście za to habilitacyjne okrucieństwo kusiłoby mnie, żeby napisać recenzję negatywną. I skoro już napisałem taki wpis, zakończę go jak najpoważniejszą radą dla habilitantów.

      Zaczynam od prawdy ponadczowej: Nie ma takiego osiągnięcia i dorobku, o którym warto napisać stustronicowy autoreferat. Nie mówiąc o dłuższym.

       

      W drugiej kolejności rada będzie mniej dosadna: Prawdopodobnie nie ma takiego osiągnięcia i dorobku, o którym warto napisać 50 stron autoreferatu. I to nie tylko dlatego, że sam napisałem mniej więcej pięciokrotnie mniej. 

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (57) Pokaż komentarze do wpisu „Małe tęsknoty”
      Tagi:
      Autor(ka):
      habilitant2012
      Czas publikacji:
      niedziela, 03 września 2017 23:43
  • wtorek, 24 maja 2016
    • Komiks?

      W dyskusji pod poprzednim wpisem, trzy.14 zacytował to oto zdanie z jednej z recenzji:

       

      Omówienie wyników badań zostało napisane w mało dynamiczny, zaś jedynie sprawozdawczy sposób.

       

      Mówiąc szczerze, nie dość, że nie rozumiem,  jak to zdanie mogło się znaleźć w recenzji habilitacyjnej, nie rozumiem też tego zdania. Po pierwsze nie rozumiem, o co chodzi z tym pisaniem 'mało dynamicznym'. To jakaś kompletna bzdura, na którą można tylko zapytać, czy szlaczki i obrazki też mają być.

       

      Po drugie, i znacznie poważniejsze, komentarz wydaje się wskazywać na to, że recenzent nie rozumie, na czym polega autoreferat. Już sama nazwa wskazuje, że autreferat....refereuje. A zatem jest, tak, tak, sprawozdaniem. Są oczywiście autoreferaty ciekawie napisane, są też nudne jak flaki z olejem, no ale bez jaj! Czy naprawdę ktoś, kto znajdzie lekarstwo na raka, tudzież przeziębienie, nie dostanie w Polsce habilitacji, bo autoreferat jest mało dynamiczny? Ogarnijmy się, co?

       

      Po trzecie, jeśli autoreferat nie ma być 'sprawozdawczy', to jaki ma być? Ma argumentować? No to chyba już się stało w publikacjach, nie? Słowo daję, nie mam zielonego pojęcia, o co chodzi recenzentowi. Może jednak o obrazki!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (16) Pokaż komentarze do wpisu „Komiks?”
      Tagi:
      Autor(ka):
      habilitant2012
      Czas publikacji:
      wtorek, 24 maja 2016 00:38
  • czwartek, 28 kwietnia 2016
    • Tradycja

      Napisała "habilitantka". Właśnie pisze autoreferat. Właściwie to nie tyle pisze, co zastanawia się, kogo posłuchać. Tych, co mówią, by autoreferat zawierał przystępne cytaty do recenzji, czy może jednak tych, którzy chcą ambitniej - o wkładzie, dyscyplinie itd..  Nie udzieliłem dobrych rad habilitantce, niech sama decyduje i się męczy. Miała też nadzieję na wniosek przed wakacjami, ale nie ma, po co już się spieszyć - ostatnie zebranie Centralnej Komisji jest chyba na początku czerwca. Potem zamykana jest na głucho. Można więc spokojnie poczekać do jesieni.

       

      Pisząc te słowa przypominam sobie niejednokrotne spory tutaj na temat modelu recenzji - całość dorobku czy może jednak kolejna recenzja pubikacji. Przypomina mi się to właśnie w kontekście fragmetów autoreferatu przeklejanych do recenzji 'publikacyjnych'. Oto recenzje pisane bywają słowami habilitanta, czasem cytowanymi bez zrozumienia (widziałem już takie recenzje).

       

      Jednak proszę uprzejmie o nieokazywanie zdzwienia. Wielokrotnie słyszałem, a i doświadczyłem na własnej skórze próśb, bym sam sobie napisał referencje (profesor tylko podpisze). Czemużby ta piękna tradycja epistolograficzna miała zanikać w postępowaniu habilitacyjnym? Właściwe można by zgłosić wniosek o to, by habilitant przygotowywał recenzje, które recenzenci, po zainkasowaniu honorarium, podpisywaliby.

