Robię habilitację

Wpisy otagowane „nauka polska”

  • piątek, 10 sierpnia 2018
    • Jeszcze nowsze Ateny?

      Tu linka do tweetu prof. Jaskułowskiego, który zwraca uwagę, że w wypadku interdyscyplinarności, określać będziemy czas poświęcony na zajmowanie się posczególnymi dyscyplinami. I tak, czytamy w cytowanym dokumencie, zależnie od tego, ile czasu badacz poświeca na, na przykład, nauki chemiczne, w takim wymiarze będzie w tychże naukach oceniany. Gdy to przeczytałem, nie dość, że wypadła mi szczęka, to na dodatek uciekła i nie chciała wrócić na miejsce.

       

      1. Wielokrotnie już mówiono, że nowa ustawa niszczy interdyscyplinarność. Jednak okazuje się, że niszczenie interdyscyplinarności idzie dalej niż myślałem. Okazuje się bowiem, że interdyscyplinarność dla ministerstwa to działanie w różnych dyscyplinach, a nie prowadzenie badań, które usytuowane są na przecięciu różnych nauk. W polskiej nauce nie ma badań interdyscyplinarnych, i tyle.

       

      2. Nowe umocowanie prawne zakłada również, że poszczególne dyscypliny to rozłączne zbiory działań, przez które przechodzi badacz. Czystość dyscyplinarna z postępowań habilitacyjnych idzie na wyższy poziom.

       

      3. I wreszcie, skoro "Dyscyplina, jaka jest, każdy widzi", to każdy badacz bez większych problemów będzie potrafił określić, jaką część swych działań poświęcił na każdą dyscyplinę.

       

      Jednak w dokumencie cytowanym przez prof. Jaskułowskiego mamy sprawy dość proste. 80 proc na chemię, a 20 na przykład na fizykę. Jednak co jeśli, taki badacz 34 proc. poświęcił na chemie, 42 proc. na fizykę, a pozostałem 24 na medycynę? Ba, ja to bym sugerował, żebyśmy wszyscy podawali wymiary do drugiego miejsca po przecinku. 34,13 na chemię, 41,25 na fizykę, a na medcynę 24,62. Wtedy już będzie naprawdę proste.

       

      Sugerowałbym też współpracę Ministerstwa Nauki z producentami zegarów szzachowych. Stworzenie zegara aktywności dyscyplinarnej (ZAD) będzie kluczowe dla nauki. Każdy świeżo upieczony doktor będzie otrzymywał taki zegar i bedzie w niego walił niezwłocznie po zakończeniu prac w dyscyplinie A i rozpoczęciu działań w dyscyplinie B. Modele premium, będą pozwalały na pomiary nawet 3 dyscyplin! Działanie w czterech dyscyplinach będzie zabronione prawem. Pięć dyscyplin będzie zagrożone karą więzienia.

       

      Powstanie specjalny urząd nadzoru dyscyplinarnego (Dyscyplina: Urząd Postępowania Akademickiego - DUPA), który będzie przestrzegał a. dokładności pomaru dyscyplinarnego b.  zakazu czterodyscyplinarności. Wobec każdego badacza podejrzanego o czytanie artykułów z dyscypliny czwartej zostanie wszczęte postępowanie dyscyplinarne.

       

      I na koniec. To, co przeczytałem o dyscyplinach, jest tak głupie, że z trudem pisałem poważny post. Reifikacja i preskryptywizm dyscyplinarny posunięty jest do granic absurdu. Zapowiedzi min. Gowina o tym, że polska nauka zastosuje światowe rozumienie dyscyplin, nie okazały się nawet aspiracjami. To nawet nie był błysk w ministerialnym oku. Na naszych oczach dorzynana jest, a co, powiem sobie, wataha interdyscyplinarna. A polska nauka cofa się do XIX w.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (277) Pokaż komentarze do wpisu „Jeszcze nowsze Ateny?”
      Tagi:
      Autor(ka):
      habilitant2012
      Czas publikacji:
      piątek, 10 sierpnia 2018 12:31
  • poniedziałek, 06 sierpnia 2018
    • In recenzent we trust?

      Już jakiś czas temu dostałem list, w którym mój korespondent opisuje swoje przygody habilitacyjne. Będę pisał o nich z czasem. Dzisiaj o tym, co przeczytałem o recenzentach. Oto (nieco zredagowany) fragment listu:

      jedna z osób (profesor) miała wkład dużo mniejszy od mojego. Zasadniczo równy wkładowi postdoka z prowincjonalnego niemieckiego uniwerka. Czułem lekkie zażenowanie, że recenzuje mnie taka osoba.

