Robię habilitację

Wpisy otagowane „nauka polska”

  • czwartek, 14 czerwca 2018
    • Diamentowe jaja

      Zwrócono mi uwagę na recenzję w postępowaniu z nauk technicznych (recenzja 3). Przeczytałem, wkurzyłem się i postanowiłem napisać.

       

      Oto kilka fragmentów, na które zwrócił mi uwagę mój korespondent:

      Gdybym (...) ocenił negatywnie przedstawione osiągnięcia naukowe Kandydata - to z całą pewnością wywołałbym lawinę odwołań do CK (…).

      Jestem odmiennego zdania, ale chcę uniknąć sporu.

      Zresztą gdybym nawet zgłosił wniosek przeciwny, to powszechna wiara w fetysz ministerialnych punktów i słynnej Listy Filadelfijskiej spowodowałaby przegłosowanie mojego wniosku. Gdyby się to nie udało na Politechnice Wrocławskiej to z pewnością zadziałałby wypróbowany mechanizm uzyskania habilitacji na Uniwersytecie Technicznym w Ostrawie lub w innym czeskim lub słowackim gremium naukowym, które nie mają zwykle oporów przed nadawaniem stopni naukowych nawet w bardzo wątpliwych przypadkach.

      

      I ja mam pytanie. Czy recenzent, prof. Tadeusiewicz, pańskie jaja sobie robi? A właściwie to jaja diamentowe! Pisze pozytywną recenzję, bo wie, że inni się nie zgodzą z negatywną? Po co więc pisać negatywną recenzję, skoro można uniknąć sporu od razu i nadać stopień? Szkoda nerw przecież!

       

      I ja tu mam pewną propozycję. Może lepiej w ogóle zrezygnować z recenzji, tylko od razu nadawać stopień. Znaczy, gdy tyko habilitant (lub jego uczelnia) uiści stosowne opłaty (z czegoś trzeba honorarium recenzenckie zapłacić - z tego nie rezygnowałbym jednak), nadajemy stopień i unikamy:

      • konieczności napisania recenzji, która przecież może wywołać spór,
      • konieczności dyskusji, która przecież może się przerodzić w spór,
      • ogólnej konieczności denerwowania się, bo, jak wiadomo, nerwy szkodzą (wiadomo też, że złość piękności szkodzi).

       

      Za każdym razem, gdy mam wrażenie, że polska nauka/habilitacja dotarła do dna, już takiego pełnoskalistego, okazuje się, że to jeszcze nie to. Że to nadal muł, a my spadamy dalej. I może wreszcie należy sobie powiedzieć jasno. Dna nie ma!

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (48) Pokaż komentarze do wpisu „Diamentowe jaja”
      Tagi:
      Autor(ka):
      habilitant2012
      Czas publikacji:
      czwartek, 14 czerwca 2018 00:31
  • środa, 06 czerwca 2018
    • Czas na myślenie?

      Na Twitterze dyskusja na temat publikowania po polsku (zauważona przez trzy.14), a prof. Galasiński już napisał na temat na swoim blogu.  I mnie trochę zaskoczył.

       

      Profesor zaczyna od tego, że od 'zawsze' publikuje tylko po angielsku i nie zamierza tego zmieniać. Mówi jednak, że gdyby napisał to wszystko po polsku, to nie zmieniłaby się przecież jakość tego, co pisze. Wskazuje więc, że dyskusja na temat języka w rzeczywistości jest na temat polskich praktyk publikacyjnych. Wskazuje przy okazji, że nie ma w Polsce debaty na temat publikowania po polsku, na temat standardów edytorskich czy recenzenckich. Polskiego naukowca odsyła się na zachód, a publikacje po polsku są traktowane z uśmiechem wyższości. Czy jednak muszą być?

       

      Dodam zresztą, że w argumentach na temat, powiedzmy, nauki niemieckiej, która publikuje po niemiecku, nie ma nigdy argumentów na temat jakości tych publikacji i procesu wydawniczego. Zwraca się uwagę jedynie na język.

       

      Galasiński odnosi się również do intensyfikacji pracy akademickiej. Wszystkiego ma być więcej i częściej. I pisze na to:

       

      It may well be that preserving an article in Polish means preserving academia which is still thoughtful. Academia which stops to think and consider. 

      

      Bo skoro coraz częściej publikujemy, skoro, jak cytuje, połowę opublikowanych artykułów czytają tylko redaktorzy i recenzenci, to może warto by zwolnić. I nie iść drogą szalonego Zachodu, który publikuje jak szalony.