       

      Czyżbym właśnie rozwiązał problem recenzji habilitacyjnych?

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (11) Pokaż komentarze do wpisu „Tradycja”
      Tagi:
      Autor(ka):
      habilitant2012
      Czas publikacji:
      czwartek, 28 kwietnia 2016 00:47
  • czwartek, 31 marca 2016
    • Gruby Rycho

      Zaniedbałem się ostatnio w śledzeniu nowych postępowań, więc rzuciłem się na poszukowanie nowych wpisów w naukach humanistycznych. I rzeczywiście, co chwila znajdowałem monografię z Łodzi, Gdańska, Bydgoszczy (nie mówiąc o miastach, ktore nie są stolicami województw), a wszystkie ze znacznym wpływem na rozwój wielu dyscyplin. Historia, literaturoznawstwo, językoznawstwo, wszystkie rozwinęły się znacznie po opubliowaniu tych wiekopomnych zapewne dzieł. Jednak po raz kolejny zwróciło moją szczególną uwagę to, że habilitanci co rusz podają w autoreferatach recenzentów wydawniczych książek. I po raz koleny mnie ta praktyka zastanowiła.

       

      Zastanowiło mnie to, że habilitanci podają te nazwiska. Przecież recenzent wydawniczy (co już dawno temu zauważał podworkowy) ocenia książkę inaczej niż recenzent habilitacyjny. To, że książkę warto wydać, wcale nie musi oznaczać, że powinna być podstawą nadania stopnia. Moe być przecież książka dobrym przeglądem badań, może być ciekawie napisana, możemy liczyć na to, że dobrze się sprzeda. Te wszystkie cechy nie mają jednak większego znaczenia w ocenie książki przecz recenzenta habilitacyjnego. Nazwiska recenzentów wydawniczych mają więc pewnie funkcję rzucenia ważnym nazwiskiem w nadziei, że mniej ważny recenzent habilitacyjny nie będzie się chciał przeciwstawić.Tak jak się mówi, że się zna Rycha, Zbycha, małego Czarka i grubego Benka. Ot, polska habilitacja.

       

      Zastanawiałem się też nad tym, że wydaje się być powszechne to, że autorzy znają swych recenzentów. Potem jednak uświadomiłem sobie, że niejednokrotnie widziałem nazwiska recenzentów wydrukowane w książkach. Trochę mnie ten zwyczaj dziwi. Po to właśnie recenzenci są anonimowi, by nie musieli martwić się o wszelkie układy i układziki, które, chcąc nie chcąc, muszą wpływać na to, jaka jest ostateczna forma recenzji. Ot, polska humanistyka.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (133) Pokaż komentarze do wpisu „Gruby Rycho”
      Tagi:
      Autor(ka):
      habilitant2012
      Czas publikacji:
      czwartek, 31 marca 2016 00:27
  • środa, 09 marca 2016
    • Kopiuj, wklej

      Wziąłem udział w rozmowie, w której padło pytanie, jak napisać autoreferat. Już chciałem zacząć o wkładzie, niestreszczaniu, a tu wypowiedział się doświadczony w bojach habilitacyjnych profesor. Jego rada brzmiała następująco. Napisz autoreferat tak, żeby członek komisji zorientował się, co robisz, a recenzent mógł wkleić jego fragmenty do recenzji. Profesor dodał, że przecież członek komisji nie zapoznaje się z niczym, a recenzentowi nie chce się wymyślać recenzji, więc gotowiec ułatwi mu znacznie pracę (a przy okazji zapewni jego życzliwość).

       

      Bolesna pragmatyczność wskazówki doskonale odzwierciedla realia polskiej habilitacji. Osiągnięcie i znaczny wkład to jedno, a rzeczywistość komisji i recenzentów to drugie. W procesie, w którym recenzent może napisać i powiedzieć każdą bzdurę, również ze wszystkiego się wycofać, gotowiec może być tym, co przeważy szalę na korzyść habilitanta.

       

      Chyba nie chcę wierzyć w to, co napisałem.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (16) Pokaż komentarze do wpisu „Kopiuj, wklej”
      Tagi:
      Autor(ka):
      habilitant2012
      Czas publikacji:
      środa, 09 marca 2016 10:58

Kanał informacyjny

Czytam

Warsztat badacza

Dariusz Galasiński - Blog

Graham Scambler - Blog

LSE - Blogs

Piotr Stec

language: a feminist guide