Robię habilitację

Wpisy otagowane „autoreferat po angielsku”

  • środa, 18 grudnia 2013
    • Not likes me self this

      Ten autoreferat zaciekawił mnie, gdy zobaczyłem zadziwiająco prominentne miejsce przypisane certyfikatom uczestnictwa w konferencjach. Doktorat i certyfikat uczestnictwa w konferencji w jednej kategorii to dla mnie przesada, jednak dość szybko okazało się, że to nie udział w konferencjach jest najciekawszym elemenetem tego dokumentu.

       

      Habilitantka pisze:

       

      Main analytic context in cancer with a genetic predisposition is the family history of cancer.

       

      Ze zdania wynika, ze ów rak ma bliżej nieokreślone predyspozycje genetyczne, a na dodatek historię rodzinną, a na dodatek siedzi w nim jakiś kontekst analityczny.

       

      I właściwie to jest śmiesznie, tyle że mnie jednak nie do śmiechu. Poziom angielszczyzny w tym autoreferacie jest straszny. Fragmenty autoreferatu napisane są w języku, który trudno uznać za angielski. Habilitantka używa angielskich słów, czasem chyba dobranych losowo, korzystając z polskich zasad budowy zdań.

       

      Powstaje w związku z tym pytanie: na ile język angielski w omawianym autorefereacie jest typowy dla autoreferatów w wersji angielskiej? Pomimo że CK nie zamieszcza wersji angielskich, stawiałbym jednak na to, że ten autoreferat jest typowy. Jestem dość pewny, że podobnie jak ja, znaczna część habilitantów uważa koniecznosć pisania autoreferatu za niepotrzebne utrudnienie życia, w zwiazku z tym traktuje zadanie po macoszemu. Wiedza, że wersja angielska nie będzie upubliczniona, jest dodatkową motywacją, by sie za bardzo nie starać. No i przy średniej czy słabej znajomości języka wychodzi właśnie tak, jak w zdaniu cytowanym wyżej. Tym bardziej zresztą dziwi, że habilitantka uznała za stosowne dać wszystkim do przeczytania to, co pisze po angielsku.

       

      Niestety, to kolejne postepowanie habilitacyjne, które daje świadectwo... Mnie nie podoba się to świadectwo.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (9) Pokaż komentarze do wpisu „Not likes me self this”
      Tagi:
      Autor(ka):
      habilitant2012
      Czas publikacji:
      środa, 18 grudnia 2013 12:11
  • piątek, 21 września 2012
  • środa, 19 września 2012
    • Habilitant to ma ciężkie życie...

      Czekając na resztę oświadczeń o udziale w publikacjach, zastanawiam się dalej nad przekładaniem polskich dokumentów na angielski. Uznałem, że oświadczenie to 'declaration' i wstawiłem taki nagłówek, choć po angielsku uznano by taki dokument za 'letter' i żadnego nagłówka by nie było. Nikt nie protestował, więc mam nadzieję, że nie wydawało się to zbyt dziwaczne.

       

      Nadal myślę o tym, jak zatytułować autoreferat po angielsku. W tego typu procedurach po angielsku mamy raczej do czynienia z 'covering letter' (to jest właśnie nasz autoreferat, tyle że znacznie krótszy i ogólniejszy), chociaż w podaniach występuje coś, co się nazywa 'personal statement', jednak to jest znacznie szersze niż nasz autoreferat. Kolega boreliosis zaproponował 'summary of professional accomplishments', co jest bardzo sensowne, choć uderza mnie jako odrobinę za szerokie. CK wyraźnie chce skupienia się na dorobku badawczym, kurs 'time management' jest z pewnością professional accomplishment, choć do autoreferatu nie wejdzie.  Zastanawiałem się nad 'Research profile', jednak po angielsku to nie brzmi i sugeruje suche fakty. Faktyczność zresztą jest sugerowana przez 'summary'. Może więc jest to 'statement', który wskazuje nie na podsumowywanie, ale na aktywność stwierdzenia. No ale statement of what? Research achievements/accomplishments? A może po prostu 'statement of research activity?'. Można jeszcze nie nazywać tego i dać nagłówek typu: 'Research activity' czy coś w tym rodzaju.