       

      Ja mam jednak znów problem z tym, co napisał lingwista. Jego argumenty znów dają oręż tym, którzy walczą polską naukę dla Polaków i po polsku. Ale być może moja reakcja wskazuje na to, że nam tutaj potrzeba spokojniejszej debaty na temat tego, po co i dla kogo publikujemy. Bo ja rzeczywiście nie mam większych wątpliwości, że publikuję głównie po to, żeby mieć więcej publikacji. Nie jestem z kolei pewien, czy to ma jakikolwiek sens.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (271) Pokaż komentarze do wpisu „Czas na myślenie?”
      Tagi:
      Autor(ka):
      habilitant2012
      Czas publikacji:
      środa, 06 czerwca 2018 21:09
  • poniedziałek, 21 maja 2018
    • Plotek samodzielny

      Dokończenie sprawy z poprzedniego wpisu. Dostałem trzy dalsze maile. 

      Pierwszy mówiący o tym, że rada wydziału nie przegłosowała wniosku przeciwnego - innymi słowy, to że głosujemy na nie, nie oznacza głosowania na tak. Co więcej, sprawa odbiła się może nie echem, ale z pewnością kacem członków rady wydziału. Mój korespondent wyraził przekonanie, że to ów kac może przyczynić się do pozytywnego głosowania w następnym rozdaniu.

       

      W drugim mailu dostałem trochę dokumentów, a w szczególności wyciąg z protokołu, z niezwykłą wręcz filipiką osoby sprzeciwiającej się nadaniu stopnia. To przemówienie o tym, że autoreferat jest napisany w pierwszej osobie liczbie mnogiej, o wrażeniach, że udział w artykułach nie jest dominujący, że wysokich kilkudziesiąt procent wkładu nie można zaprezentować na 5 rysunkach, a wszystko okraszone, jak dla mnie, dość niesmacznymi insynuacjami. Muszę powiedzieć, że czytałem i miałem wrażenie, że to bardzo personalny atak, który ukrywa animozje personalne, a przecież to tylko streszczenie na potrzeby protokołu! 1/3 protokołu poświęcono temu wystąpieniu.

       

      Mój korespondent pisze, że nie ma wątpliwości, że spełnione zostały kryteria ustawowe co do wkładu w dyscyplinę. Problemy są w tym, czy osoba habilitująca się jest samodzielna. I tu, podkreśla, nie ma jasnych kryteriów, opieramy się na wrażeniach, decyzja jest uznaniowa. Zgadzam się z moim korespondentem, ale ja poszedłbym dalej, ale napiszę o tym w innym poście.

       

      No i dostałem maila trzeciego. Habilitacja przeszła, niejednogłośnie, ale z zapasem. Frekwencja na radzie była wyższa, państwo radni poczuli się do odpowiedzialności.

       

      Czy sprawiedliwości stało się zadość? Nie wiem. Mam jednak poczucie absurdalności sytuacji. Po raz kolejny pokazujemy, że procesowi nie można ufać, że rządzą nim przypadek, emocje i kac moralny. Żenujące to wszystko jest.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (108) Pokaż komentarze do wpisu „Plotek samodzielny”
      Tagi:
      Autor(ka):
      habilitant2012
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 21 maja 2018 14:14
  • sobota, 12 maja 2018
    • Plotek habilitacyjny

      Poczta zaćwierkała  i przyniosła list, który omawiam/cytuję in extenso. Mój korespondent pisze o postępowaniu, w którym  habilitantka miała 3 pozytywne recenzje oraz pozytywną rekomendację komisji habilitacyjej. Jednak na posiedzeniu rady wydziału zabrała głos osoba z jej instytutu i przekonała radę, że dorobek nie nadaje się na habilitację, a recenzje są z gatunku "negatywna recenzja z pozytywną konkluzją".  Przy okazji w dyskusji ujawniono, że instytutowa profesura odradzała składanie wniosku pomimo tego, że zegar habilitacyjny bił dla habilitantki w sposób nieubłagany i dwucyfrowy.