       

      Niejednokrotnie pisałem o recenzentach źle dobranych, niekompetentnych, ale chyba nigdy nie spojrzałem na to z punktu widzenia habilitanta. No i mamy tutaj taką perspektywę.

       

      Muszę powiedzieć, że długo się zastanawiałem, co napisać. Instynktownie zgadzam się z habilitantem. Czy można traktować poważnie postępowanie, w którym ocenia nas osoba z dorobkiem, który budzi zażenowanie? Mam z tym problem. Jednak sprawy są przecież bardziej złożone. Nie chcę bowiem wyrzucić wszystkich 'leśnych dziadków', tylko dlatego, że uprawiali naukę w czasach, kiedy standardy dorobku były z innej planety.

       

      Co z tym zrobić? Nie wiem. Znam profesorów, których dorobek przy dzisiejszych standardach jest żenujący. Jednak ja bym powieerzył im recenzowanie habilitacji. Z drugiej strony, myślę, że habilitant ma prawo mieć zaufanie do recenzenta i tego, że, na przykład, recenzent przekroczył barierę publikowania w dobrych międzynarodowych czasopismach. Habilitant nie powinien być zażenowany recezentem swego postępowania.

       

      No i mamy pat.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (104) Pokaż komentarze do wpisu „In recenzent we trust?”
      Tagi:
      Autor(ka):
      habilitant2012
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 06 sierpnia 2018 20:44
  • piątek, 27 lipca 2018
    • Szacunek też?

      Nie pamiętam, kiedy ostatnio usłyszałem powiedzenie: Zdarzyła się gratka, pijanego pobić dziadka. Przypomniało mi się jednak, gdy czytałem najnowszy artykuł Marka Wrońskiego. Opisuje on plagiat pracy magisterkiej dokonany przez promotorkę i recenzentkę pracy. Promotorka ma stopień doktora, recenzentka ma tytuł profesorski. Obie Panie nie pogradziły jednak ustaleniami magistrantki i opublikowały je jako swoje.

       

      Jak pisze prof. Wroński, takich sytuacji jest wiele. Za każdym razem uważam je za szczególnie żenujące i uwłaczające nam wszystkim. Jest coś wyjątkowo obrzydliwego w kradzieży własności intelektualnej osoby, której pracę się promuje, szczególnie gdy ta osoba jest na samym dole hierarchii akademickiej/badawczej. Profesor, który kradnie pomysły magistranta, staje poza nawiasem środowiska akademickiego. Uważam też, że taka osoba powinna przestać być profesorem.

       

      Warto też podkreślić, że taki plagiat to nie tylko kradzież - to również podważenie jednej z najważniejszych relacji akademickich, relacji uczeń-mentor. Jest to przecież relacja, w której uczeń musi móc zaufać mentorowi, bez zawahań! To również dlatego plagiat pracy ucznia jest tak naganny.

       

      Bez żadnych wątpliwości, każdy plagiat zasługuje na potępienie. Uważam jednak, że to właśnie plagiat pracy magistranta czy doktoranta zasługuje na szczególną sankcję zarówno ze strony instytucji, jak i ze strony środowiska. Bo to własnie takie intelektualne 'pobicie' osoby, nad którą plagiator ma potężną przewagę.

       

      Jest jednak jeszcze jeden wymiar całej tej sprawy. Otóż zupełnie nie rozumiem, jak osobie  zaawanowanej badawczo nie wstyd posługiwać się pracą małego akademickiego żuczka? Rozumiem, że wstyd umarł, ale czy umarł również szacunek do siebie?

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (277) Pokaż komentarze do wpisu „Szacunek też?”
      Tagi:
      Autor(ka):
      habilitant2012
      Czas publikacji:
      piątek, 27 lipca 2018 22:36
  • sobota, 07 lipca 2018
    • Po linii i na bazie

      "Czasopismom i materiałom z konferencji przypisuje się dyscypliny naukowe". Oto fragment nowej ustawy dopiero co przegłosowanej przez Sejm. Moim zdaniem, to jeden z najgłupszych i potencjalnie najbardziej szkodliwych zapisów nowej ustawy, z niewiadomych powodów nazywanych konstytucją dla na nauki. Dużo lepiej by ją nazwać kagańcem dla nauki. Na zdanie zwrócono mi uwagę na Twitterze.