       

      No cóż, habilitant to ma ciężkie życie....A ja to już zupełnie, bo się przejmuję kompletnymi pierdołami.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Habilitant to ma ciężkie życie...”
      Tagi:
      Autor(ka):
      habilitant2012
      Czas publikacji:
      środa, 19 września 2012 11:57
  • wtorek, 11 września 2012
    • Co mnie boli

      Skoro komentujący pisiarz pyta, co mnie boli, to ja odpowiadam: boli mnie bezsensowność sytuacji, w której robię rzeczy nikomu do niczego niepotrzebne. Tak, tytuły artykułów mają już wersję angielską (to zresztą bardziej dotyczy humanistów i społecznych, którzy znacznie częściej piszą po polsku niż reszty nas), często się zresztą zastanawiam, po co (ale to osobna kwestia), jednak te wszystkie tytuły trzeba teraz znaleźć (wszak nie godzi się nowego wymyślać), skompilować, przenieść do nowego pliku itd itd. Pikuś, bo pikuś, ale ten pikuś to kilka dodatkowych godzin pracy, które można by wykorzystać na internetowe oglądanie seriali, których jeszcze w telewizji nie było (jeśli ktoś lubi, rzecz jasna). Jednak, jak wskazywałem, to tłumaczenie autoreferatu - sądząc po stronach CK, tekstu 10-20-stronicowego - jest głównym problemem, bo zajmie znacznie więcej czasu, szczególnie ludziom niewprawnym.

       

      To, co kluczowe jednak, to to, że tego nikt nie przeczyta! Nikt! A CK nawet na swoich stronach tych tłumaczeń nie zamieszcza na wypadek, gdyby rzeczywiście się zabłąkał na nie jakiś zagubiony uczony zagraniczny w kryzysie wieku średniego . Można by powiedzieć, że skoro tak, to wrzuć do Google Translate. Jednak problem w tym, że to niesie ze sobą ryzyko. A nuż jakiś upierdliwy recenzent zaglądnie i uzna, że okazuję tym brak szacunku? Trzeba to zatem zrobić w miarę porządnie. A to z kolei implikuje czas i wysiłek.

       

      Boli mnie więc strata czasu, wysiłek, który pójdzie na darmo.

       

      PS. Polecam wątek tłumaczeniowy na forum, w którym hitem są takie tłumaczenia miast polskich jak: Basket-of-Alinas, Thinkover czy Halfcameron!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      habilitant2012
      Czas publikacji:
      wtorek, 11 września 2012 11:56
  • czwartek, 06 września 2012
    • Cardepartment?

      Kolega boreliosis, któremu szczerze dziękuję, skutecznie zepsuł mi humor. Idiotyzm pisania autoreferatu po angielsku podsumowałem sam dla siebie soczyście wypowiadając zdanie pytające zaczynające sie od słów 'Po jakiego.....?'. Jestem gorącym zwolennikiem umiędzynarodowienia nauki polskiej. Jestem zwolennikiem priorytetyzowania publikacji w czasopismach międzynarodowych (powiedziałbym, że nawet w naukach społecznych i humanistyce, ale zaraz usłyszę, że się nie znam), jestem zwolennikiem publikowania po angielsku, jestem nawet zwolennikiem wykładów po angielsku. Ale nie rozumiem, po jaką cholerę pisać autoreferat po angielsku. Popytałem znajomych, czy słyszeli o habilitacji z recenzentem zagranicznym - usłyszałem o jednym postępowaniu z filologii obcej (żeby było śmieszniej kolokwium musiało się odbyć po polsku, w którym to języku zagraniczny recenzent nie rozumiał ani słowa!). Myślę, że jeśli  do tego weźmiemy pod uwagę strony CK, można stwierdzić z dużą dozą pewności, że recenzenci niemówiący po polsku to rzadkość, a może i nawet duża rzadkość. Jeśli tak, to pytam (głównie siebie): PO JAKĄ CHOLERĘ MAM TŁUMACZYĆ AUTOREFERAT NA ANGIELSKI??

       

      W sposób oczywisty to strata czasu, dla wielu pewnie strata forsy na tłumaczenie. I żeby chociaż te autoreferaty można było poczytać na stronach CK. Nie, nie uważam, by wielu uczonych światowych często odwiedzało strony CK, ale przynajmniej można by powiedzieć, że te autoreferaty to wizytówka naszej nauki. W swej przenikliwości jednak Ministerswo i CK woli tych autoreferatów nie pokazywać jednak. Może i dobrze....

       

      Summary of professional accomplishments, jak proponuje kolega dr boreliosis, brzmi bardzo sensownie. Pomyślę o tym, co napisać (może podbiorę od kolegi), korci mnie jednak, żeby napisać 'self-referat', a może skoro 'auto + referat', to po prostu 'cardepartment'?

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      habilitant2012
      Czas publikacji:
      czwartek, 06 września 2012 16:08