       

      Mój korespondent pisze, że większość członków rady była kompletnie zaskoczona przebiegiem obrad i wstrzymała się od głosu, bo tylko "pobieżnie zapoznała się z dokumentacją". Podejrzewam, że nie pamiętali, że głos wstrzymujący się jest de facto głosem przeciw. Kilkudziesięcioosobowe rady wydziału nie mają kompetencji do procedowania postępowań administracyjnych, dodaje mój korespondent. O wyniku często decyduje chwilowe wrażenie, układ gwiazd, psychologia, przypadek.

       

      Mój korespondent zwraca uwagę na kilka dodatkowych problemów. Po pierwsze, nadanie habilitantom wyłącznego prawa do uruchomienia procedury habilitacyjnej wcale nie uchroniło ich przed lokalną profesurą (GTW). Z drugiej strony, po drugie, pisze o  niedawnym wpisie prof. Śliwerskiego o kosztach przewodu i (rzekomej lub prawdziwej) "pladze" wniosków o umarzanie postępowania oraz wycofywaniu  wniosków po uzyskaniu recenzji nierokujących na sukces.

       

      Najważniejszym problemem, który porusza mój korespodent, jest jednak według mnie to, czy podczas obrad RW można oceniać habilitantkę na podstawie nieujawnionych publicznie informacji znanych tylko "wtajemniczonym", czy też należy trzymać się wyłącznie dokumentacji. Pisałem już kilkukrotnie o tym. Moim zdaniem, oceniamy jedynie dokumentację. Rozumiem chęć potwierdzenia wiarygodności dokumentacji, jednak plotki i ploteczki powinny być ściśle eliminowane z dyskusji!

       

      I na koniec komentarz. Od iluś miesięcy tzw. środowisko, a przynajmniej jego część, protestuje przeciwko proponowanym zmianom w ustawie o nauce. Krzyczymy między innymi o tym, że prace nad ustawą ignorują nasze głosy. Ale jak nie ignorować głosów ludzi, którzy są po prostu niepoważni?! Habilitacja to kluczowy moment w karierze każdego z nas, jak więc można "pobieżnie zapoznać się" z dokumentacją postępowania, które być może decyduje o karierze naszych kolegów czy koleżanek? Jak można tak pokpić całą sprawę? 

       

      I tak to coraz bardziej mam wrażenie, że jako środowisko jesteśmy po prostu niepoważni. Może czas nas zaorać?

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (178) Pokaż komentarze do wpisu „Plotek habilitacyjny”
      Tagi:
      Autor(ka):
      habilitant2012
      Czas publikacji:
      sobota, 12 maja 2018 21:02
  • wtorek, 01 maja 2018
    • A punkty rosły, rosły, rosły.....

      Oto cytat, który znalazłem dzisiaj na Twiterze:

      Within the universities, humanities have borne the brunt of the vicissitudes of new funding models, as resources are increasingly channelled towards areas which, it is suggested, will yield a return, at least in the short-term, to the university in terms of increased funding. Much of this is facilitated by an abuse of metrics; an ideological fad that views the use of metrics of academic work, not as a contribution or an instrument of knowledge but as a conforming bending of the knee to an insufficiently contested neo-utilitarian mediocrity.

      Pochodzi z  przemówienia Prezydenta Irlandii. Głowna część przemowy jest o czym innym, ale pomyślałem, że wpis 1 maja powinien dotyczyć kogoś, kto broni akademickiego prekariatu, przeciwstawia się idiotyzmowi oceny jedynie przez punktację, a przede wszystkim uważa, że nie tylko inżynierią, fizyką i chemią przemysłową człowiek żyje. Od czasu do czasu jeszcze by sobie pofilozofował, nawet jeśli nie przynosi to bezpośredniego zysku.

       

      Parę dni temu dostałem list w sprawie często podnoszonej tutaj oceny pracowników. Pisze do mnie profesor, którego międzynarodowy dorobek przeliczany jest na punkty, które są niższe od oczekiwań władzy dziekańskiej. Profesor tłumaczy, że on publikuje tam, gdzie publikują najlepsi i problem leży w punktacji, a nie jego publikacjach. Niestety, profesor odbił się od ściany, władza dziekańska była niezainteresowana konktestem. Punkty mają być i basta!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (68) Pokaż komentarze do wpisu „A punkty rosły, rosły, rosły.....”
      Tagi:
      Autor(ka):
      habilitant2012
      Czas publikacji:
      wtorek, 01 maja 2018 16:33

Kanał informacyjny

Czytam

Warsztat badacza

Dariusz Galasiński - Blog

Graham Scambler - Blog

LSE - Blogs

Piotr Stec

language: a feminist guide