       

      O mojej opozycji wobec parametyzacji dyscyplin pisałem już wcześniej, zdania nie zmieniłem, co więcej, to zdanie jedynie wznacnia mnie w przekonaniu o szkodliwości tego pomysłu. Jest on częścią polskiej obsesji wobec wobec dyscyplin, szufladkowania tychże dyscyplin i wszystkiego innego, co się da zaszfludkować. Jest dla mnie dość oczywiste, że to trend przeciwny wobec tego, co można obserować na świecie, wbrew deklaracjom o umiędzynardowieniu nauki polskiej.  Oto kilka komentarzy.

       

      1. Przede wszystkim martwi mnie to, kto i na jakich zasadach będzie przypisywał owe dyscypliny. Jeśli będzie sie to odbywać na podstawie baz danych (np. Scopusa), to warto pamiętać, że te opisy nigdy nie miały służyć preskryptywnym zapędom 'włodarzy' polskiej nauki. Jeśli, z kolei, będzie to robić jakaś ministerialna komisja, to ja się boję bać. Oczyma duszy wyobrażam sobie Politbiuro, tfu, Dyscybiuro ustające, jaką dyscyplinę reprezentuje np. "Science'. Proponuję nazwę: Dyscyplinarny Urząd Przyporządkowania Akademickiego.

       

      2. To szufladkowanie najprawdopodobniej spowoduje to, że zamiast publikować w czasopismach, w których badacz chce publikować, będzie musiał publikować tam, gdzie ministerstwo mu każe. Dzisiaj trudno przewidzieć, jakie będą konsekwencje takich zmian praktyk publikacyjnych, jednak nie sądzę, by były pożądane. 

       

      3. Uważam, że zapis doprowadzi do zdławienia i tak ledwo dyszącej interdyscyplinarności w polskiej nauce. Ona się po prostu przestanie opłacać. I choć, powiedzmy, indywidualny filozof fizyki ma szansę się obronić swoimi 'dziwnymi' publikacjami, to już centra badawcze, które zajmują się ponaddyscyplinarnymi 'tematami', mogą mieć już problemy.

       

      4. Dławienie interdyscyplinarności, moim zdaniem, będzie również polegało na tym, że badacze zaczną się zastanawiać, czy dana współpraca będzie im się opłacać. Weźmy sobie takiego ambitnego pedagogoa, który będzie chciał się zająć informowaniem dzieci o śmierci, ale lekarz, z którym współpracuje, uzna, że on chce publikować w dobrych czasopismach medycznych. Pedagog, załóżmy, że taki istnieje, jednak nie jest tym zainteresowany. Pedagogowi bowiem opłaci się bardziej  publikować w Pedagogice nowosądeckiej niż w hipotetycznym British Medical Journal!  Uprasza się o nieużywanie argumentu 20 procent.

       

      5. Polska ustawa promuje mainstream. Nie warto ryzykować, innowacyjność nie sprzyja ministerialnej ocenie. Warto robić to samo, tak samo, całe życie. Niszowość badań, szczególnie  takich na granicah dyscyplin stanie się przekleństwem. Nowa ustawa to skalpel, którym ministerstwo wycina badania dyscyplinarnie  'niepokorne'. I na pohybel mu za to.

       

      I teraz uwaga ogólna. Mnie szlag trafia, gdy słyszę o polskich dyscyplinach. Trafia mnie jeszcze bardziej, gdy minister chce kontrolować to, co robię i wskazywać, gdzie ppowienienem publikować, żeby się 'liczyło'. Moim zdaniem sam ten zapis będzie miał konsekwencje, o któych jezcze filozofom się nie śniło. I warto zapamiętać datę uchwalenia nowej ustawy. Bowiem 3 lipca do nauki polskiej wprowadzono realny socjalizm. Aż żal, że żadna aktorka tego nie ogłosi.

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (233) Pokaż komentarze do wpisu „Po linii i na bazie”
      Tagi:
      Autor(ka):
      habilitant2012
      Czas publikacji:
      sobota, 07 lipca 2018 20:51
  • środa, 04 lipca 2018
    • Sed magis amica habilitacja

      Jakiś czas temu dowiedzieliśmy się, że po raz trzeci nie uzyskał habilitacji dr Marek Migalski. Myślałem o tym i myślałem i wymyśliłem, że nie obędzie się bez wpisu na ten temat. Oto fakty. Dr Migalski chciał się habilitować na podstawie swojej najnowszej książki o budowaniu narodu. Recenzenci napisali trzy pozytywne recenzje, rada wydziału postanowiła postępowanie uwalić.

       

      Zanim skomentuję, do faktów chciałbym dodać dwie rzeczy. Po pierwsze wypowiedzi w wątku na DNU. Powiedzmy sobie wprost, sylwetka habilitanta nie rysuje się w kolorach pięknie różowych, ani nie pachnie choćby nawet przemysławką. Po drugie chciałbym przytoczyć miażdżącą wręcz recenzję książki dr. Migalskiego z blogu prof. Jaskułowskiego pod znamiennym tytułem  Jak nie pisać o narodzie, w którym rozwiewa wątpliwości co do jakości dzieła habilitanta.

       

      I właściwie wszystko fajnie, ale habilitacji nie nadaje się za sylwetkę, a bloger to nie recenzent. I ja chciałbym podkreślić, że dr Migalski dostał trzy pozytywne recenzje od profesorów politologii. I jeśli rada chciałaby odrzucić te recenzje, to niech to chociaż porządnie uzasadni. A gdy zaglądnąłem do uzasadnienia odmowy nadania stopnia, to mnie jasna krew zalała. Tam do cholery nie ma nic! I choć rada nie musi się kierować recenzjami, to jednak mogłaby być tak uprzejma, do cholery jasnej, i podzieliła się swymi wątpliwościami nt. dorobku habilitanta. Bo podważa również przez siebie wybranego recenzenta i członków komisji. 

       

      Ale to nawet nie to zainspirowało mnie do stanięcia po stronie p. Migalskiego. Zainspirował mnie katon polskiej pedagogiki, pedagog nauki polskiej, prof. Śliwerski, który postanowił na swoim blogu zadać kluczowe wręcz pytanie: Po co habilitacja dr. Markowi Migalskiemu? Mój ulubiony pedagog pisze:

       

      Niektórym nauczycielom akademickim wydaje się, że habilitacja jest za wszystko, tylko nie za osiągnięcia naukowe. Nie rozumieją i nie chcą przyjąć do swojej świadomości, że jeśli chcą być samodzielnymi pracownikami naukowymi, to muszą wykazać się koniecznymi kompetencjami metodologicznymi i merytorycznymi w przedłożonych do oceny osiągnięciach naukowych.

       

      Ależ się tu politologowi wydaje, alęż on nie chce, i nie rozumie. Okazuje się, że prof. Śliwerski zna się też na politologii, ba, potrafi komentować postępowania pomimo tego, że jak przyznaje w komentarzach, nie zna recenzji Migalskiego! To jednak nie przeszkadza mu juz zdecydować, że on sie nie wykazał, nie rozumie itd. A mi się to naprawdę nie podoba!

       

      Niestety, nie mogę odpowiedzieć pytanie Śliwerskiego tak, jak bym chciał. Bo ta odpowiedź zawierałaby słowo wulgarne. Odpowiem więc: nic Panu do tego, do cholery!

       

      Nie znam p. Migalskiego osobiście, ale nie lubię go jako polityka. Mnie się nie podoba to, jak się zachowywał jako polityk, nie podoba mi się to, co robił. Ale mnie się nie podoba wiele osób i Migalski nie jest na górze listy, a oni jednak mają habilitację. Bo habilitacja nie jest nadawana za podobanie się. Habilitacja nie jest za sylwetkę, postawę moralno-polityczną, tudzież za ustępowanie miejsc w tramwaju. Nie wiem, czy Migalskiemu się należy habilitacja. O ile jednak pamiętam, większość recenzentów w 3 postępowaniach uważało, że tak. A skoro tak, to on powinien tę habilitację dostać. I powinien być oceniany dokładnie tak samo, jak inni politolodzy w Polsce. Potem, jak kto chce, może mu ręki nie podać.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (86) Pokaż komentarze do wpisu „Sed magis amica habilitacja”
      Tagi:
      Autor(ka):
      habilitant2012
      Czas publikacji:
      środa, 04 lipca 2018 20:53

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny

Czytam

Warsztat badacza

Dariusz Galasiński - Blog

Graham Scambler - Blog

LSE - Blogs

Piotr Stec

language: a feminist guide